Sobota, 2017.09.23 Bogusława, Liwiusza, Tekli

Magdalena Kozak: Fiolet - fragment powieści

fiolet_okladka
Fiolet, najnowsza powieść Magadleny Kozak - autorki bestsellerowego cyklu o Nocarzach, wampirach w tajnych jednostkach specjalnych - pojawiła się 21. kwietnia w salonach Empiku jako pierwsza książka nowej, wspólnej serii Bellony i Runy. Do pozostałych księgarń Fiolet trafi 28. kwietnia.

Prolog

1.

Przytłumiony, terkoczący dźwięk, przypominający serię strzałów z karabinu maszynowego, rozdarł ciszę pokoju.
- Hej, Robokop! Jesteś tam? - Na ekranie pojawiło się kilka słów.
Brak odpowiedzi.
Po dłuższej chwili kolejna linijka zamigała zniecierpliwieniem.
- Znowu śpisz? Poobiednia drzemka? Wstawaj, leniu!
Do pokoju wszedł starszy, siwiejący mężczyzna, w dłoni trzymał kubek parującej herbaty. Spojrzał na ekran i od razu twarz pojaśniała mu uśmiechem. Ustawił herbatę na stoliku, zasiadł na fotelu przed komputerem.
- Nie śpię! - wystukał pośpiesznie. - Za to byłem pewien, że ty śpisz :-P Miałeś być na wykładzie z pediatrii...
Wysłał wiadomość. Odchylił się w tył, opierając się wygodnie o fotel. Obserwował nagle zamilkłe Gadu-Gadu z nieco kpiącym uśmieszkiem.
- Urwałem się - padła wreszcie lakoniczna odpowiedź.
Mężczyzna zwany Robokopem nie zareagował. Niech kolega Cyrulik poczuje wyrzuty sumienia, chociaż tyle. Powinien chodzić na wykłady, zwłaszcza z pediatrii, z którą ma kłopoty.
- Mam dla ciebie nową kosmiczną historyjkę. - W okienku komunikatora pojawiła się kolejna linijka.
Ech, drań! - westchnął Robokop w duchu, wie, czym zanęcić.
Siedział bez ruchu jeszcze przez chwilę, wpatrując się w ekran. Rozmówca jednak również się nie odzywał, najwyraźniej pewien swego. Mężczyzna zawiesił palce nad klawiaturą, wytrzymując przez chwilę tę swoistą próbę sił.
- Całkiem nową? - poddał się w końcu.
- Zabójcze, kosmiczne rośliny. - Odpowiedź Cyrulika pojawiła się niemal natychmiast, widocznie też był już bliski przegranej. - Prosto z dżungli peruwiańskiej.
Robokop westchnął.
- Chupacabra już się znudziła? - rzucił sceptycznie. - No, ale dawaj.
- Wielkie, fioletowe rośliny. Wyrastają w nocy, a rano już są ogromne. - Cyrulik opatrzył tekst emotikoną, przedstawiającą wybałuszone ze zdziwienia oczy. - Na kilkadziesiąt metrów.
Robokop pokręcił głową z rozbawieniem. Oczyma wyobraźni zobaczył chłopaka po drugiej stronie sieci, jak siedzi pochylony nad klawiaturą i śmieje się z niego w kułak.
- No i co te rośliny? Jak zabijają? - Postanowił sprawić młodemu trochę przyjemności i wejść w tę grę, chociażby na chwilkę.
- Tego nie wiadomo. - Na ekranie pojawiła się ikonka ludzika, kręcącego głową. - Nikt z tych, co je widzieli z bliska, nie przeżył, żeby opowiedzieć. Świadkowie wydają donośny okrzyk i padają trupem na miejscu.
- Zalewasz! - nie wytrzymał Robokop. - Naprawdę sądziłeś, że to kupię? Taki stary, doświadczony gliniarz, jak ja... - Wcisnął enter, posyłając niedokończone zdanie.
