Środa, 2017.08.23 Apolinarego, Miły, Róży

Opowiadam o tym, co znam - rozmowa z Marjane Satrapi

satrapi_i_parronaud
- Od samego początku Kurczak ze śliwkami był dla nas logiczną, spójną kontynuacją  Persepolis. Po pierwsze dlatego, że jego bohaterem, owym muzykiem złamanym przez miłość, jest brat mojego dziadka, rewolucjonista i komunistyczny więzień, o którym opowiadałam w Persepolis - Marjane Satrapi opowiada o swoim najnowszym filmie, współpracy z Vincentem Paronnaud oraz aktorami.
Kurczak ze śliwkami trafi na ekrany polskich kin 26. grudnia 2012 roku. W filmie grają m.in. Matthieu Amalric, Maria de Medeiros, Golshifteh Farahani i Isabella Rossellini.


Czy po sukcesie Persepolis trudno było nie zrobić kolejnego filmu animowanego?

Nie. Najciekawsze w każdym projekcie artystycznym są nowe wyzwania: robienie rzeczy, których się jeszcze nie robiło i nawet nie wie się, jak je zrobić. Nakręciliśmy film animowany, wiele się przy nim nauczyliśmy, ale to było dawno temu i minęło, nawet jeśli sprawiło nam ogromną frajdę. Ten projekt był dla nas ekscytujący, bo mogliśmy spróbować czegoś nowego. A dla mnie i dla Vincenta wyzwania są siłą napędową.

Persepolis było filmem animowanym, ale posiadało intensywność, głębię oraz emocje „normalnego” filmu. Kurczak ze śliwkami jest filmem z aktorami i realnymi obrazami (no dobrze, w większości!), ale ma fantazję, inwencję i wolność filmu animowanego.

Od samego początku Kurczak ze śliwkami był dla nas logiczną, spójną kontynuacją  Persepolis. Po pierwsze dlatego, że jego bohaterem, owym muzykiem złamanym przez miłość, jest brat mojego dziadka, rewolucjonista i komunistyczny więzień, o którym opowiadałam w Persepolis. (...) Po drugie, ponieważ ani Vincent, ani ja nie możemy zapomnieć o medium, które nas ukształtowało. Jesteśmy ilustratorami, więc po pewne rzeczy w dziedzinie ekspresji sięgamy naturalnie - choć nie czynimy z tego żadnej deklaracji czy manifestu. Oboje też podzielamy absolutną wiarę w film jako sposób zgłębiania wyobraźni i estetyki. Realizm nie za bardzo nas interesuje. Kiedy chcemy opowiedzieć historię, oboje musimy wykroczyć poza realizm... Filmy, które kochamy, które karmią naszą wyobraźnię, traktują o  marzeniach, są pełne blasku i fantazji. Nieważne, czy to Czarnoksiężnik z  krainy Oz, niemiecki ekspresjonizm, Hitchcock czy Fellini... Takie kino chcemy robić, takiemu kinu chcemy złożyć hołd.

Co zainspirowało powieść Kurczak ze śliwkami?

Punktem wyjścia była historia wuja mojej matki - muzyka zmarłego w dziwnych okolicznościach, których nikt nigdy nie był w stanie wyjaśnić. Pewnego razu pojechałam do Niemiec do brata mojej matki, również muzyka. On opowiedział mi, jak niezwykłym człowiekiem był ich wuj - jeden z najlepszych wirtuozów gry na tarze swoich czasów. Pokazał mi też jego zdjęcia. A ponieważ jestem bardzo wrażliwa na piękno, romantyczna twarz tego człowieka zafascynowała mnie i zrodziła we mnie chęć opowiedzenia jego historii, historii o artyście złamanym przez miłość. Wtedy poczułam też nagłą potrzebę mówienia o śmierci. Chciałam napisać o nim książkę, taką nihilistyczną: na końcu nie ma nic, nie ma odkupienia; kiedy wszystko się skończy, to naprawdę koniec, wszystko przeminęło! (...) Reszta była tego następstwem. W powieści są wymyślone rzeczy, ale są też rodzinne wspomnienia... Wiedziałam, że żona muzyka była nauczycielką i że często bolał ją kark. A moja matka miała kuzynkę, która piła, paliła, była hazardzistką i miała trzy ataki serca! Czerpałam inspirację ze znanych wydarzeń, historii, które zasłyszałam...

