Środa, 2017.03.29 Marka, Wiktoryny, Zenona

Jacek Dehnel: Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu - fragment

mlodszy_ksiegowy_okladka
Prawdziwa cnota: krytyk się boi

Kiedy miałem lat sześć, nie chciałem być strażakiem ani żołnierzem, ale gdyby mnie kto spytał, czy chciałbym zostać krytykiem literackim, to z pewnością też bym zaprotestował. Nie żebym nie cenił tej profesji – przeciwnie, cenię ją bardzo wysoko. I dlatego właśnie uważam, że nie mam do niej najmniejszych kwalifikacji. Do „Łossskotu” nająłem się jako użytkownik, a nie krytyk kultury, i tak samo przyjmując rubrykę w Wirtualnej Polsce, widzę siebie nie jako krytyka, ale czytelnika, który chce się od czasu do czasu podzielić kilkoma nieprofesjonalnymi uwagami o książkach, które przeczytał.

Zdrowy rozsądek podpowiada, że poeci i prozaicy nie powinni brać się do krytyki literackiej, podobnie jak malarze nie powinni się parać krytyką artystyczną, a muzycy – muzyczną. Choćby dlatego, że środowisko artystów, bez względu na uprawianą sztukę, składa się w sporej części z ludzi niebywale ambitnych, łaknących sławy, nadwrażliwych, obrażających się łatwo o każdą recenzję, która nie jest hymnem pochwalnym, a do tego połączonych w rozmaite jawne i niejawne związki, koterie, stronnictwa, grupy wsparcia. Dlatego artysta-krytyk w ciągu dwóch sezonów straci prawie wszystkich znajomych, narobi sobie zaciekłych wrogów i zaprzepaści wszelkie szanse na serdeczny odbiór dzieł własnych przez środowisko w następnych dwóch czy trzech dziesięcioleciach.

Urażony twórca jest jak zraniony słoń: dekadę będzie cierpiał w milczeniu, co najwyżej wyżali się kumplom po piórze nad piwem w czasie jakiegoś pisarskiego festiwalu – ale przyjdzie ten czas, oj, przyjdzie, kiedy będzie miał okazję odkuć się na przeciwniku… i oj, odkuje się!

Stąd te wieloletnie vendetty, zwarcia całych stronnictw, prawdziwe literackie ustawki na łamach pism; redaktor Pytlasiński zjedża doktorowi Pituszkiewiczowi jego powieść w „Pypciu Prozy”, w następnym miesiącu w dziale recenzji „Pępucha Ducha” dr Pituszkiewicz wykpiwa eseje red. Pytlasińskiego. Albo subtelniej: Pytlasiński zjeżdża wiersze Aldony Pipkiewicz, o której wszyscy wiedzą, że jest kochanką Pituszkiewicza, za co Pituszkiewicz namawia Gerwazego Pupawę, żeby objechał Pikne poszwędy Stasia Polipa, lansowanego umiejętnie przez Pytlasińskiego.

Z drugiej jednak strony trzeba przyznać z niejakim wstydem, że przemieszanie środowiska pisarzy, krytyków i akademików jest odwieczne i właściwie nieuniknione. Po pierwsze: trudno zabronić poetom publikowania recenzji, a krytykom i doktorom polonistyki – pisania wierszy czy opowiadań, a wielu ma po temu inklinacje. Po drugie: mało kto zna się na literaturze tak dobrze, jak część wspólna tych trzech zbiorów, czyli piszący wykładowcy parający się krytyką literacką. I po trzecie wreszcie: obok krytyków, którzy zarzucili własną twórczość, mamy również znakomite przykłady poetów i prozaików piszących wspaniałe recenzje, studia, eseje krytyczne. Nic w tym dziwnego – z krytykami jest jak z szewcami, architektami czy mechanikami samochodowymi: zdarzają się i wybitni, i fatalni, a między nimi cały wachlarz średniaków. Czytelnik recenzji staje więc przed takim samym wyborem jak wtedy, kiedy kupuje warzywa czy wędliny – patrzy, kto jest uczciwy i wystawia dobry towar, a kto kantuje. W sklepiku naprzeciwko weźmie szynkę, bo świeża, i gruszki, bo prosto z drzewa, a w sklepiku na rogu za żadne skarby nie tknie niczego, bo albo zjełczałe, albo zsiadłe, albo zgliwiałe, albo transgeniczne.