Cyrulik natychmiast odpowiedział emotikoną przedstawiającą główkę, na którą spadały liczne ciosy. Najwyraźniej był rozzłoszczony podawaniem w wątpliwość jego nieskalanych intencji.
- Sprawdź sam - dorzucił zaraz potem i podał linka: - www.HCNzabija.pl.
Robokop kliknął w adres strony internetowej.
- Sprawdzę. Ale jeżeli mnie oszukujesz, biada ci! - ostrzegł rozmówcę. - Wiesz oczywiście, co zrobię?
- Tak, wiem. Wyślesz do mnie swoich chłopaków - odparł tamten, raczej mało przejęty. - Jeden mnie spali, a drugi zastrzeli. Albo odwrotnie.
- Śmiej się, śmiej! - pogroził policjant. - Nadejdzie godzina prawdy.
- A jak tam twoje podzespoły, Robo? Działają? - zatroszczył się chłopak nieco złośliwie.
Mężczyzna dotknął skóry na piersi, pod palcami poczuł prostokątny kształt wszczepionego kardiowertera-defibrylatora.
- Owszem, tak - wystukał w odpowiedzi. - Coś nawet mało mnie trzepią ostatnio.
- Jakby co, pamiętaj: wołaj fachowców! - poradził Cyrulik dobrodusznie. - Nie dzwoń już na pogotowie. Wiesz, co zrobili z Jurandem...
- Wiem - odparł Robokop natychmiast, nie chcąc po raz setny zapoznawać się ze starym kawałem. - Dobra, idź się uczyć, wschodząca gwiazdo polskiej kardiologii. Ja sobie pogrzebię w Internecie.
- Kosmiczna Inwazja Zabójczych Fiołków. - Tekst opatrzony był serią uśmieszków - Pamiętaj. Jakby co, mój patent.
- Twój, twój. Czyń swoją powinność, młody człowieku.
Cyrulik pomachał wirtualną łapką na do widzenia, żółte słoneczko przy jego nicku zmieniło barwę na czerwone. Wylogował się.
Robokop odpalił przeglądarkę internetową, po czym kliknął w podany przez chłopaka adres. Wziął do ręki kubek z wystygłą już nieco herbatą i popijał płyn małymi łykami, czekając, aż strona załaduje się w całości. W pewnej chwili drgnął, słysząc kolejną serię z karabinu maszynowego. To komputer obwieszczał, że Cyrulik znowu jest dostępny na Gadu-Gadu.
Muszę zmienić te ustawienia, pomyślał Robokop niechętnie, nie nadaję się już do takich niespodzianek.
- Spójrz jeszcze tu. - Cyrulik podał kolejnych kilka linków.
Mężczyzna przyjrzał się drugiemu z nich z niekłamanym zdumieniem. Był to odnośnik do strony NASA.
- No coś takiego... - wklepał na szybko w odpowiedzi.
Cyrulik przysłał wyszczerzone w szerokim uśmiechu słoneczko.
- To ty poluj, a ja idę się ryć. Powodzenia! - napisał i zniknął.
- Tak jest! - odparł Robokop odruchowo.
Otworzył w przeglądarce kilka okien i powpisywał podane adresy. Dorzucił jeszcze jedno, zapuścił w nim Google’a.
W miarę jak czytał kolejne doniesienia, twarz jaśniała mu coraz bardziej, a oczy błyszczały niekłamanym ożywieniem.
Odkąd inspektor Stanisław Kępiński przeszedł na emeryturę, zaczął kolekcjonować historie o UFO. Ta zaś zapowiadała się wyjątkowo interesująco.

2.
Eleonora Kępińska patrzyła na męża z niepokojem.
Blady, niewyspany, popijał poranną kawę w milczeniu. Nie śmiał się, nie dowcipkował, nie podszczypywał jej, nie klepał po tyłku, jak to miał w zwyczaju. Po tylu latach spędzonych wspólnie, czytała w nim jak w książce. Wiedziała więc od razu: coś go gryzło.
