Wtorek, 2017.03.28 Anieli, Kasrota, Soni

Warszawianin od pokoleń - rozmowa z Arturem Górskim

Artur_Gorski_fot_RetroRoses
- Podążanie po śladach zbrodni, choćby tylko wymyślonych, jest o wiele ciekawsze, bardziej dynamiczne niż analizowanie pokoju, w którym przeżywał ezoteryczne rozterki bohater prozy artystycznej. A gra miejska jest według mnie najwyższą formą takiego podążania - mówi Artur Górski, autor powieści Al Capone w Warszawie na podstawie której powstała gra miejska Warszawski Al Capone. Z Górskim - pisarzem, dziennikarzem, krytykiem literackim i byłym korespondentem wojennym rozmawia Izabella Jarska.


Dlaczego osadził pan akcję swojej powieści w Warszawie i w okresie dwudziestolecia międzywojennego?

Bo jestem warszawianinem i to od wieeeelu pokoleń. I to właściwie wystarczy. I nie miałem ochoty na to, aby powieść kryminalną osadzoną w realiach przedwojennej Warszawy pisał autor z innego miasta. A były takie zakusy.
Ale dodam, że wychowany na przedwojennym kinie (w czasach PRL przedwojenne filmy były taką samą atrakcją jak teraz powiedzmy Dr House, a program Stanisława Janickiego W starym kinie bił rekordy popularności), należę do tych, którzy uważają, iż Warszawa sprzed 1939 roku stanowiła perłę, i to na europejską skalę. Warto o tym przypominać oraz naciskać na obecnych włodarzy miasta, aby przywracali jej dawny blask.

W książce jest bardzo szczegółowy opis międzywojennej Warszawy. Jak i gdzie wyszukiwał pan szczegóły "z epoki"?

Gdybym zsumował wszystkie godziny, jakie spędziłem w bibliotekach, archiwach czy muzeach, to by się okazało, że samo pisanie powieści to był czasowy pryszcz, ot chwilka spędzona przy komputerze. Jednak najważniejsze szczegóły wyniosłem z domu rodzinnego - warszawskiego domu. Moja powieść zaczyna się w domu na Kole, gdzie moi dziadkowie mieszkali od 1932 roku. To także był mój pierwszy adres.

Powieść początkowo ukazywała się w  "Życiu Warszawy" w odcinkach. Skąd wziął się ten pomysł?

To był pomysł wspólny - i "Życia Warszawy", które szukało jakiegoś pomysłu promocyjnego, i mój. Bo ja też szukałem pomysłu na promocję mojej osoby. Z mojego punktu widzenia był to strzał w dziesiątkę - powieść Al Capone w Warszwie dość szybko "zatrybiła" i przyciągnęła uwagę także warszawskich mediów, które zaczęły mnie regularnie zapraszać do audycji poświęconych przedwojennej Warszawie. A pewien znany felietonista napisał nawet, że Górski promowany jest przez "salon" z uporem godnym lepszej sprawy. Nie mam mu tego za złe - prawdą jest, że wyskakiwałem wówczas prawie z każdej lodówki, przynajmniej w Warszawie. Teraz trochę mi tego brakuje.

Czy miał pan jakieś przedwojenne wzorce osobowe dla swoich bohaterów?

Naturalnie - moja Sawicka to gwiazda przedwojennego kina Jadwiga Smosarska (choć trochę łamana przez Helenę Grossównę), a Wars... Hmmm, powieść pisałem tak, aby przypominała przedwojenne kino, więc i Wars musiał być choć trochę zbliżony do jakiegoś aktora z tamtych lat. Niekoniecznie amanta. Na pewno nie był to ani Bodo, ani Żabczyński. Może najwłaściwszym tropem byłby Franciszek Brodniewicz? W jakimś sensie chciałem też Warsowi nadać trochę moich cech, choć bardziej wewnętrznych niż zewnętrznych.

Jak warszawianie reagowali powieść? Czy był na nią jakiś odzew?

Taki jak marzyłem. Dostałem sporo listów, telefonów od ludzi, których interesuje warszawska historia, i którzy mieli jakieś własne doświadczenia z opisywanymi przeze mnie miejscami. Zdarzało się, że wytykali mi taką czy inną nieścisłość, na co oczywiście nie pozostawałem obojętny, broniąc swoich racji, a przy okazji kreując pewne zainteresowanie nie tyle moimi książkami, ile przedwojennymi dziejami miasta. Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo to ludzi - nie tylko warszawian - interesuje. Mówiąc wprost - wstrzeliłem się w pewną niszę, która okazała się workiem bez dna.

Co pan sądzi o promowaniu miast za pomocą literatury i opartych na niej grach miejskich?

Bruksela promuje się jako miast gay friendly. Można i tak. Mnie bliższa jest idea promowania miasta czyniąc z niego bohatera literackiego - kryminał zaś wydaje się idealną platformą, bo po pierwsze jest to literatura popularna i ludzie chętnie po nią sięgają, a po drugie zawsze towarzyszy mu kontekst obyczajowy, dzięki czemu opowiada nie tylko o murach, ale społecznościach mieszkających w nich. Podążanie po śladach zbrodni - choćby tylko wymyślonych (nie każde miasto miało Kubę Rozpruwacza, może to i dobrze) jest o wiele ciekawsze i bardziej dynamiczne niż analizowanie pokoju, w którym przeżywał ezoteryczne rozterki bohater prozy artystycznej. I bardziej nastawione na drążenie szczegółów jak w pracy detektywa.
A gra miejska jest według mnie najwyższą formą takiego podążania - jest zmuszeniem do pewnego wysiłku intelektualnego (i fizycznego) biorących w niej udział, którzy zresztą przystali na warunki gry z własnej woli. I w nadziei na dobrą zabawę. Wiem, co mówię - latem ubiegłego roku odbyła się w Gdańsku gra oparta na moich książkach. Ludzie naprawdę świetnie się bawili, choć często nie mieli pojęcia o jakie książki i o jakiego autora chodzi.
Projekt i realizacja: direktpoint