Piątek, 2017.04.28 Bogny, Walerii, Witalisa

Jean Genet: Zakochany jeniec - fragment

zakochany_jeniec_okladka
Ostatnia książka Jeana Geneta Zakochany jeniec ukazała się w Polsce 17. października w przekładzie Jacka Giszczaka. To literacki reportaż z obozu dla uchodźców w Palestynie na początku lat 70. XX wieku, wydany w oryginale już po śmierci autora, swoisty testament Geneta, a także unikalne świadectwo konfliktu, który nie wygasł do dziś.

"(...) jeśli Palestyńczycy znaleźli w osobie pisarza wiernego przyjaciela i wnikliwego obserwatora, on sam odnalazł w nich temat, który pozwolił mu powrócić do kluczowych zagadnień przenikających jego dzieła z lat czterdziestych i pięćdziesiątych: bohaterstwa ludzi wyjętych spod prawa, piękna niezłomnej postawy, świadomych prób obalenia ustalonego porządku, przemiany erotyzmu w niewinność, mocy życia duchowego niezwiązanego z religią, nieważkości śmierci, trwania uczucia poza życiem jednostki oraz twórczej i elastycznej relacji między obrazem a rzeczywistością" - pisze we wstępie do polskiego wydania Zakochanego jeńca Ahdaf Soueif.