Zastosowała zwyczajową próbę biologiczną: nie posoliła jajecznicy. To był jego czuły punkt, jajecznica musiała być dobrze doprawiona. W przeciwnym wypadku robił dziką awanturę, a przy okazji wyjaśniały się i inne rzeczy. Nie posoliła więc, ani szczypty... i patrzyła z rosnącym zdenerwowaniem, jak je bez protestów. Westchnęła raz, potem drugi. Nic. Mąż wpatrywał się gdzieś w przestrzeń pomiędzy nimi, myślami błądząc zdecydowanie gdzieś indziej. Ma kogoś! - ogarnął ją nagle popłoch. Po tylu latach... A jednak!
Popatrzyła na zdjęcia synów na kredensie: prężyli się dumnie. Starszy Zygmunt, w mundurze Pierwszego Pułku Komandosów, i młodszy Arnold, w nowiutkim mundurze strażaka. Westchnęła jeszcze raz, oczy zaszły jej łzami.
- Po tylu latach... - wyszeptała bezgłośnie.
Nagła fala gorąca zawładnęła jej ciałem, uderzyła do głowy. Może czas zacząć brać te plastry na menopauzę, przemknęło jej przez głowę. Może będę młodsza... piękniejsza...
Pociągnęła nosem, połykając łzy. Mąż oderwał się wreszcie od swoich myśli, popatrzył na nią ze zdziwieniem.
- Co ci jest? - zapytał z nutą czułości w głosie.
Pocieszyła się od razu. Skoro jeszcze jest dla niej miły, może sprawy nie stoją tak źle.
- A nic... - odpowiedziała, poprawiając kosmyk siwych włosów - Takie tam... Babskie sprawy.
Pokiwał głową, najwyraźniej tłumaczenie trafiło mu do przekonania. Babskie sprawy. Najbardziej tajemnicza tajemnica na świecie. Nawet nie próbuj zrozumieć, kolego.
- Ale ciebie też coś gryzie? - natychmiast skorzystała z okazji.
Westchnął ciężko, z poważnym wyrazem twarzy. Wbiła w niego uważny wzrok. Zaraz powie. Zawsze mówi. No, chyba że...
- Bo widzisz... znalazłem w Internecie - powiedział powoli, jakby z oporem. - A właściwie Cyrulik mi nadał namiary...
Zaniepokoiła się jeszcze bardziej. Znajomość z Internetu? Kontakt od Cyrulika? Ach, te studentki medycyny... Zaczęła w duchu przygotowywać się na najgorsze.
- Słuchaj, to jest prawdziwa inwazja! - wybuchnął wreszcie. - Tak myślę, no bo skąd by się wzięły, jeśli nie z kosmosu... Niesamowite!
Zamrugała, starając się ukryć wciąż napływające łzy. Stasiek - jej Stasiek! - patrzył na nią jakoś tak dziwnie, jakby pytał, skąd ona się tu wzięła. I mówił o jakichś kosmicznych przeżyciach.
- No nie przejmuj się aż tak - rzucił z lekkim rozdrażnieniem w głosie. - Ja wiem, że ostatnio jesteś nadwrażliwa, lecz to może się jeszcze okazać jakimś złudzeniem. - Upił kolejny łyk kawy. - A może jednorazowy przypadek, w sumie niegroźne.
Popatrzyła na niego z wyraźną nadzieją w oczach.
- Ale że się tak przejmujesz... - Pokręcił głową ze zdumieniem. - Pamiętasz, jak ci powiedziałem, że samolot rozwalił wieżowiec w Nowym Jorku, to śmiałaś się jak głupia. Myślałaś, że żartuję. Dopiero potem było ci wstyd. A jak było tsunami... - Zamilkł na chwilę, jego mina sugerowała, że dla dobra sprawy powstrzyma się od wypominania kompromitujących szczegółów. - Tragedie zdarzają się na świecie, mała. - Zreflektował się, dodając pojednawczo: - Każdemu. Cierpią miliony, tak to już jest.