W przeciwieństwie do Persepolis, Kurczak ze śliwkami nie jest historią z twojego życia. Czy przez to było ci łatwiej przenieść tę książkę na ekran?

Tak. Po pierwsze dlatego, że to jedna książka, a nie cztery! Co więcej, nie był to taki sam emocjonalny ładunek. Praca nad Persepolis była sto razy cięższa! Najpierw przeżyłam te historie, potem przeżywałam je na nowo pisząc książki, a następnie przeżywałam jeszcze raz robiąc film. To było bardzo trudne doświadczenie... Emocjonalny ciężar był naprawdę duży. Ilekroć widziałam sceny z moją babcią lub moim wujkiem, zawsze okropnie płakałam. Ale musiałam zatrzymać to w filmie, inaczej ci, którzy przy nim pracowali, zaczęliby to traktować zbyt lekko. No i oczywiście był jeszcze aspekt polityczny: islamski reżim, oskarżenia, groźby, represje... Po raz pierwszy również nie pracowałam sama. I mimo, że okazało się to wspaniałym doświadczeniem, nie było to doświadczeniem łatwym dla mnie, lubiącej mieć pełną kontrolę nad wszystkim! Kurczak ze śliwkami był o wiele łatwiejszy, bo to po prostu piękna, smutna historia o miłości.

W jaki sposób jej bohater, Nasser-Ali, jest Ci bliski?

Wszystko, co mówi ta historia, jest mi bliskie... A zwłaszcza odkrywanie, co to znaczy być artystą. Artysta to wspaniały byt, ale również niezwykle egocentryczny, ogromnie narcystyczny... Świadomość tego pomaga artyście się rozwijać. Jest też romantyczny wymiar, bo - wbrew temu, co o mnie mówią - jestem bardzo romantyczna. Przez dwadzieścia lat ten człowiek grał muzykę dla kobiety, którą utracił, przekonany, że ona też wciąż o nim myśli. Kiedy spotyka ją znowu, a ona go nie rozpoznaje - wszystko traci dla niego sens i nie może już grać. Żaden instrument nie może przywrócić mu uczuć, którymi żył przez te dwadzieścia lat...

Mistrz Nassera-Alego mówi mu: "Grasz tak dobrze, ponieważ cierpisz". Czy również wierzysz w potrzebę odczuwania bólu w celu stworzenia czegoś prawdziwego?

(...) Absolutnie nie wierzę, że trzeba pracować w bólu... Na planie wolę się bawić. Myślę, że im więcej się śmiejesz, tym lepiej pracujesz. Nie uzyskasz bólu lub emocji, wprowadzając ludzi w stan cierpienia. Wręcz przeciwnie, kiedy ci zaufają, kiedy przedstawisz im swój spójny obraz czegoś, rozwiniesz w nich chęć współpracy...

W twoim filmie tara z powieści zmieniła się w skrzypce...

Tara jest bardzo szczególnymi instrumentem, o dość osobliwym kształcie i dźwięku. Nie chcieliśmy, żeby jej niezwykły wygląd znalazł się w centrum uwagi. W tej historii nie sam instrument jest najważniejszy, w zasadzie jest on po prostu pretekstem, aby opowiedzieć o czymś innym. Skrzypce - bardzo obecne w tradycyjnej muzyce irańskiej - są znacznie bardziej uniwersalne, a ich muzyka bardziej dostępna. Nigdy nie chodziło mi o to, by uprawiać folklor czy orientalizm. To mnie nie interesuje. Zawsze wolę podkreślać rzeczy, które nas łączą, a nie te, które nas różnią.

Ściśle trzymasz się swojej powieści, jej nieliniowej fabuły, która łączy retrospekcje, skoki w przyszłość i elipsy. Zdecydowałaś się jednak traktować każdy epizod, który łamie ciągłość narracji, w sposób estetycznie odmienny...

Książka ma strukturę szkatułkową, która jest dość żartobliwa, a to było kluczowe dla filmu. Jak powiedziałem wcześniej, Vincent i ja podzielamy absolutną wiarę w język filmu, więc to była dla nas ekscytująca, świetna zabawa: korzystać ze wszystkich możliwości, wszystkich opcji i wszystkich stylów, które daje nam kino. Bawiliśmy się wszystkimi rzeczami, o których marzyliśmy. Chcieliśmy zrobić film, który w miarę, jak się rozwija, staje się coraz bardziej wolny od realizmu. Podobał nam się pomysł nakręcenia wielkiej historii miłosnej w stylu melodramatów Douglasa Sirka, ale postanowiliśmy potraktować ją z humorem.