Problem tyleż większy, że sklepy są przynajmniej sprawdzane, istnieją jakieś tam urzędy konsumenckie i inspekcje pracy. A krytykiem, podobnie jak poetą, może zostać każdy – opublikuje w niskonakładowym piśmie recenzję, i już wpisuje do CV „krytyk literacki”. I ktoś mu coś zrobi? Nikt. Całkowita bezkarność, zero strachu – no chyba, że chodzi o strach środowiskowy. Że jak on Pituszkiewiczowi, to Pytlasiński… wiadomo. Więc dla świętego spokoju zawsze wyważy: trochę posłodzi, trochę nosem pokręci, a najchętniej zejdzie w rejony nieocenne: streści książkę, użyje przymiotników: „interesujące”, „śmiałe”, „kontrowersyjne”, a także zwrotów: „może się niektórym podobać” i „może się niektórym nie podobać”. Mięciutko i nijako.

Co innego krytyk z prawdziwego zdarzenia, ten boi się co rusz, jak to człowiek odpowiedzialny. Krytyk prawdziwy czyta wszystko, co wyszło, wychodzi i wyjdzie w obiegu głównym, podziemnym i offowym. Pewna internautka napisała mi kiedyś, że współczuje Panu Bogu, który musi czytać wszystko, co jest publikowane – cóż, przynajmniej jeśli chodzi o literaturę polską, to z pewnością wyręcza go w tym Karol Maliszewski (nieprzypadkowo piszący teksty w cyklu „Maszyna do czytania”). Ale i tak kanon literatury polskiej, europejskiej i światowej jest w zasadzie nie do ogarnięcia w czasie jednego czytelniczego życia, a co dopiero pobocza i bezdroża literatury, trzeciorzędne tomiki wydawane nakładem, powiedzmy, Zakładu Inseminacji w Starej Miłosnej? Boi się zatem krytyk, że coś pominął. Kontekst jakiś, ułomek. Boi się, że przegapił perłę, co to wyszła w dwudziestu egzemplarzach na ksero w Mońkach. Albo w domu kultury na Bemowie. Boi się, że strzegąc niezawisłości sądów, tak bardzo będzie się starał nie pochwalić książki znajomego, że mu tę książkę przesadnie zjedzie; za to z tych samych powodów zbytnio pochwali tomik napisany przez kogoś, do kogo czuje osobistą antypatię. Boi się, że jeśli poleci czytelnikom powieść debiutanta Pipkiewicza, to Pipkiewicz następną powieść napisze byle jaką, a szkoda by było; jeśli zgani – to Pipkiewicz zarzuci pisanie, a szkoda by było. Też. Bo wokoło, wiadomo, łaknący sławy artyści, z wielkimi ambicjami, a wszyscy, co do jednego – nadwrażliwi.

Nie to co czytelnik. Czytelnik sobie czyta książkę powoli, nieprofesjonalnie, bez goniących terminów. Nie musi znać dzieł wszystkich Turgieniewa, Balzaka i Pereca, żeby powiedzieć coś o właśnie przeczytanej powieści. Może użyć słów ostrych i gwałtownych, zarówno w pochwałach, jak i w przyganach. Może wreszcie, jeśli mu przyjdzie ochota, odłożyć książkę na bok w połowie i pójść na spacer. Dlatego też, jako człowiek leniwy, skłonny do wygodnictwa i szanujący krytykę literacką, będę dla państwa pisał nie jako krytyk, ale jako czytelnik, amen.