- Przestań, proszę - wyszeptała. - Tak, ja wiem. Ludziom zdarzają się prawdziwe tragedie... To, co teraz, to niewarte nawet łzy. - Zwiesiła posępnie głowę, wbrew zapowiedziom zaczęła płakać.
Odstawił kawę, wstał. Podszedł do niej i objął ją od tyłu. Przytulił policzek do włosów upiętych w kok.
- No nie rycz - mruknął pojednawczo. - Się ostatnio przewrażliwiona robisz i to strasznie. Przecież nic się nie musi zdarzyć.
- Nie musi? - Podniosła głowę, patrząc na niego z wyraźną ulgą. - Naprawdę?
- No nie jest powiedziane, że te rośliny wyrosną u nas koniecznie - odparł z przekonaniem. - Tutaj, w Warszawie? Spokojnie, mała! - powiedział, przybierając żartobliwy ton. - Opatrzność czuwa, te rośliny zwiędną, zanim jeszcze wykiełkują!
Zamrugała, wpatrując się w niego rozszerzonymi ze zdumienia oczami.
- Rośliny? - zapytała słabo. - Jakie rośliny? - Potrząsnęła głową.
- A o czym ja trąbię od pół godziny! - Puścił ją i wyprostował się gwałtownie. - Kosmiczne rośliny! Fioletowe! Zabójcze!
Wrócił na swoje miejsce, złapał za kubek z kawą, wychylił zawartość jednym haustem. Postawił go na stole z głuchym łupnięciem. Popatrzył na nią najpierw gniewnie, potem z coraz bardziej rosnącym zdziwieniem.
- Ach, te rośliny! - powiedziała swobodnie, na jej twarzy malował się coraz szerszy uśmiech. - A więc to o rośliny ci chodzi. O te fioletowe, tak... Opowiedz mi o nich, proszę, kochanie! - Popatrzyła na niego uszczęśliwionym wzrokiem.
Kobieta... - jęknął w duchu ze zgrozą. Kompletnie nieprzewidywalny twór!
Zaczął jednak opowiadać o wszystkim, czego się dowiedział, co do joty. Oprócz spraw służbowych, nie miał przed żoną żadnych tajemnic. A ona słuchała, choć wciąż uśmiechała się dziwnie.

3.
Właściwie kto wymyślił przezwisko Cyrulik? Paweł nie był w stanie sobie przypomnieć. Ktoś, kiedyś, jeszcze w ogólniaku, tak do niego powiedział, a potem się jakoś przyjęło. Tym łatwiej, że dla nikogo nie było tajemnicą, iż młody Czelański o niczym innym nie marzy, jak tylko o pójściu na medycynę. Nosił więc z dumą ten przydomek i nie porzucił go nawet, kiedy już dostał się na studia i zaczął on brzmieć trochę głupio.
Teraz ślęczał nad kolejnym egzaminem. Zakuwał już od miesiąca, na skutek czego był tak zdołowany i wściekły, że miał ochotę strzelać. Do kogokolwiek, czy to wrogów czy przyjaciół, osób neutralnych bądź zgoła nieznajomych, słowem do wszystkiego, co tylko się ruszało. Najwyżej potem będzie żałował, no już trudno.
Rzucił drugi tom podręcznika pediatrii w kąt, książka zafurkotała w powietrzu.
- To nie jest medycyna, to weterynaria! - krzyknął rozżalony. - Takiego gnojka zawsze boli tylko brzuch albo ucho, i bądź tu mądry, człowieku!
Zerwał się z łóżka, podszedł do okna. W oddali mrugał niebieskimi oknami Szpital Bródnowski.
- Może mnie te kobity z Litewskiej puszczą, jak im przysięgnę, że nigdy w życiu nie zostanę pediatrą? - spytał sam siebie z nadzieją. - Podobno zdarzały się takie przypadki...
Urwał, pokręcił smętnie głową. Westchnął, nie siląc się już dłużej na zgrywanie jakiejkolwiek wesołości.
