Piątek, 2017.04.28 Bogny, Walerii, Witalisa

Ida Fink: Podróż - fragment powieści

podroz_okladka
Wznowienie słynnej powieści Idy Fink Podróż ukazało się 11. stycznia 2012 r. nakładem wydawnictwa W.A.B. w "Serii z drzewem - wracamy do korzeni". To trzecie wydanie historii dwóch żydowskich sióstr, które w 1942 r. uciekły z getta w małym miasteczku na kresach dawnej Rzeczypospolitej. Przebrane za chłopki zgłosiły się do Arbeitsamtu, żeby dobrowolnie wyjechać na roboty do Niemiec. Wraz z grupą robotnic przymusowych rozpoczęły najważniejszą podróż w swoim życiu.

Pierwsze wydanie Podróży ukazało się w 1990 r. Na podstawie powieści powstał w 2002 roku film Ostatnia kryjówka w reżyserii Pierre’a Koralnika.

Ida Fink urodziła się w Zbarażu w 1921 roku, zmarła 27 września 2011 w Tel Awiwie. W 1942 roku uciekła z getta i ukrywała się do końca wojny. W Izraelu mieszkała od 1957 roku. Opublikowała m.in. Podróż, wydaną po raz pierwszy w 1990, oraz zbiory opowiadań Skrawek czasu (1976) i Ślady (1996). W 2003 roku nakładem W.A.B. ukazał się tom jej opowiadań zebranych Odpływający ogród, zaś w 2009 - wybór pt. Wiosna 1941. Otrzymała nagrodę im. Anny Frank, nagrodę Buchmanna przyznawaną przez Instytut Yad Vashem, a także Premio Moravia i Sapi Prize. Jej nazwisko znalazło się na ogłoszonej przez National Jewish Book Center w Nowym Jorku liście stu najważniejszych autorów żydowskich. W 2003 roku uhonorowano ją Nagrodą Specjalną Polskiego PEN Clubu.

FRAGMENT POWIEŚCI

Nikt z nas nie myślał wtedy o podróży, a jednak chwili, która jest jej właściwym początkiem, wtóruje głuche dudnienie kół pociągu i gwizd parowozu przecina nocną ciszę. Do niedawna nikt z nas nie wiedział, że odgłosy stacji kolejowej, odległej o trzy kilometry, słychać w miasteczku tak wyraźnie, gdyż wszystkie pociągi zwykły były przyjeżdżać i odjeżdżać za dnia. To nowy czas przyniósł ze sobą odjazdy nocne, nieobjęte żadnym rozkładem jazdy, a nocna cisza wydobyła owe gwizdy i stłumiony, podziemny jak gdyby stukot kół. Za każdym razem staliśmy na ganku, czekając sygnału. Po raz pierwszy zdarzyło się to wczesną wiosną, staliśmy w głośnym bełkocie wezbranej wody – gdyż właśnie tej nocy ruszyła na rzece kra – i w mokrych od leżenia na ziemi płaszczach, odwagi nam brakło, by wejść do domu, usiąść przy stole, położyć się na łóżku, wrócić do normalnych codziennych czynności. Wtedy nagle zaskoczył nas gwizd. Wysłuchaliśmy go w milczeniu, słabł, cichł, a wraz z nim słabło i cichło dudnienie ziemi. Kiedy na powrót wróciła cisza, wiadomo już było, że pociąg nabrał rozpędu i wjechał w las. Tej nocy zabrano starców, chorych i kaleki.