Po raz setny, czyli o żonie, kochance i przelotnych romansach

Jako osoba uporządkowana trzymam wszystkie felietony dla Wirtualnej Polski w osobnym folderze i sumiennie je numeruję, dzięki czemu wiem, że piszę właśnie felieton nr 100. Oczywiście, cała wrzawa wokół „okrągłych rocznic”, jubileuszów itp. wynika tylko z przyjęcia systemu dziesiętnego, jest zatem całkowicie uznaniowa – gdybyśmy używali innych systemów, to inne rocznice byłyby okrągłe – ale zakorzeniona przecież tak głęboko w naszym myśleniu, że nie umiałem się powstrzymać przed skomentowaniem tej setki.
Bo sto znaczy „dużo”. Kiedy dziecko uczy się liczb, przez jakiś czas „sto” to dla niego „niepoliczalne mnóstwo”, jak potem „tysiąc”, „milion”, „kwadrylion kwadrylionów”. Sto pociech. Tysięczne kłopoty. Miriady gwiazd. Dużo. Sto felietonów to, biorąc pod uwagę częstotliwość (dwa miesięcznie), ponad cztery lata siedzenia nad tekstami o książkach – „siedzenia”, bo pisanie to przede wszystkim siedzenie właśnie; mięsień pisarski nie mieści się w okolicach dłoni, ale tam gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Pisałem tu o tomikach poezji, albumach fotografii, powieściach i esejach, a nawet ulotkach i prospektach reklamowych; o książkach polskich i tłumaczonych na polski, a także na polski nietłumaczonych, o nowościach i starych szpargałach, o literaturze w necie i literaturze na festiwalach, o pisaniu i przekładaniu, o lekturach dzieciństwa i lekturach chorobowych, o pisarzach genialnych i sztandarowych grafomanach; były wreszcie i te felietony, które są właściwie recenzjami: zapisem rozmaitych czytelniczych fascynacji, wzruszeń, irytacji; czytelniczych właśnie, nie krytycznych, bowiem jak pisałem w pierwszym z tych tekstów, nie jestem krytykiem literackim i nigdy nim, jak sądzę, nie będę; uważam jednak, że jedną z czytelniczych frajd jest dzielenie się z innymi tym, co nas zachwyciło.

Dziwna sprawa z takim pisaniem co dwa tygodnie, w równych odstępach: czasem temat znalazł się już dawno i tylko czeka na zapisanie, kiedy indziej zapadam na okresowo powracającą chorobę, znaną jako „szukanie tematu” – o tyle ciekawą, że jeśli występuje w formach ekstremalnych, cierpi na nią nie tylko sam felietonista, ale i jego bliscy. Tylko życzliwości działu „Książki” zawdzięczam, że mogę od czasu do czasu pozwolić sobie na opóźnienie; w papierowych wydaniach to po prostu niemożliwe. W ogóle: felieton do internetu a felieton do gazety to dwie różne bajki. Papier jest cierpliwy, ale internet jest cierpliwszy: tutaj nie muszę zmieścić się w tylu a tylu znakach. Fraza swobodniej może się rozlewać; to, co zapowiadało się na stronę, może mieć i cztery strony, niebo mi z tego powodu na głowę nie spadnie. W ogóle rozmaite są związki z miejscami, w których się publikuje (a zatem i z właściwymi im czytelnikami).

Są felietoniści stali, monogamiczni, którzy piszą tylko dla jednej redakcji; najwyżej po dziesięciu latach biorą rozwód i przechodzą do innego pisma, co przecież monogamistom zdarza się i w życiu uczuciowym. Są także otwarci bigamiści, którzy regularnie publikują w dwóch miejscach, są wreszcie donżuani, którzy nigdzie łamów nie zagrzeją, tylko skaczą ze szpalty na szpaltę. Ja pod tym względem jestem wyznawcą dziewiętnastowiecznego trybu życia: owszem, mam stałą żonę (Wirtualną Polskę), z którą związałem się przed czterema laty, mam bardzo atrakcyjną kochankę („Politykę”), która jednak, jeśli pozostawać przy dziewiętnastowiecznym porównaniu, jest balzakowską kurtyzaną, gości bowiem na swych łamach kilku zacnych starych wyjadaczy i całą gromadkę młodzieży w dziale „Kawiarnia Literacka”, jestem zatem tylko jednym z wielu, a i to nie z tych najpocześniejszych. A od czasu do czasu to tu, to tam trafi się jakaś urocza okazja na boku: czy to papierowa, czy internetowa, zasadniczo: one night stand. Co pozwoliło mi poznać specyfikę rozmaitego typu publikacji.