- Uwalę to cholerstwo, nie ma co - mruknął. - Wyjątkowo tego przedmiotu nienawidzę.
Pogrzebał w kieszeni, wyjął komórkę. Wszedł w kontakty, kolejnymi kliknięciami przesuwał listę nazwisk. Do kogo by tu zadzwonić w tej czarnej godzinie?
Przestań się oszukiwać, durniu! - przemknęło mu przez myśl. Wiesz, że tak naprawdę chcesz zadzwonić... do niej. Odrzucił komórkę na łóżko, jednym, zdecydowanym ruchem. Zresztą do Renaty i tak nie dzwoni się w weekend. Ona jest wtedy z rodziną.
Pochodził chwilę po pokoju. Spojrzał na ciemny ekran monitora i przysunął krzesło do biurka. Usiadł, wciskając palcem włącznik komputera. Poczekał, aż wystartują Windowsy.
- Pogadasz ze mną, Robokopie? - powiedział cicho. - Pogadaj, stary... co? Jak się mają twoje zabójcze Fiołki?
System odpalił. Cyrulik otworzył Gadu-Gadu, zaraz jednak pokręcił głową z rozczarowaniem. Robokop był niedostępny.
- A niech cię. Gdzie jest policja, kiedy jej potrzebujemy? - warknął ze złością. - Pewnie śpi. Poobiednią drzemką, stary drań!
Wzruszył ramionami. Wstał, wrócił do łóżka, podniósł komórkę. Przez chwilę przebierał palcami po liście, zastanawiając się, do kogo by tu zadzwonić. Wreszcie zatrzymał się na Milenie, kuzynce, którą znał od dziecka. Wcisnął OK, potwierdzając wybór, przez chwilę czekał na połączenie.
- Wszelki duch Pana Boga chwali! - rozległ się jej głos w słuchawce. - Paweł? Ty żyjesz?
- A coś ty się taka pobożna zrobiła? - odparował podejrzliwie. - Poznałaś jakiegoś księdza? Czy tak cię na tym lotnisku nawrócili?
- Owszem, skacze tu z nami jeden kapelan wojskowy - odrzekła ze śmiechem. - Bardzo fajny gość. Ma ksywę Gabryś. Kurczę, nie wiem, jak się nazywa naprawdę... - zafrasowała się nagle.
- Dobra, nieważne - przerwał jej. - Słuchaj, obiecałem sobie właśnie, że jak zdam pediatrię, skoczę ze spadochronem. Tam u ciebie, w Chrcynnie. Jak tylko się zacznie sezon. Co ty na to?
- A ja na to jak na lato - ucieszyła się od razu. - Będę spadać obok ciebie, chcesz?
- Chcę - potwierdził z przekonaniem. - I tak będę się bał. Ale z tobą... Może jakby trochę mniej.
- Nie licz na to. - W głosie Mileny zabrzmiała spora dawka złośliwości. - Będę cię straszyć, aż się porzygasz, zobaczysz. No cóż, mój drogi. Nadejdzie godzina prawdy.
- Już drugi raz to słyszę. - Skrzywił się. - Wczoraj wieczorem Robokop mówił to samo.
- Robokop? - zdziwiła się. - Hę?
- Aaa, taki tam. - Machnął ręką, zupełnie bezsensownie, nie mogła przecież widzieć tego gestu. - Pomagałem Kocherowi wszczepić mu kardiowerter, w szpitalu na Szaserów. I jakoś tak się zgadaliśmy. Fajny pacjent z niego, emerytowany gliniarz. To mu powiedziałem, że właśnie został Robokopem. Ucieszył się jak kto głupi, on lubi fantastykę. A teraz gadamy sobie na GG.
- Ooo, to miłe - powiedziała Milenka, ziewając ukradkiem. - Wzruszające, taka więź z pacjentem. Widzisz, a mówiłeś, że nie masz powołania.
