Sobota, 2017.09.23 Bogusława, Liwiusza, Tekli

Kerstin Gier: Czerwień rubinu - fragment powieści

czerwien_rubinu_okladka
Czerwień rubinu, pierwszy tom Trylogii Czasu Kerstin Gier, ukazał się w Polsce 23. maja nakładem Wydawnictwa Egmont. Bohaterką powieści jest 16-letnia Gwendolyn obdarzona genem... podróży w czasie.

Fragment powieści

- To było naprawdę przerażające - powiedziałam.
Caroline i Nick poszli już spać, a ja siedziałam na brzegu łóżka w pokoju mamy i próbowałam wymyślić jakieś sensowne przejście do mojego problemu. "Mamo, dziś po południu coś się wydarzyło i boję się, że to się powtórzy".
Mama była zajęta wieczorną toaletą. Właśnie skończyła smarować
kremem twarz. Dbałość o urodę najwyraźniej się opłacała. Nikt by się nie domyślił, że skończyła już czterdzieści lat.
- Pierwszy raz byłam przy jednej z wizji cioci Maddy - dodałam.
- Pierwszy raz miała wizję w czasie kolacji - odrzekła mama, nakładając sobie krem na dłonie i wcierając go.
Zawsze uważała, że wiek najszybciej można poznać po rękach i po szyi.
- I co, można te jej wizje traktować serio?
Mama wzruszyła ramionami.
- Taaaa... Sama słyszałaś, co mówiła, pomieszanie z poplątaniem.
Coś takiego zawsze można sobie odpowiednio zinterpretować.
Trzy dni przed śmiercią twojego dziadka też miała wizję. Zobaczyła czarną panterę, która skoczyła mu na piersi.
- Dziadek umarł przecież na zawał serca. To by się zgadzało.
- No więc mówię, zawsze jakoś tam pasuje. Chcesz kremu do rąk?
- A ty, wierzysz w to? To znaczy nie w krem do rąk, tylko w wizje cioci Maddy.
- Myślę, że ciocia Maddy naprawdę widzi to, o czym opowiada. Ale to jeszcze nie znaczy, że to, co widzi, przepowiada przyszłość. Albo że w ogóle coś znaczy.
- Nie rozumiem!
Wyciągnęłam do mamy ręce, a ona zaczęła mi wcierać krem.
- To jest trochę tak jak z twoimi duchami, kochanie. Jestem przekonana, że je widzisz, podobnie jak wierzę cioci Maddy, że ma wizje.
- Czy to ma znaczyć, że wierzysz wprawdzie, że widzę duchy, ale nie wierzysz, że one istnieją? - wykrzyknęłam i oburzona cofnęłam ręce.
- Nie wiem, czy naprawdę istnieją - powiedziała mama. - A w co ja wierzę, to zupełnie nieważne.
- Ale gdyby one nie istniały, to znaczyłoby, że je sobie wmówiłam.
A to z kolei oznaczałoby, że zwariowałam.
- Nie - zaprzeczyła mama. - To znaczyłoby tylko tyle, że... och, kochanie! Sama nie wiem. Czasami mi się zdaje, że wszyscy
w tej rodzinie mają po prostu odrobinę za bardzo wybujałą fantazję. Bylibyśmy znacznie spokojniejsi i szczęśliwsi, gdybyśmy ograniczyli się do tego, w co wierzą normalni ludzie.
- Rozumiem.
Może to nie był dobry pomysł, żeby wyjeżdżać teraz z moimi nowinkami. "Wiesz, mamo, dzisiaj po południu odbyłyśmy podróż
w przeszłość, ja i moja nienormalna fantazja".
- Oj, nie obrażaj się na mnie - powiedziała mama. - Wiem, że istnieją rzeczy na niebie i ziemi, których nie potrafimy sobie wytłumaczyć. Ale być może nadajemy tym rzeczom zbyt wielkie znaczenie, zajmując się nimi tak mocno. Nie uważam, że zwariowałaś. Ciocia Maddy też nie. Ale powiedz szczerze: czy sądzisz, że wizja cioci Maddy ma coś wspólnego z twoją przyszłością?
- Być może.
- Ach tak? Masz zamiar w najbliższym czasie wdrapać się na wieżę i usiąść tam na zegarze, żeby pomajtać sobie nogami?