Felietony jednorazowe zazwyczaj zamawiane są na konkretny temat; to coś jak randka z fetyszystą czy fetyszystką: „Proszę napisać o szczęściu” „…o przestrzeni” czy „…o ulubionej potrawie”, oczywiście z zastrzeżeniem: „ma pan pełną dowolność”. Ale wiadomo, że fetyszyści żadnej dowolności nie tolerują. Ma być tak, nie siak. But taki, maska taka, myziaj mnie w tę stronę, nie w tamtą, a piórko ma być koniecznie pawie, a nie srocze, bo wtedy nie mam orgazmu. To trudne i nie zawsze można sprostać oczekiwaniom. Acz, z drugiej strony: zawsze ma się ostatecznie jakąś frajdę ze spełniania cudzych fantazji.

Ze stałą kochanką można o tym i o owym. Eksperymentować, poznawać granice. Dlatego na łamach „Polityki” piszę to o flatulistach, to o hałaśliwej publiczności festiwalu muzyki dawnej, to o pewnym zabawnym homofobie, to o podróżach w ponure rejony cesarsko-królewskiej monarchii; kochanka jednak jest wybredna, trzeba ją przy sobie utrzymać świecidełkami; należy mówić krótko (szpalta to szpalta, więcej niż sześć tysięcy znaków na stronę nie wejdzie), efektownie, nie wdawać się w zawiłe dygresje. W dodatku ma tylu galantów, że można się do jej buduaru dopchać najwyżej raz na miesiąc.

I wreszcie jest żona (czy też mąż, co kto lubi): dział „Książki” Wirtualnej Polski – z nią widuję się najczęściej, mam nawet swój własny pokoik (kiedyś dzieliłem go z drugim mężem mojej drogiej bigamistki, Jackiem Dukajem, ale jakoś go od dawna nie widziałem). Tutaj mam się trzymać ściśle ustalonej tematyki, zawsze musi być o szeroko pojętych książkach – choć mogę sobie pozwolić na pewne urozmaicenia; to proza, to poezja, to pisarze, to dzieje jakiegoś rękopisu… ostatecznie: każde udane małżeństwo daje sobie jakiś margines swobody, jakiś wentyl bezpieczeństwa. Bywa, że się spóźniam, bywa, że gadam, gadam, gadam i rozgaduję się na dwanaście tysięcy znaków (a to, proszę mi wierzyć, bardzo dużo).
Kiedy wreszcie skończę pisać, zachodzę w głowę, co by tu można jeszcze o książkach powiedzieć? Chyba nic. A jednak, jak przyjdzie co do czego, przynoszę co trzeba – może nie od razu pierwszego, razem z wypłatą, ale przynoszę. Bo jednak – co też częste w udanych małżeństwach – mamy z żoną wspólną pasję, jaką jest literatura: ta dziwna, mieszcząca się pomiędzy pisarzem a czytelnikiem, niezgłębiona rzecz (w obu słowa tego znaczeniach: przedmiotu i mowy). O niej można mówić bez końca.


O natchnieniu

Spotkanie z czytelnikami ma swoje niezbywalne części składowe: czytanie fragmentów, rozmowę z prowadzącym, pytania z sali (na koniec jeszcze podpisywanie książek, które zawsze uważałem za miłą i łagodną formę społecznego fetyszyzmu i któremu zresztą sam niekiedy ulegam). Pytania na ogół krążą wokół tych samych tematów, powtarzają się, nawracają, i każdy chyba pisarz ma pośród nich takie, które szczególnie lubi, i takie, których szczególnie nie lubi – czy to dlatego, że wydają mu się banalne, czy dlatego, że nie ma na nie dobrej (a przynajmniej: efektownej) odpowiedzi.