- Dupa tam - warknął, zły. - Powołanie to jest do wojska. A z Robokopem gadamy, bo on zbiera opowieści o UFO. Wiesz, co jest na topie ostatnio? - Ożywił się, zaczął trajkotać jak najęty. - Słuchaj, laska. W Peru wyrastają gigantyczne, trujące rośliny. Całe fioletowe. Ci, co podejdą za blisko, krzyczą głośno i padają jak ścięci. Ci, co tylko trochę się przybliżą, umierają dłużej, w męczarniach. Godzinami może to trwać, zanim się człowiek przekręci.
- Hm, tia. A dużo ich już wyrosło? - zapytała z wyraźnym niedowierzaniem w głosie. - Tych fioletowych killerów?
- Na razie nie wiadomo - odparł całkiem poważnie. - Kto tych martwych Indiańców w dżungli policzy? No i oczywiście, odpowiednie władze utajniają sprawę, bo liczą na wykorzystanie tych roślin w charakterze broni biologicznej. Dlatego niewiele jeszcze o tym wiadomo.
- Bujda na resorach, kolejna Strefa 51 - skomentowała z przekonaniem. - Ludziska muszą od czasu do czasu wyskoczyć z nową sensacją. Zdaje się, chupacabra się już znudziła. I białe aligatory w ściekach też.
- O aligatorach to prawda! - zaperzył się. - No nie mów, że nie wierzysz...
- Wierzę w mój spadochron - stwierdziła trzeźwo. - Zwłaszcza jak go sama złożę.
- Ech, zboczona! - rzucił z lekką dezaprobatą, siadając na łóżku. - No to powiedz chociaż, co u ciebie. Pokazywał się ostatnio w spadochroniarni twój obiekt westchnień?
W słuchawce zapanowała momentalna cisza.
- Nie - usłyszał wreszcie po przedłużającej się chwili milczenia. - Ostatnio nie.
Pokiwał głową ze zrozumieniem. Tak to jest zakochać się głupio i bez wzajemności. Zresztą, zdaje się, jest to u nich rodzinne.
- A u ciebie? - padło w końcu oczywiste pytanie. - Jak tam twój obiekt?
- Nie ma na co liczyć - odparł pośpiesznie. - Przecież wiem.
- No, tak. - W głosie Milki brzmiało szczere współczucie. - No, tak... - Milczała przez chwilę, po czym dorzuciła: - Niedługo zaczynamy sezon. Przyjdź skoczyć. To pomaga. Zobaczysz, jak bardzo.
- Przyjdę - obiecał z przekonaniem. - Jak zdam pediatrię. Prędzej czy później, w końcu ją zdam.
Pomilczeli przez chwilę oboje.
- No to trzymaj się - powiedziała Milena ciepło. - Będzie dobrze, zobaczysz.
- Jasne - odparł. - Ty też się trzymaj. Pa!
Rozłączył rozmowę, po czym zapatrzył się w ekran komputera. Nic nie będzie dobrze, pomyślał nagle. Nic a nic.
Ruszył do kąta, podniósł nienawistną pediatrię. Wrócił na łóżko i zapatrzył się niewidzącym wzrokiem w pogniecione kartki. Nie uczył się jednak. Nie był w stanie.
Z całych sił walczył z obezwładniającym niczym narkotyk pragnieniem, żeby zadzwonić do Renaty.

4.
Stary zwariował już całkiem, myślał inspektor Milarek, patrząc na byłego przełożonego.
- Myślisz, że zwariowałem. - Kępiński westchnął, przyglądając mu się z rozczarowaniem. - No, tak. Mogłem się tego spodziewać.
Siedzieli w kafejce w kinie Muranów. Milarek wyrwał się na chwilę z pobliskiego gmachu Komendy Stołecznej Policji, kiedy jego były szef zadzwonił z prośbą o pilne spotkanie. A teraz patrzył na rozmówcę i już zaczynał żałować, że się w ogóle na nie zgodził. Przykro być świadkiem czyjegoś upadku, zwłaszcza jeśli kiedyś się tę osobę szczerze podziwiało.