FRAGMENT KSIĄŻKI

Cztery, a potem pięć starych Palestynek przycupnęło na nowym opuszczonym placu w dzielnicy Dżbal al-Husajn. Nowym, to znaczy właśnie pozyskanym, przypuszczalnie wczoraj, najdalej przedwczoraj, był nowym opuszczonym placem, efektem spalenia napalmem. Ze śmiechem poprosiły, bym się do nich przysiadł.
Indianie z Andów siadają w kucki, z dupą na piętach, z dłońmi już na ziemi, by zachować stan równowagi i czujność, gotowość do ucieczki; ci, którzy maszerują dniem i nocą z kijem w ręku, czekają na chwilę, w której będą mogli kucnąć, Marokańczycy, Berberowie Chleuh (Szilha) i Arabowie; także osmańscy Turcy. Rodzina Książąt Pustyni – złożona wyłącznie z samców – przybyła złożyć hołd Husajnowi, który cudem uniknął śmierci (sierpień 1972). Byłem w Ammanie, w hotelu Jordan, siedzieliśmy twarzą w twarz. Oto skład tej rodziny: pradziadek, dziadek, ojciec, syn oraz siedmiu wnuków. Usiedli na czarnych kanapach. Przez jakiś czas tkwili tak w bezruchu, milcząc. Po pięciu minutach ojciec tylko jedną nogą dotykał ziemi, na drugiej, zgiętej, przysiadł. Wkrótce cała rodzina bez nóg siedziała w kucki na kanapach jak na japońskich rycinach postaci na skraju przepaści. Palili i spluwali na dywan; dzięki Chomeiniemu dowiedzieliśmy się, że Irańczycy przyjmują tę samą pozycję, Hindusi także, przysiadając tylko na jednym pośladku, podobnie Japończycy. Jednak te różnorodne stany spoczynku, czasem sugerujące gotowość do odwrotu, a czasem odwieczne znużenie, przywodziły na myśl girlandę mężczyzn powalonych w epicentrum trzęsienia ziemi. To skojarzenie wywołuje mój uśmiech. Zapisuję je, gdyż przypomina mi pewnego młodego Amerykanina. "Dlaczego jeździsz po świecie?". "Chcę skonstruować krzesło, jakiego nikt nie wymyślił, to znaczy zobaczyć wszystkie istniejące krzesła, by zaprojektować to, którego nie ma".
Najstarsza – ich przełożona? – mimo uśmiechu gestykulowała w sposób najbardziej stanowczy.
– Jesteśmy w moim domu.
Wszystkie uśmiechnęły się i przytaknęły głowami.
– W jakim domu?
– Nie widzisz?
Jej ozdobiony pierścionkami palec nie wskazał miejsca, na którym siedziała, lecz cztery kupki zimnego popiołu, a każdą z nich otaczały cztery osmalone kamienie.
Kto kazał dwóm fedainom, mówiącym po francusku, zaprowadzić mnie trzy godziny wcześniej do małej nietkniętej willi w ogrodzie, dość blisko Dżabal al-Husajn?
– Poznasz ważną postać, przewodniczy organizacji palestyńskich kobiet w Ammanie. Musisz być bardzo uprzejmy, to burżujka, trzeba obchodzić się z nią taktownie.
– Jest taka wrażliwa?
– Oddaje przysługi.
Al-Wahdat i Dżabal al-Husajn to były dwa obozy w Ammanie najskuteczniej zdewastowane przez beduińskich żołnierzy. W salonie, na niskim stoliku, leżała talia kart, prawdopodobnie czekając, aż je przełożę i rozdam zebranym. Weszła przewodnicząca, każdemu uścisnęła dłoń, usiadła, poprosiła, byśmy zrobili to samo, wzięła karty, uśmiechnęła się i ten uśmiech zniekształcił jej naturalnie zaokrągloną twarz. Wizerunki Dory Maar są niestety zbyt często wykorzystywane, bym ośmielił się porównać do nich oblicze przewodniczącej. Cała krew spłynęła jej do nóg i stóp, gdyż twarz nagle pobladła, i wpatrując się we mnie, zaczęła cedzić chłodnym i szorstkim głosem, cytując niezrozumiały tekst, przez który trzeba przeniknąć, a raczej się przedrzeć, wbijając mi do głowy argumenty, które przemawiają na rzecz palestyńskiego ruchu oporu.
– Gdyż mamy swoje prawa. Rezolucja numer dwieście czterdzieści dwa Organizacji Narodów Zjednoczonych brzmi w sposób jednoznaczny i nigdy nie pozwolę, by Izrael czy Jordania dyktowały ONZ jej rezolucje czy im się przeciwstawiały.
Wstałem.
– Wszyscy wiedzą, że wygłasza pani idiotyzmy. Proszę zachować je dla siebie.
Przewodnicząca znała francuski na tyle, by w przeciwieństwie do fedainów zrozumieć słowo idiotyzm.
– Mówię prawdę.
– Dowódcy Al-Fatahu są tak samo głupi jak pani, skoro panią wybrali.
Dwaj fedaini zaczęli pocieszać przewodniczącą, która się rozpłakała. Wyszli ze mną, ale zostawili mnie, zagniewani.
– To, co zrobiłeś, było okropne, tak musieliśmy się natrudzić, żeby zechciała przyjąć to stanowisko.
Gdy uwolniłem się od nich, poczułem ulgę na widok tych staruszek, uśmiechniętych mimo nieszczęścia, na ostygłym pogorzelisku. Ognisko domowe to ognisko domowe, te, które widziałem, symbolizowały domy, spalone jak węgle w tych pięciu paleniskach: każde pośród czterech poczerniałych od dymu kamieni. Nawet jeśli ich chusty zakrywały kilka siwych kosmyków farbowanych henną, nie zasłaniały twarzy. Śmiały się, zrozpaczone, ale z elegancją. To, co mówiły, przetłumaczył mi pewien palestyński dowódca, równie pogodny i w podobnym wieku co one, ale miałem wrażenie, że je rozumiem jeszcze przed przyjściem tłumacza. Obnażały swoją samotność do kości.
– Skąd jesteś?
– Trzeba mu podgrzać herbatę!
– Francja jest daleko?
– Często tam wieje?
Z lekką i pełną wdzięku emfazą opowiedziały mi, jak po przejściu beduińskich żołnierzy wszystko spłonęło, także od bomb z napalmem.
– Kuchenka jest tam, widzisz kuchenkę?
Chudym i ciemnym palcem wskazała cztery poczerniałe kamienie i trochę popiołu. Pokazała mi niebieską, bardzo delikatną porcelanową filiżankę.