Mnie zawsze wyprowadza z równowagi: „A skąd pan czerpie natchnienie?”, „Co pana inspiruje?”, nieodmiennie zadawane uroczystym tonem (natchnienie to świętość). Bo i jak na to można odpowiedzieć? „Życie”? „Wszystko”?

„Natchniony” znaczyło kiedyś „nadmuchany”, „nadęty”; natchniony mógł być na przykład pęcherz rybi, czyli poprzednik baloników (a także prezerwatyw, ale to inna sprawa) – i rzeczywiście, w mówieniu o natchnieniu trudno uniknąć nadęcia. Bo od razu staje nam przed oczami Mickiewicz na Judahu skale z obrazu Wańkowicza, wpatrzony okiem błyszczącem w dale i składający sonet, linijka po linijce. Albo Dante w ciemnej komnacie, któremu zwiduje się nadobna Beatrycze. I cały ten (dziewiętnastowieczny głównie) bagaż, surmy i koturny, i głos słowiczy nad polem rozbrzmiewający.

Często odpowiadam zatem, że natchnienie nie istnieje, jest tylko chęć do pracy (tak mawia moja matka, malarka, która z jakichś tajemniczych przyczyn przez lata była, jak się zdaje, wyznawczynią raczej protestanckiej etyki pracy niż romantycznych koncepcji artystowskich). Ale to nieprawda. Można bardzo, bardzo chcieć zabrać się do pracy i nie mieć o czym pisać, można też mieć ogromną potrzebę napisania tekstu całkowicie niemal ułożonego w głowie, a nie móc przysiąść za biurkiem czy choćby zaszyć się gdzieś z kartką.

Natchnienie jest, jak się zdaje, pewną formą pracy mózgu, czy może raczej: współpracy jednej funkcji mózgu z drugą. Kojarzącej z przetwarzająco-rozbudowującą. Bo każdemu chyba przychodzą do głowy tak zwane głupie myśli: siedząc bezproduktywnie w metrze czy tramwaju, zastanawiamy się mimowolnie, jak wygląda życie osobiste pani z lewej, brunetki z zaciśniętymi ustami, w długim do kolan, wściekle czerwonym płaszczyku, albo do kogo pisze esemesa starszy pan z prawej i jak to się stało, że pisze tak szybko, co praktycznie nie zdarza się wśród ludzi w jego wieku. Wystawiamy sobie, co by się stało, gdyby wagon nagle stanął w ogniu, jak zachowałyby się w takiej sytuacji różne osoby: siedmiolatka, staruszka z gazetą, bysio w skórzanej kurtce. Jeśli jesteśmy strachliwi, wyobrażamy sobie kogoś rosłego i silnego, kto się nami zaopiekuje i nas ochroni. Jeśli mamy w sobie tęsknotę do bohaterstwa, potrafimy szczegółowo wyobrazić sobie nas samych, obejmujących dowództwo nad grupą spanikowanych pasażerów i wyprowadzających ich w bezpieczne miejsce; jeśli natomiast łakniemy honorów, nie skupiamy się na samej akcji, ale na przypinaniu nam orderów i na nagłówkach w gazetach. Komuż nie zdarzyło się, że pokłócony z kimś, przez godzinę siedział nad stygnącą kawą lub herbatą, odgrywając w głowie kolejne rozmowy, słowo po słowie, zdanie po zdaniu, riposta po ripoście (gdzie wszystkie jego riposty były celne i ostre, a wszystkie riposty żony, męża, szefa czy przyjaciółki tak słabe, że już w momencie wypowiadania wstydziły się same za siebie)? Komu, kiedy się właśnie zakochał, nie zdarzyło się obmyślać szczegółowych scenariuszy pierwszej randki, pierwszego pocałunku, pierwszego razu – im mniej możliwych, tym bardziej rozbudowanych, bo wymagających bardziej skomplikowanych zbiegów okoliczności?