- Oczywiście że nie. Ale to może być symbol.
- Tak, może być - przyznała mama. - A może i nie. Idź już spać, kochanie. To był długi dzień. - Spojrzała na zegar na nocnej szafce. - Miejmy nadzieję, że Charlotta ma to już za sobą. Mój Boże, jak bardzo bym chciała, żeby to się w końcu stało.
- A może Charlotta też ma zbyt wybujałą fantazję? - Wstałam i pocałowałam mamę na dobranoc.
Jutro spróbuję jeszcze raz.
Może.
- Dobranoc.
- Dobranoc, moje szczęście. Kocham cię.
- Ja ciebie też, mamo.
Poszłam do swojego pokoju, zamknęłam drzwi i wdrapałam się na łóżko. Czułam się dość paskudnie. Oczywiście powinnam była wszystko mamie opowiedzieć. Ale jej słowa dały mi do myślenia. Z pewnością miałam wybujałą fantazję, ale mieć fantazję to jedno, a uroić sobie podróże w czasie to zupełnie co innego.
Ludzi, którzy roili sobie coś takiego, poddawano leczeniu. Może byłam taka sama jak ci wszyscy, którzy opowiadają, że porwało ich UFO. Po prostu walnięta.
Zgasiłam lampkę nocną i otuliłam się kołdrą. Co było gorsze? Zwariować czy naprawdę podróżować w czasie?
Chyba to drugie, pomyślałam. Na to pierwsze pewnie można brać jakieś tabletki.
W ciemnościach powrócił lęk. Myślałam znowu o tym, jak spadłabym z trzeciego piętra, stąd aż na ziemię. Włączyłam więc ponownie lampkę i odwróciłam się twarzą do ściany. Aby zasnąć, próbowałam myśleć o czymś zupełnie neutralnym, ale wciąż mi się to nie udawało. Wreszcie zaczęłam liczyć od tysiąca do tyłu.
W końcu musiałam jednak zasnąć, bo śnił mi się wielki ptak, gdy nagle przebudziłam się i usiadłam na łóżku z mocno bijącym sercem.
I znowu to samo, to paskudne uczucie mdłości. Ogarnięta paniką wyskoczyłam z łóżka i na miękkich nogach pognałam co sił do mamy. Było mi wszystko jedno, czy uzna, że jestem wariatką, chciałam tylko, żeby się to skończyło. I nie chciałam spaść w dół, w bagno, z wysokości trzeciego piętra.
Ledwie zdążyłam wyjść na korytarz, ziemia usunęła mi się spod nóg. Przekonana, że nadeszła moja ostatnia godzina, mocno zacisnęłam powieki. Ale tylko łupnęłam kolanem o podłogę, dobrze mi znaną w dotyku. Ostrożnie otworzyłam oczy. Zrobiło się jaśniej, jak gdyby w ciągu ostatniej sekundy nagle wstał dzień. Przez chwilę miałam nadzieję, że nic się nie stało, ale  potem
zobaczyłam, że jestem wprawdzie na naszym korytarzu, ale ten korytarz wygląda inaczej niż normalnie. Ściany były pomalowane na ciemnooliwkowy kolor, a z sufitu znikły lampy.
Z pokoju Nicka dobiegły mnie głosy. Żeńskie głosy.
Szybko się podniosłam. Gdyby ktoś mnie zobaczył... jak miałabym wytłumaczyć, skąd się tu nagle znalazłam? W piżamie w obrazki z Hello Kitty.
- Jak ja mam dosyć tego wczesnego wstawania - odezwał się jakiś głos. - Walter może spać do dziewiątej. A my? To ja sobie mogłam zostać na wsi i dalej doić krowy!
- Walter przez pół nocy miał służbę, Klarysso. Masz przekrzywiony czepek - usłyszałam drugi głos. - Schowaj pod nim porządnie włosy, inaczej dostaniesz burę od pani Mason.
- Ona i tak nic innego nie robi, tylko krzyczy - mruknął ten pierwszy głos.
- Niektóre ochmistrzynie są znacznie surowsze, moja droga Klarysso. A teraz chodź, zrobiło się późno. Mary zeszła na dół już piętnaście minut temu.
- Tak, i nawet pościeliła łóżko. Zawsze pilna, zawsze schludna, wszystko tak, jak sobie życzy pani Mason. Ale ona to  robi specjalnie. Dotykałaś kiedyś jej kołdry? Jest bardzo miękka. To niesprawiedliwe!