– Mówili, że jest z Chin. Popatrz. Żadnej rysy. Spadła na popiół: niebieski na szarym, pasuje.
Przy takiej elegancji i poczuciu humoru bieda pasuje starym kobietom jak ulał. Niebo także było niebieskie. Słońce przygrzewało, a palenisko, choć wygaszone, płonęło. Poza nietkniętą filiżanką karabinowe serie i pożar przetrzymał całkiem sczerniały i w wielu miejscach powgniatany czajnik, choć nie bardziej niż przed pożarem. Nalegały, że mi zaparzą herbatę.
– Noc będzie chłodna.
– Ale nie jesteśmy same. Każda z nas ma krewnych. Wielu krewnych. Pójdziemy na noc do tego czy innego. Dni będziemy spędzały tutaj, w naszych domach, w tym wieku miło jest posiedzieć przy ogniu.
Każda staruszka miała własny dom.
– Czy Husajn się utrzyma?
– Zwariowałeś?
Zapytały ze śmiechem, czy nie chciałbym zabrać go sobie i pokazać Francuzom.
– Na pewno nigdy nie widzieli takiego człowieka!
– Zanim tu przyjechałeś, wiedziałeś, że tak wygląda rewolucja?
To słowo padło po raz pierwszy. Może samotna i jeszcze zapłakana przewodnicząca palestyńskich kobiet układała pasjansa? Czy wiedziała, że pięćdziesiąt metrów od jej ogrodu palestyńskie kobiety układały inny prosty pasjans, radość, która już nie ma nadziei? Słońce kontynuowało swą drogę. Czyjeś ramię czy wyciągnięty palec rysował na ziemi coraz cieńszy cień, ale na czyjej ziemi? Jordańskiej za sprawą politycznej fikcji, o czym zdecydowała Anglia, Francja, Turcja, Ameryka.
– Husajn zrzucił zapalające bomby. Mój mąż był jedną z pierwszych ofiar.
– Gdzie teraz jest?
– Tam!
Wyciągnęła ramię, lecz oszczędzając siły czy czując znużenie, bo od trzech dni powtarzała ten sam zbyt obszerny dla jej wieku gest, nie dokończyła go.
– Jest tam. Za murem. Grzebałyśmy tam wszystkie, żeby wykopać mu choć płytki dół, ale to skała. W tygodniu znajdziemy mu jakiś cmentarz, Fatah nam obiecała. Mój stary mąż spalił się od napalmu. Najpierw włosy, oczy. Pożar zatrzymał się w porę. Mąż jest teraz czyściutki jak rybi szkielet.
Wszystkie miały gładkie twarze. Czy się depilowały? Tak jak młode arabskie kobiety nadal depilują łono? Pod ich czarnymi halkami jeszcze jedna halka i kolejne, których liczbę znał jedynie mąż, otrzymane, jak chusta, w spadku po kim albo w prezencie od kogo? Nie mogłem wyobrazić sobie ciał chudych, niemytych, bo rury doprowadzające wodę były uszkodzone. Ciała bez pragnień, zbyt przejęte troskami o gospodarstwo obrócone w proch, zbyt przejęte wojną i budzącymi politowanie środkami ostrożności, już miały barwę próchnicy. Barwne fajerwerki na cześć siedemdziesięcioletnich seniorów Wielkich Rodzin tu nie obchodziły nikogo.
Jeśli chodzi o cmentarz, o którym mówiły, mogłem wyobrazić sobie tylko cmentarz ruchomy, przypuszczalnie podobny do tego, o jakim myślał Ali, mówiąc, że gdybym umarł, rozdzieliłby moje kości między kilku fedainów – do czasu aż znajdą cmentarz, na którym można by je pochować, nim trafią na dno Morza Martwego. Zapewne cmentarz dający się zdemontować, symboliczny, wzniosły monument nigdy niewykopanych w piasku grobów, zostawiający ciała na pastwę szakali, dość podobny do pomników poległych, które trzeba było szybko rozebrać w podmuchach wiatru, na deszczu albo w słońcu, czasem w świetle księżyca, by przenieść gdzie indziej jego elementy: girlandy ze złotawego papieru, wypisane złotymi literami zdania na cześć męczenników, cytaty z Koranu, naiwne wiersze, jedna czy dwie zasilane baterią żarówki. Groby, nagrobki, cmentarze, pomniki, wszystko musiało być mobilne, przystosowane do życia nomadów.
– Beduini potrafią namierzyć cel. Strzelali pociskami z napalmem z bazooki.
Siedemdziesiąt lat temu, około 1910 roku, zakładając, że byłbym w wieku, w którym po raz pierwszy idzie się do szkoły, nie usłyszałbym z ust światowej kobiety słów w rodzaju: "Masz sałatę? Co za dupek, to będą dwie dychy". Słowo bazooka spokojnie i wyraźnie wymówiły bezzębne usta starej Palestynki, a z ust innej, w tym samym wieku, trzy razy padło słowo napalm. Militarne słownictwo, najbardziej nowoczesne, odpowiadało tym starym kobietom. Dziwiło mnie raczej, że nie wspomniały o "stosowanej przez Pentagon broni najnowszej generacji".

Jednym z przywilejów wieku i emigracji jest to, że można kłamać niemal bez ryzyka, świadkowie już nie żyją lub są nieosiągalni. Jeśli po 1918 roku europejskie stolice zalały całe masy rosyjskich książąt-kierowców taksówek, obozy uchodźców będą pełne rodzin, które pozostawiły w Palestynie swe szczęście – z którym co się stało?
Te staruszki, których imion nigdy nie poznałem, miały grunt, nie powyżej, nie niżej, trwały w miejscu bez przestrzeni, gdzie byle ruch będzie fałszywym ruchem. Czy pod dziesięcioma bosymi stopami ziemia była twarda? Nie tak jak po stronie Hebronu, gdzie zostali przyjaciele, krewni, tu ziemia była twarda, każdy stawał się lekki, zmysłowo poruszając się w przestrzeni języka arabskiego.

===========================
Książka ukazała się w Polsce 17. października 2012 r. nakładem wydawnictwa W.A.B. w serii Nowy Kanon, przygotowanej we współpracy z „The New York Review of Books”, An NYRB Classics Book.
Projekt i realizacja: direktpoint