Wszystko to, w pewnym sensie, jest literaturą, czy raczej: mierzwą, magmą, z której literatura może dopiero powstać. Czasami wystarczy nawet drobne skojarzenie – abstrakcyjny kształt zacieku czy chmury, który nagle przypomina zająca goniącego wielbłąda (Czemu zając goni wielbłąda? Ha, to gotowy scenariusz do opowieści z Pańczatantry!); kiedy indziej czyjś obraz (jak w przypadku wierszy Miłosza z cyklu „O!”), książka (jak w licznych tekstach Borgesa) albo powtórzenie na żywo jakiegoś gestu czy sceny, którą znamy skądinąd: czy ta kobieta, współpasażerka nocnego lotu, z przepaską zsuniętą z oczu na czoło, wpatrzona w ciemnościach w mały ekran z błahym filmem, oświetlający ją niebieskim blaskiem, nie przypomina Marii Magdaleny de La Toura, tyle tylko że w alternatywnej wersji kolorystycznej? A słowa? Ich jawne i sekretne pokrewieństwa? Zamek błyskawiczny i zamek warowny. Twierdza zamknięta na zamek błyskawiczny czy może zamek błyskawiczny, który staje się twierdzą? Przez kogo bronioną, w jakich okolicznościach, zaciekle czy tylko przekornie? Ale i całe rodziny słów! Weźmy takie zdanie: Dominikanin gra w domino z dominą w dominie. Zakonnik, staromodna gra, pracownica specyficznego sektora usług i strój karnawałowy w jednej scenie; rzeczywiste pokrewieństwo tych słów zatarło się niemal całkowicie, każde z nich należy do innego świata i żeby się ze sobą spotkały, trzeba zawiłej historii. Dlaczego domina siedzi akurat w dominie, a nie w popularniejszym w jej zawodzie stroju, czymś w czerniach i czerwieniach, w obrożach nabijanych ćwiekami i kabaretkach? A może domino tylko je przykrywa? Czy to jakaś forma konspiracji? Czy dominikanin wie, w co się wpakował? Czy domina wie, w co się wpakowała? Czemu grają ze sobą akurat w domino, a nie w grę pani–niewolnik albo nawracający–nawracana? A może każde z nich gra w co innego, a domino jest tylko pretekstem? I wreszcie: od razu widać, że domino (gra) i domino (strój) są tylko dodatkowymi rekwizytami; najbardziej kontrastują ze sobą domina i dominikanin – i należy sobie zadać pytanie, czy nie jest to kontrast zbyt tani, czy nie jest to prostackie efekciarstwo, najbanalniejsze zderzenie sacrum z profanum? I co możemy zrobić, jak ograć rekwizyty, jakimi zawiłymi technikami językowymi i konceptami narracyjnymi możemy zmienić efekty tanie w efekty literacko cenne?

I tu, jak się zdaje, dochodzimy do sedna: natchnienie, które jest po prostu efektem dobrze działającej wyobraźni, właściwej wszystkim dzieciom, a przez większość dorosłych ludzi (niesłusznie, jak się sądzę) traktowanej jako zbędne rojenia, „głupie myśli” – to dopiero początek. To, co wielu czytelnikom wydaje się jakimś otoczonym romantyczną, nadprzyrodzoną aurą cudem, niedostępnym „zwykłemu śmiertelnikowi”, jest właściwe w zasadzie wszystkim, leży na wyciągnięcie ręki. To natomiast, co często się pomija machnięciem ręki, cały „warsztat”, mało widowiskowe literackie wkręcanie śrubek, oliwienie łożysk, heblowanie zadziorów, stanowi właśnie o jakości tekstu; to właśnie wprowadza nas, czytelników, w metafizyczne dreszcze nad porażająco celnym zdaniem czy poruszającym rozdziałem powieści. „Co”, czyli zdanie o dominie i dominikaninie, jest jeszcze niczym, błahym zaczątkiem, igraszką wyobraźni – dopiero „jak” może stworzyć literaturę.
Projekt i realizacja: direktpoint