Piątek, 2017.04.28 Bogny, Walerii, Witalisa

Wolę literaturę faktu - rozmowa z Arturem Górskim

Artur_Gorski_fot_RetroRoses
- Przestałem lubić czytać kryminały i powieści sensacyjne. Tym bardziej, że pracując w "Śledczym" kryminały mam na co dzień, i to znacznie lepsze niż to co mógłbym przeczytać w jakiekolwiek książce - mówi Artur Górski -  dziennikarz, były korespondent wojenny, krytyk literacki, pomysłodawca i redaktor naczelny magazynu "Focus. Śledczy". Także ceniony autor wielu znakomitych powieści sensacyjnych. Z wykształcenia i z zamiłowania historyk. W marcu do rąk czytelników trafiła jego najnowsza książka Świat tajnych służb. Są wojny, których nie widać.

Świat tajnych służb to nie powieść, jak uprzednie Pana książki, ale literatura faktu. Skąd ta zmiana?
- Po opublikowaniu trzynastu powieści kryminalnych i sensacyjnych, uznałem, że czas spróbować się w czymś innym. Facet co jakiś czas musi się próbować w jakiejś nowej dziedzinie, więc ja postanowiłem zmierzyć się z nowym gatunkiem literackim. Zwłaszcza, że jak zauważyłem, mnie samego bardziej interesują takie książki. Przestałem lubić, przynajmniej tak jak kiedyś, czytać kryminały i powieści sensacyjne. Tym bardziej, że pracując w „Śledczym” kryminały mam na co dzień, i to znacznie lepsze niż to co mógłbym przeczytać w jakiekolwiek książce. Mówi się wprawdzie, że wyobraźnia twórcy jest nieokiełznana, może to i prawda, ale to nie znaczy, że ma ona jakikolwiek związek z realiami. A ja już nie lubię fikcji całkowicie oderwanej od rzeczywistości. Wolę literaturę faktu i pomyślałem, że może się w niej sprawdzę.

Jak się zdobywa informacje, takie jakie możemy znaleźć w Pana książce? Nie jest to przecież wiedza łatwo dostępna, którą sobie można na przykład „wygoolować”.
- Powszechny obraz dziennikarza śledczego to wizerunek kogoś, kto z narażeniem zdrowia a może i życia dociera do jakiś nieprawdopodobnych materiałów. To nie do końca tak jest. Po „kwity” najczęściej nigdzie się nie chodzi tylko one same przychodzą do dziennikarzy zajmujących się taką tematyką. Później oczywiście, żeby te „kwity” zweryfikować trzeba dotrzeć do różnych ludzi, ale droga do nich jest już trochę przetarta. Takie informacje przychodzą także do mnie jako do redaktora naczelnego „Śledczego” i ja robię z nich użytek. Czy to w formie materiałów w moim piśmie, czy książki, która tak naprawdę jest rozszerzeniem artykułów i przedłużeniem mojej pracy zawodowej w gazecie.

Skoro te materiały same przychodzą „z rynku”, czy nie obawia się Pan, że zostanie przez kogoś wykorzystany jako narzędzie do jego własnych celów, na przykład porachunków z inna osobą? Albo, że informator może działać na czyjeś zlecenie?

- Jestem przekonany, że w pięćdziesięciu procentach jestem takim narzędziem. Mam świadomość, że jeśli przychodzi do mnie ktoś, kto reprezentuje te czy inne służby, przynosi mi jakieś materiały mówiąc, że chodzi mu tylko o własne interesy, to może być, tak jak mówi, ale równie dobrze może on wykonywać powierzone mu przez mocodawców zadanie. Bo w ich interesie jest opublikowanie tych czy innych treści. Niemniej dopóki te materiały są prawdziwe a ich publikacja nie będzie dla mnie miała jakiś tragicznych skutków, to w zasadzie co mnie obchodzą intencje mojego informatora? Dla mnie jest ważne, że dotarły do mnie określone informacje. Pytanie tylko jaka jest wartość takich materiałów? Czy to jest prawda, czy fikcja? A często nie jestem w stanie tego zweryfikować tak aby nie było żadnych wątpliwości. Wtedy najczęściej rezygnuję z publikacji takich materiałów. Co nie zmienia faktu, że dla mnie, jako dla dziennikarza czy autora książek, takie informacje są bardzo inspirujące i pobudzające, poszerzające horyzonty… Nawet jeśli to poszerzenie przenosi czasami mój wzrok w stronę fałszu. Bo zawsze w takich kwitach, nawet jeśli są mistyfikacją, jest jakaś część prawdy, która dla mnie jest ważna.

Czy taka wiedza bywa niebezpieczna? I jej publikacja może nieść ze sobą jakieś ryzyko dla Pana?