A potem za każdym razem czekaliśmy świadomie na gwizd i dudnienie, zawsze stojąc na ganku od strony rzeki, której nie było już słychać, gdyż była to najpierw późna wiosna, potem wczesne lato, a jeszcze potem pełnia lata i rzeka płynęła leniwie, w milczeniu. Słychać było tylko rechot żab i szum topoli rosnących na brzegu. U schyłku lata staliśmy tam ostatni raz. W altanie bzu łomotały na wietrze drzwi gołębnika i bielała oparta o ścianę drabina, którą ciotka zapomniała wciągnąć do wnętrza lub powalić na ziemię. Siedząc w ukryciu, słyszeliśmy głośne raus i los, i kroki ciężkie, głośne, a wśród nich drobne, biegnące truchcikiem kroki ciotki Sabiny i jej córki Berty. Zabrali je wczesnym rankiem. Dlaczego biegnąc z nami, nagle skręciły ku altanie bzów, z ukrytym w jej liliowym wnętrzu gołębnikiem bez gołębi? Na to pytanie nikt nie odpowie. Ja także nie wiem, dlaczego nie pobiegłam za Natanem na Ostbahn; chwyciłam łopatę, narzędzie naszej pracy, ale natychmiast cisnęłam ją w kąt i nie na Ostbahn pobiegłam, ale za wołaniem „do chlewa, do chlewa”, choć wiedziałam, że chlew ten, będący tylko z nazwy chlewem, nie posiada drzwi i dla każdego otworem stoi – jest więc pomieszczeniem na schowek całkowicie nieprzydatnym. Biegnąc, widziałam, jak wuj ciągnął z sadu na wpół uschłą jabłonkę i jak tym szkieletem drzewa zasłonił otwór wejścia. Zanim wczołgałam się do wnętrza, spojrzałam za siebie: ogród stał w blaskach i cieniach, wilgotny od rosy, cały lśniący. 

Tym razem otoczyli miasto cichaczem, stosując odmienną niż zwykle technikę oblężenia – wkraczali przez pola, łąki i ogrody, chytrze, znienacka, odcinając w ten sposób drogi ratunku do wsi i w lasy. Ojciec opowiadał potem, że zbudziło go szczekanie psa, więc wstał z łóżka i podszedł do okna. Pies stał przed budą z zadartą ku górze głową i wydawał krótkie, ostrzegawcze szczeknięcia.

Krajobraz za oknem leżał cichy i spokojny, taki sam jak zawsze: podwórze płaskie, bez tajemnic, już oświetlone pierwszym słońcem, niżej sad w głębokim jeszcze cieniu, a nad sadem strome zbocze zamkowego wzgórza. Pies przestał szczekać, wlazł do budy i nic teraz nie mąciło ciszy, ale ojciec nie ruszał się z miejsca, stał jak przygwożdżony, opowiadał potem, że niepokój wzbierał w nim gwałtownie, niby bez przyczyny, mówił, że bał się odejść od okna, by nie przeoczyć chwili, w której przyczyna jego niepokoju nagle się ujawni, biegał wzrokiem po krajobrazie i szukał. Była godzina pierwszego śpiewu ptactwa, niebo różowiało. Przeszukawszy podwórze, zszedł wzrokiem pomiędzy drzewa sadu, stały w wysokiej trawie nieruchome, jak malowane, żadnego ostrzeżenia, żadnego znaku, nic... – Może tylko – opowiadał – krzywa gałąź wiśni rosnącej przy ścieżce, może ona jedna... – bo nagle pomyślał, że wygląda jak ramię zagradzające drogę niepowołanym. A nigdy tak nie wyglądała. Potem dotarł alejką porzeczkową na brzeg rzeki, skoczył wzrokiem wzwyż, na zamkowe wzgórze i ujrzał, że obsiadły je wielkie, ruchliwe mrówki. To tyraliera Einsatzkommando zsuwała się po stromiźnie w dół, ku rzece i ogrodom. Wtedy krzyknął, a jego krzyk obudził nas wszystkich.

Zbliżali się bezszelestnie, ich kroki tłumiła trawa, dopiero gdy weszli na podwórze, zadudniły po twardym klepisku ziemi, a potem na schodach ganku i ucichły. Dwa krótkie okrzyki dobiegły nas z wnętrza domu, brzęk tłuczonego szkła i trzaśnięcie drzwi, myśleliśmy, że przeszukawszy dom, poszli dalej, ale nie, ich kroki wróciły na podwórze, ich głosy kazały Agafi i otwierać drewutnie i komórki, zbliżali się ku nam, strzeżonym przez na wpół uschłe drzewo, a kiedy weszli do ostatniej komórki, mieliśmy ich tuż nad głowami, starczyło spojrzenia na podłogę z nieszczelnie zbitych desek, by ujrzeć siedzących na słomie.