- Posłuchaj, Stasiu - powiedział więc spokojnie. - Byłeś najlepszym szefem, jakiego miałem. I zostawiłeś tu po sobie zadziwiająco dużo dobrych wspomnień. Udało ci się nie zostać kutasem, a to rzadkość.
Przelotny uśmiech pojawił się na twarzy Kępińskiego, znikł jednak dość szybko. Milarek pokiwał głową.
- Ale posłuchaj sam siebie, stary - poprosił. - Przychodzisz i opowiadasz o kosmicznej inwazji. Tak, wiem. Oglądałem Wojnę światów, Dzień Niepodległości i wszystkie te inne bajery. Też się lubię odprężyć czasem - tłumaczył. - Ale to, że oglądałem i niektóre nawet mi się podobały, nie spowodowało, że zacząłem w nie wierzyć!
Kępiński przesunął po stoliku stertę papierów jednym, zdecydowanym ruchem. Milarek popatrzył na nie uważnie. Nie miał wyboru, zatrzymały mu się bowiem tuż pod nosem.
- Poczytaj sobie - zaproponował Kępiński. - Niektóre doniesienia to bzdety, fakt. Nawiedzeni ufolodzy, pismaki węszące w poszukiwaniu sensacji. Ale parę tekstów, parę zdjęć robi wrażenie. O, proszę, tutaj blog podróżnika, który widział Fiołka. - Wskazał palcem na adres: http://tobisztrip.blogspot.com - Co powiesz o jego fotografiach? Okej, może to tylko fotomontaż. Ale patrz tutaj! - Przejechał po literkach http://mysliciolka.blog.pl. - Dziewczyna szukała chłopaka, który zginął w Peru, w zadziwiająco zbliżonych warunkach. Zmówili się, jaja sobie robią? Może. Ale jest takich znacznie więcej, nawet sobie osobną stronę internetową założyli: www.HCNzabija.pl. - Przechylił się przez stolik, przewrócił kartkę, zapisaną adresami internetowymi. - Oczywiście, to się dzieje nie jedynie u nas w Polsce, to są doniesienia z całego świata! Tylko nie znam tych wszystkich języków... - Przerzucił kilka kolejnych stron. - A teraz popatrz na to zdjęcie z NASA. O, to.
Milarek popatrzył na fioletowy kształt, wybijający się ponad morze zieleni. Wyraźna czerń dookoła niego mogła odzwierciedlać martwą strefę. Mężczyzna popatrzył zdumiony, po czym przeczytał podpis pod zdjęciem.
- Piszą, że to może być artefakt - oznajmił triumfalnie. - Nakierują satelitę i sprawdzą jeszcze raz.
- Tak, a na drugi dzień zdjęli to zdjęcie ze strony - stwierdził Kępiński z naciskiem. - I nie pisnęli ani słówka, co z tym satelitą! Jak myślisz, kto mógł mieć na to wpływ?
- Skoro to artefakt, nie chcieli się wygłupić - odparował Milarek natychmiast. - Uprzedzając twoją kolejną kwestię: byłbym daleki od wnioskowania, że jakaś złowroga organizacja, rządowa czy pozarządowa, próbuje wykorzystać Obcego jako śmiercionośną broń biologiczną i tuszuje ślady. To byłoby dobre, owszem: na scenariusz kiepskiego filmu fantastycznego klasy C!
Kępiński zacisnął gniewnie wargi. Milarek znał ten grymas, teraz jednak nie przestraszył się: stary był już na emeryturze, nie mógł mu rozkazywać. Pokręcił więc głową w geście odmowy.
Kępiński sięgnął po filiżankę z kawą, upił łyk.
- Sposób, w jaki obca forma życia przybywa do nas, nie jest znany - powiedział, z demonstracyjną obojętnością patrząc na ścianę za rozmówcą. - Dotychczasowe zeznania są bardzo fragmentaryczne. Z wycinków informacji uskładałem jednak pewien scenariusz. Masz ochotę go wysłuchać? - Skierował wzrok na Milarka, patrząc nań chłodno i uprzejmie.