- Ryzyko, związane z publikacją istnieje prawie zawsze. Zwłaszcza, jeśli rzecz dotyczy wydarzeń bieżących, na przykład powiedzmy na styku polityki i spraw kryminalnych czy gospodarczych. To niebezpieczeństwo rzekłbym ma przebieg wielotorowy. Bo można na przykład zostać wezwanym przez prokuratora na przesłuchanie, co nie jest specjalnie przyjemne. Może być też zagrożenie postawienia zarzutów. Co jest jeszcze mniej przyjemne, bo grozi sądem a ten różnie może orzec. Mogą to być telefony od osób zainteresowanych tym, żeby materiał się nie ukazał, albo żeby nie było jego kontynuacji. I takie pogróżki są bardzo przykre i często podpadają pod tzw. „groźby karalne”. Ba! Bywa nawet, że są to groźby najcięższego kalibru. Można się także narazić ludziom, który prawa nie reprezentują, ale jeśli zechcą to mogą bardzo zaszkodzić. Chociaż groźby gangsterów zapewne były znacznie poważniejsze w czasach rozkwitu polskiej przestępczości zorganizowanej typu mafia pruszkowska czy wołomińska. Kiedy to rzeczywiście na serio grożono dziennikarzom i miało to bardzo realny wymiar. Wydaje mi się, że teraz jest trochę bezpieczniej pod tym względem i bardziej trzeba uważać na zadzieranie nie z gangsterami a z państwem. Na szczęście w „Śledczym” nie zajmujemy się tylko takimi przypadkami. Ja bardzo lubię także sprawy historyczne, a te są całkowicie bezpieczne.

W książce „Świat tajnych służb” znajdujemy opisy stylu pracy różnych służb całego świata. Który z nich Panu wydaje się najbardziej interesujący? Które służby Pan najbardziej ceni?

- Nie jestem przekonany czy jako dziennikarz powinienem wystawiać takie cenzurki. I kusić się o gradację tych służb, że ta jest lepsza a ta gorsza. Mogę powiedzieć tylko tyle, że w świecie bardzo wysoko oceniane były polskie służby wywiadowcze i kontrwywiadowcze, szczególnie te przedwojenne i działające w czasie wojny. Aczkolwiek PRL-owskie też podobno nie były najgorsze. Zdaje się, że dopiero teraz mamy jakiś regres w służbach wywiadowczych. Natomiast opiewana w licznych hollywoodzkich produkcjach CIA uważana jest za jedną ze słabszych. Taką która, o czym piszę w mojej książce, zanotowała straszne wpadki. Bez wątpienia dobry, skuteczny i działający nieszablonowo jest izraelski Mossad. Ma on na swoim koncie bardzo spektakularne operacje i nie mam tu na myśli tylko słynnego uprowadzenia Eichmanna. No i cały czas należy się obawiać rosyjskich służb specjalnych, czy to będzie wojskowy GRU, czy formacja, nazwijmy to, cywilna. Te służby są ciągle bardzo dobre i mają znakomicie wyszkolone kadry.

W książce czytamy o Marianie Zacharskim, z którym spotkał się Pan osobiście. To była duża życiowa przygoda?

- To absolutnie była jedna z przygód życia. Najpierw dostałem informację, że Zacharski spotka się ze mną, żeby udzielić mi wywiadu. Następnie przez pośredników bardzo długo zawężaliśmy geografię naszego spotkania. Najpierw, że gdzieś w środkowej Europie, może Austria, może Niemcy… ostatecznie padło na Niemcy, potem uściśliliśmy, że w Berlinie. Na miejscu miałem dostawać sms-y z kolejnymi wskazówkami…  Była to naprawdę fajna przygoda - na końcu tego całego łańcucha pośrednictwa spotkać wreszcie Generała i móc z nim porozmawiać. Dodam, by już nie wchodzić zbytnio w szczegóły, że było to w jednym z hoteli, w których działał najsłynniejszy polski szpieg dwudziestolecia międzywojennego.

Jaką rolę w służbach specjalnych pełnią kobiety?

Taką samą, jak faceci, tylko ładniejszą. Żartuję - prawdą jest, że odsetek pań, pracujących w służbach - od policji po służby specjalne jest coraz wyższy. Może one mniej przejmują się reformą emerytalną mundurówki, i wskakują do rzeczywistości, zarezerwowanej tradycyjnie dla mężczyzn? To, że kobiety są szpiegami, nie dziwi, tak jest od wieków. Ale to, że panie zasilają szeregi policyjnej prewencji, stanowi pewien znak czasu, i należy się z tym pogodzić. I nie podskakiwać, kiedy pani z pałą będzie waliła po głowie.


Czy zamierza Pan jeszcze wrócić do beletrystyki?

Mimo tego wszystkiego co zadeklarowałem powyżej, do prozy wciąż mnie ciągnie. Nie wiem jednak, od czego zacznę, jeśli w końcu uznam, że powinienem kontynuować swą drogę kryminałotwórcy - czy od retro w stylu „Ala Capone w Warszawie”, czy od sensacji z tajemnicami historycznymi w tle w stylu „Zdrady Kopernika”, czy może powrócić do paradokumentalnej prozy wojenno-sensacyjnej w stylu „Gucci boys”. Jak się zdecyduję, dam Pani pierwszej znać.


Rozmawiała Izabella Jarska

Fot. RetroRoses
Projekt i realizacja: direktpoint