Z książki wzięłaś "wyraz" w jego pierwotnym znaczeniu i zagrałaś mieszanką różnych stylów filmowych...

Marzyliśmy o zrobieniu filmu, który łączy różne style narracji, różne sposoby mówienia o rzeczach, różne estetyki... Mieliśmy dużo zabawy przechodząc od parodii serialu do włoskiego melodramatu, a potem do filmów fantasy i ukłonów w stronę George’a Mélièsa. Nie obyło się też bez poważnych refleksji. Musieliśmy przejść od jednego stylu narracji do drugiego tak, żeby widzowie nie zauważyli szwów. To było bez wątpienia to, nad czym najciężej pracowaliśmy. Dla tego typu filmów nie ma innego wyjścia. Vincent i ja wiele dyskutowaliśmy i staraliśmy się być maksymalnie blisko tego, co sobie wyobrażaliśmy. Na szczęście oboje mamy podobny smak estetyczny, a nawet więcej: podobnie wyobrażamy sobie wiele rzeczy. Nie ma innej osoby, do której mogę powiedzieć: „Wyobraź sobie, że" i być pewna, że widzi dokładnie ten sam obraz.

Nie wydaje się to tak oczywiste - wasze graficzne światy są tak różne...

To prawda. W rysunku to ja jestem bardziej powściągliwa i konkretna, a Vincent bardziej barokowy, bardziej obfity. Ale jednocześnie nasze światy się dopełniają. Niektóre rzeczy są tylko nasze własne, a inne - jak poczucie tego, co jest zabawne czy humorystyczne spojrzenie na świat i ludzi, którzy nas otaczają - mamy wspólne. Oboje tak samo patrzymy na ludzki gatunek. Oboje jesteśmy wielkimi fanami Dostojewskiego, który - naszym zdaniem - jest najdoskonalszym pisarzem. Podobnie jak on, jesteśmy przekonani, że każdy jest dobry i zły w równej mierze! Możesz nienawidzić Raskolnikowa na początku, ale na końcu mu współczujesz. Faranguisse, żona Nassera-Alego, grana przez Marię de Medeiros, jest okropną kobietą, ale na końcu widzimy jej piękno i lubimy ją, bo rozumiemy jej zachowanie. Każdy może być zły, ale każdy powinien mieć szansę pokazać, że jest też dobry... Wracając do Vincenta - on bardzo mnie śmieszy. Bardzo. Jesteśmy tak różni, a jednocześnie mocno się uzupełniamy i chyba dlatego wszystko tak działa dobrze między nami. Pod koniec dnia pracy naprawdę trudno powiedzieć, co które z nas zrobiło, czyj był wyjściowy pomysł. Na planie dzieliliśmy pracę: Vincent zajmował się kadrowaniem, oświetleniem i ruchami kamery, a ja aktorami, ich grą i strojami. Ale to nie było tak jednoznaczne, ponieważ wymienialiśmy opinie o tym, co robimy. Więc tak naprawdę to była wspólna praca.

W jaki sposób wasza współpraca ewoluowała od Persepolis?

Pracowaliśmy spokojniej i znacznie lepiej. Nigdy nie ma między nami problemów z ego i walki o władzę. Jesteśmy przyjaciółmi, nie jesteśmy już żółtodziobami i wiemy, że wszystko, co mówimy, zawsze jest powiedziane w interesie filmu, a nie po to, by kogoś urazić. Każde z nas ma własne, odrębne, spełnione życia artystyczne. Czujemy wzajemny podziw, a kiedy decydujemy się pracować razem, możemy całkowicie połączyć nasze indywidualne atuty.

Powiedziałaś, że dla ciebie Mathieu Amalric był idealnym Nasserem. Co sprawiło, że tak myślisz?

Mathieu ma w sobie tę potrzebną odrobinę szaleństwa i ekstrawagancji, a do tego te oczy, których potrzebowałam, gorączkę i pewną kanciastość... Od początku było dla mnie oczywiste, że Nasserem musi być on i nikt inny. To ogromnie utalentowany aktor. Może płynnie przechodzić z filmu Desplechina do filmu o Bondzie... I umie grać na skrzypcach! Z 46 dni zdjęciowych musiał być na planie przez 44 z nich, ale zawsze był skoncentrowany i cierpliwy.