Tamten skinął głową.
- Zapewne najpierw dostają się tutaj jakieś zarodniki. W jaki sposób? Nie wiemy. - Kępiński mówił rzeczowo, niczym na odprawie. - Te kiełkują, rozwijając się pod ziemią. Po jakimś czasie, nocą, wychyla się pojedyncza łodyżka. Nocą, zanotuj dobrze, na parę godzin przed świtem. Łodyżka ma około jednego metra, zdaje się, że jest sztywna i połyskująca. Wspominano, że ktoś uznał ją za kawałek metalu. W momencie, w którym padnie na nią światło słoneczne, rozpoczyna się katastrofa. Cała roślina, przyczajona pod ziemią, jakby zwinięta tam w kłębek, wyprostowuje się znienacka, osiągając od sześćdziesięciu do siedemdziesięciu metrów wysokości. Zaraz po wykiełkowaniu zaczyna zabijać. Podobno czuć zapach gorzkich migdałów, więc może wytwarza jakieś cyjanki. - Zamilkł, obserwując rozmówcę.
Tamten nie zamierzał się poddać.
- Taka jest twoja wersja wydarzeń - zaoponował ostro. - Owszem, niejeden raz byłem świadkiem, jak twoje najbardziej pokręcone koncepcje okazują się prawdziwe. Ale teraz... Przykro mi to mówić, stary, ale posłuchaj sam siebie, jeszcze raz. Złowrogie rośliny z kosmosu?! Ziejące cyjanowodorem?! - prychnął zezłoszczony. - Kosmiczna bzdura! Nie kupuję tego. Sorry!
Milczeli obaj przez chwilę, mierząc się spojrzeniami.
- Ja tylko chciałbym, żeby chłopcy byli ostrożni, kiedy zobaczą fioletową łodyżkę - oznajmił Kępiński z urazą. - I żeby dali znać najszybciej, jak się da. To wszystko.
- No i jak ty to sobie niby wyobrażasz, że jak mam to zrobić? - wybuchnął Milarek, zaciskając dłonie w pięści i uderzając lekko w blat stolika.
Kelnerka odwróciła się ku nim, zaniepokojona. Obdarzyli ją uspokajającymi uśmiechami, po czym zwrócili się z powrotem ku sobie.
- Człowieku, nawet jakbym chciał to zrobić dla ciebie, po starej znajomości - powiedział Milarek ściszonym głosem - to co sobie wyobrażasz? Że na odprawie powiem: aha, słuchajcie, i jeszcze popatrzcie, czy gdzieś nie wyrasta fioletowy kosmita? Bo, wiecie, nasz były Stary prosił, żeby mu takiego przynieść do kolekcji. Chłopaki zabiją mnie śmiechem!
- Rozumiem. - Kępiński wstał od stolika, popatrzył na niedopitą kawę, wzruszając ramionami. - Obiecaj mi jedno. Że zrobisz to, o co cię proszę... Kiedy będę miał bardziej przekonywające dowody.
Tamten skinął głową, powoli, bez słów.
Robokop odwrócił się i wyszedł z lokalu. Zapinając suwak kurtki, wspiął się po kilku schodkach, wiodących na ulicę. Popatrzył w prawo, na plac Bankowy. Tłumy ludzi i pojazdów mrowiły się, każdy śpieszył w swoją stronę. Roztopiony śnieg bryzgał brązową breją.
- Kiedy już będę miał dowody... - mruknął półgłosem. - O ile wtedy nie będzie za późno, bo rozpęta się tu fioletowe piekło. I żywy stąd nie wyjdzie nikt... - zanucił za Perfectem, dość makabrycznie.
Piosenka wciąż kołatała mu się po głowie, kiedy szedł z powrotem do domu. Po prostu nie mógł się od niej uwolnić.
... I żywy stąd nie wyjdzie nikt.

=================
Powieść ukazała się 21. kwietnia 2010 r. nakładem Agencji Wydawniczej RUNA i Bellony.

Projekt i realizacja: direktpoint