Jeden zeskoczył z wysokiego stopnia i stanął przed na wpół uschłą jabłonką, a drugi spytał: was ist denn dort, i wtedy poprzez gałęzie drzewa wysunęła się ku nam biała wąska dłoń i kawał ramienia odzianego w mundur. Ciotka Stefania przytknęła palec do ust, jak gdyby się bała, że ktoś z nas krzyknie, i trzymała go jeszcze długo potem, jak oni odeszli. Odchodząc, spostrzegli stojącą pod gołębnikiem drabinę. Los Natana był nam jeszcze nieznany, myśleliśmy, że pracuje, bezpieczny, przy budowie kolejowego toru, ale w południe przyszła Agafi a i pochylona nad szparą w podłodze komórki, powiedziała nam. Zdążył zaledwie przebiec naszą zaciszną uliczkę. Schwytany został w sposób łagodny, łagodnymi słowy, komm, komm, du Kleiner, powiedział esesman, wychodząc zza węgła domu, i Agafi a, która nie znała niemieckiego, powtórzyła wyraźnie, komm, komm, du Kleiner, tak jak jej to powiedział naoczny świadek chwili schwytania. O ojcu wieści żadnych nie było. Wyszedł rankiem z domu ostatni, gwałtownym ruchem wciągając na ramię opaskę z napisem Arzt, wołał, że idzie do ambulatorium, twarz miał wzburzoną, zapamiętałam: nie było w niej strachu, tylko gniew.

Czas mijał w wielkiej ciszy, bez kroków, bez głosów, chyba że był to stłumiony, przez szparę idący głos Agafi i, informującej o tym, co się w mieście dzieje. Informacje jej dotyczyły jedynie rozmiarów wydarzeń i tym razem ona, z taką lubością okraszająca każdą wieść szczegółami, ograniczyła się do dwóch tylko słów, jak gdyby to, co widziała lub o czym słyszała, zniweczyło w niej narracyjne zdolności. – Mrowie narodu – szeptała przez szparę i odchodziła, by za godzinę powrócić i powtórzyć te same słowa.

Tak więc ten dzień najdłuższej i najstraszniejszej akcji upływał w ciszy. Tylko raz jeden, już pod wieczór, doleciał nas głos sąsiadki wołającej swego brata: – Wojtek, gdzie ty się podziewasz – i w odpowiedzi głos Wojciecha dochodzący z daleka, znad rzeki: – Zaraz... zaraz przyjdę... – Leżał tam pewnie pod topolą, jak to mieliśmy niegdyś w zwyczaju. Tylko te dwa głosy.

Myśleliśmy, że po zachodzie słońca Agafi a uwolni nas z chlewa, ale nie uczyniła tego, akcja, rozpoczęta o świcie, trwała wciąż jeszcze. Ciemno już było, gdy opuściliśmy schron. Podwórze, rankiem białe od wschodzącego słońca, było teraz białe od księżyca. Na ganku czekał ojciec ze wzburzoną, gniewną twarzą. Później, w środku nocy opowie, jak przeżył. Jak go złapali i jak uciekł. Jak żona przyjaciela, wsparłszy się ramionami o futryny drzwi, w ten wymowny, niewymagający słów sposób wzbroniła mu wejścia. Jak para staruszków – pacjentów – ukryła go na strychu. To wszystko opowie w środku nocy.

Stoimy na ganku. Uliczka rozbrzmiewa zdyszanym krokiem ocalałych, ale kroki biegnących nie zatrzymują się przed naszym domem. Wiemy: nie wróci ciotka Sabina i jej córka Berta, nie wróci kuzyn Natan. Nie na nich czekamy, ale na ostatni znak, jaki nam prześlą – na gwizd i dudnienie, które za chwilę dobiegną z ciemności. – Mrowie narodu – powtarza Agafi a i odmawia litanię nazwisk. W środku nocy przyszedł ojciec do naszego pokoju, gdzie leżałyśmy ubrane na zasłanych łóżkach. Noc była wietrzna, za oknem, w altanie bzów łomotały drzwi gołębnika. – Dzieci – powiedział – musimy się ratować. Szybko. Już nieraz była o ratunku mowa, ale to było tylko mówienie. Tym razem – czułam wyraźnie – decyzja zapadła.

=================
III wydanie powieści Idy Fink ukazało się 11. stycznia 2012 r. nakładem Wydawnictwa W.A.B.
Projekt i realizacja: direktpoint