Skąd się wziął pomysł na obsadzenie Isabelli Rossellini w roli matki?

Ona jest niezwykłą artystką i kobietą. Kiedy zadzwoniłam do niej, od razu powiedziała „tak”, nawet nie czytając scenariusza. Jej baliśmy się najbardziej, a od scen z nią rozpoczynaliśmy zdjęcia! Isabella Rossellini, wyobraź sobie! Przez lata oglądaliśmy niesamowite filmy z jej udziałem... Weźmy choćby Blue Velvet! A teraz nagle stała przed nami i była naprawdę miła i śmiała się razem z nami. Co więcej, była bardzo wzruszająca: obawiała się grać po francusku i razem z Mathieu, bo widziała go w Motylu i skafandrze i jego gra ją poraziła...

A inni aktorzy? Jamel Debbouze? Chiara Mastroianni? Edouard Baer?

Jamel jest osobą z fantastyczną werwą i inteligencją. Od dłuższego czasu myślałam o pracy z nim. Chciałam, żeby zagrał kilka postaci, a raczej tę samą postać, która, jak to bywa w bajkach, powraca w różnych postaciach. Kogoś w rodzaju dżina... On pojawia się po raz pierwszy jako przyjazny, lecz chytry sklepikarz, który radzi Nasserowi-Alemu korzystać z życia. A potem wraca w innym przebraniu, żeby go zganić, że zrezygnował z życia i powiedzieć mu, że nie ma nic gorszego, niż się poddać... Chiarę zaś bardzo lubię. Pracowałyśmy razem nad „Persepolis”. Ona ma ogromny potencjał, aby być nieco sarkastyczną femme fatale, a ja mam frajdę bawiąc się tym. Chiara ma wspaniały donośny głos oraz donośny śmiech i byłam zachwycona, że przyjęła tak niewielką rólkę. Co do Edouarda Baera, który był narratorem i pojawił się na ekranie dwa razy - był doskonałym Aniołem Śmierci! Śmierć, jakkolwiek skandaliczna by była, jest częścią życia. Więc dla nas Anioł Śmierci nigdy nie był wszechwiedzącym starcem. Wyobraziliśmy sobie raczej kogoś młodszego, nieco doczesnego, trochę nonszalanckiego, kto ma zadanie do wykonania i wykonuje je, mimo że czasem zdarza mu się z kimś zaprzyjaźnić i ubolewa nad swoją pracą! Edouard ma w sobie tę nonszalancję, ten wdzięk, a jednocześnie ironię i melancholijny dystans, a także literacki głos, który kocham. Całkowicie oddał się w służbę filmu, ale nie omieszkał też mi wypomnieć: "Chcesz tylko mojego głosu, nie chcesz mojego ciała, inaczej nie malowałabyś mnie na czarno!".

Dlaczego obsadziłaś Golshifteh Farahani w roli Irâne?

Pomyślałam o Golshifteh bardzo wcześnie, ponieważ jej mąż to mój przyjaciel z dzieciństwa. Znam ją więc naprawdę długo, znam jej filmy, a teraz okazuje się, że, po nakręceniu W sieci kłamstw ona przeszkadza irańskiemu państwu i musi mieszkać we Francji. Akcja Kurczaka ze śliwkami rozgrywa się w latach 50. podczas zamachu stanu zmontowanego przez Amerykanów, bo Iran był pierwszym krajem, który upaństwowił swoją ropę naftową. Postać grana przez Golshifteh jest kluczowa dla filmu. Ma na imię Irâne, czyli Iran... To nie jest przypadek. To marzenie o minionym Iranie, o demokracji, która mogłaby istnieć. Irâne uosabia wszystkie te marzenia o lepszym świecie, który przeminął... Jeśli znasz historię, możesz uchwycić paralele, a jeśli nie, to również działa. Więc postać Irâne to po prostu musiała być Golshifteh. Ona jest wspaniałą aktorką z niesamowitą emocjonalną siłą.

W jaki sposób namówiłaś do współpracy Marię de Medeiros?

Uwielbiam jej filmografię, fakt, że ona robi tylko rzeczy, które jej odpowiadają. Maria w ogóle nie ma parcia na karierę. Kręciła coś w Kanadzie, kiedy zaproponowałam jej rolę... Powiedziała "tak" już następnego dnia. Natychmiast zrozumiała złożoność i piękno swojej postaci i nie bała się być brzydka do tej roli. Maria posiada niezwykłą siłę i opowiada fantastyczne, zabawne historie. Właściwie całą obsadę skompletowaliśmy w ciągu tygodnia. Nie mieliśmy żadnych problemów. Tak samo było z ekipą realizatorów, którą stanowili: Christophe Beaucarne - autor zdjęć, Udo Kramer - scenograf, Madeline Fontaine - kostiumolog i Nathalie Tissier - specjalistka od makijażu... Przy utworach skrzypcowych mieliśmy szczęście pracować z Renaud Capuçonem, którego przedstawiła nam Elise Luguern, sprawująca pieczę nad muzyką. Kiedy uczestniczyłam w nagraniach w Niemczech, miałem gęsią skórkę i łzy w oczach. Byli też nasi stali współpracownicy: kompozytor Olivier Bernet i montażysta Stéphane Roche, a także Damien Gaillardon oraz Nicolas Pawlowski...

Czy podobała ci się praca na planie z aktorami?

Myślę, że plan był fantastyczny! I tak mam już więcej adrenaliny, niż większość ludzi, a na planie miałem jej nawet więcej. Kocham energię, potrzebną do kręcenia. Byłam szczęśliwa, robiąc animację, ale to maraton, a ja nie jestem długodystansowcem. A kręcenie fabuły to seria krótkich sprintów i ja to uwielbiam. To męczące, ale bardzo stymulujące... Kocham pracę z aktorami. Muszę przyznać, że oni bardzo szanowali scenariusz i to, o co ich poprosiliśmy... No i chemia między nimi była wspaniała.

Czy uczestniczyłaś również we wszystkich etapach postprodukcji?

Oczywiście! Vincent i ja zawsze musimy być przy postprodukcji. I Stéphane Roche również. W rzeczywistości gramy w trio. Stéphane pracuje z nami przez cały czas, na każdym etapie. Pracował z nami nad animatyką, nad ruchem i timingiem. Więc bardzo naturalne było, że kiedy zaczął montować materiał, nie chcieliśmy go opuszczać!

Kiedy pokazywałaś Persepolis, mówiłaś, że zawsze będziesz pamiętać Teheran i jego ośnieżone góry i że zawsze za nimi tęsknisz... Widzimy je znowu w otwarciu Kurczaka ze śliwkami...

Jak można od nich uciec? Ten widok jest na zawsze wyryty w moim sercu. Opowiadam o tym, co znam. Dorastałam w środowisku, które pokazałam w filmie. W tym czasie, na przykład, wszyscy marzyli o zachodnich wnętrzach w domach, zwłaszcza w Teheranie. W latach 50. Iran był bardzo wpatrzony w Zachód. Dlatego w naszym filmie meble w domu rodzinnym też są bardzo zachodnie… Jest to nie tylko element estetyczny, ale też sposób na powiedzenie pewnych rzeczy, zwłaszcza dziś, kiedy słyszymy, że wielokulturowość jest błędem! Jakby wszyscy Irańczycy byli identyczni, jak gdyby wszyscy Francuzi byli identyczni! Irański Strażnik Islamskiej Rewolucji i ja nigdy się nie zrozumiemy. Już lepiej rozumiem Francuzów, których spotykam w kawiarni! Tu nie chodzi o kraj, język czy religię, ale o człowieka. Jedyny jasny podział, który istnieje, to podział na fanatyków w dowolnym kraju i tych, którzy komunikują się z innymi. Nasz film opowiada o wielokulturowości, nawet jeśli przede wszystkim opowiada historię ludzi, którzy umierają z miłości. Najwyższy czas świętować miłość i człowieczeństwo i uczynić je punktem centralnym wszystkiego. Dla mnie było cudowne, że kręciliśmy film w Niemczech, mieliśmy plan zdjęciowy w Iranie, Izabellę, która jest Włoszką, Marię, która jest z Portugalii, Golfshifteh z Iranu, Ronę, która jest z Rumunii, Serge’a Avedikiana ormiańskiego pochodzenia, Jamela, którego rodzice są z Maroka, Mathieu, Chiarę… A wynikiem jest francuski film!

Z Marjane Satrapi rozmawiał Jean-Pierre Lavoignat.
Projekt i realizacja: direktpoint