Musiałam uciekać stąd jak najszybciej. Tylko dokąd? Dobrze, że wszystko tutaj znałam.
- Moja kołdra strasznie drapie - poskarżyła się Klaryssa.
- Zimą będziesz się cieszyć, że ją masz. No chodź już.
Klamka przesunęła się w dół. Skoczyłam szczupakiem w stronę wielkiej szafy, gwałtownie szarpnęłam drzwi i zamknęłam je dokładnie w chwili, kiedy otworzyły się drzwi pokoju Nicka.
- Ja tylko nie rozumiem, dlaczego moja kołdra drapie, a Mary ma taką miękką - rozległ się głos Klaryssy. - To wszystko tutaj jest takie niesprawiedliwe. Betty może jechać z lady Montrose na wieś, a my musimy całe lato wytrzymać w tym dusznym mieście.
- Naprawdę powinnaś spróbować nieco mniej narzekać, Klarysso.
Mogłam się tylko zgodzić z tą kobietą. Ta cała Klaryssa była straszliwą mękołą.
Usłyszałam, jak schodzą po schodach, i odetchnęłam. Mało brakowało. Jak dobrze, że wszystko tutaj znałam. Ale co teraz? Mam po prostu czekać w szafie, aż wrócę do swoich czasów?
To by chyba było najbezpieczniejsze. Chlipnęłam i splotłam ręce na piersi.
Za mną, w ciemnościach, ktoś westchnął.
Zamarłam z przerażenia. Co to miało być, na Boga?
- Klarysso, to ty? - padło pytanie od strony półek z bielizną. To był męski głos. - Czyżbym zaspał?
O niebiosa! Tu w szafie ktoś spał. Co to za zwyczaje?!
- Klarysso? Mary? Kto tu jest? - zapytał głos, tym razem znacznie przytomniej.
W ciemnościach rozległ się rumor. Jakaś ręka wyciągnęła się w moim kierunku i dotknęła moich pleców. Nie chciałam czekać, aż mnie chwyci, otworzyłam drzwi szafy i uciekłam.
- Stać! Zatrzymać się!
Szybko obejrzałam się przez ramię. Z szafy wyskoczył za mną młody mężczyzna w długiej białej koszuli.
Zbiegłam po schodach. Gdzie, na miłość boską, mogłabym się teraz schować? Kroki szafowego śpiocha dudniły za mną, a on sam wrzeszczał: "Łapać złodzieja!".
Złodzieja? Chyba się przesłyszałam. A cóż ja mu mogłam ukraść? Może szlafmycę?
Dobrze, że mogłabym pędzić po tych schodach nawet w najgłębszym
śnie. Doskonale znałam każdy stopień. Z szybkością światła zbiegłam dwa piętra. Z pewnym żalem minęłam portret praprapradziadka Hugh, bo tajemne drzwi byłyby doskonałym wyjściem z tej przeklętej sytuacji. Ale ich mechanizm zawsze
się trochę zacinał i zanim zdążyłabym się z nim uporać, mężczyzna w nocnej koszuli pewnie by mnie dogonił. Nie, potrzebowałam lepszej kryjówki.
Na pierwszym piętrze omal nie wpadłam na dziewczynę w czepku, która dźwigała wielki dzban. Zapiszczała głośno, kiedy minęłam ją biegiem i - jak w scenie z filmu - wypuściła dzban z rąk. Rozbił się na kawałki, a jego zawartość rozlała się po podłodze.
Miałam nadzieję, że - też jak na filmie - mój prześladowca się na tym pośliźnie. W każdym razie pokonanie tego odcinka zajęło mu nieco więcej czasu. Wykorzystałam przewagę, by dobiec do antresoli dla orkiestry. Jednym szarpnięciem otworzyłam drzwi do małego schowka pod schodami i wczołgałam się do niego. Tak jak za moich czasów było tu pełno kurzu, bałagan i cała masa pajęczyn. Przez szczeliny między stopniami przenikało do mojej  kryjówki nieco światła, w każdym razie dość, by się zorientować, że nikt tutaj nie spał. Zupełnie tak samo jak u nas, każdy kąt wypełniały stare graty.
Nade mną rozległy się donośne głosy. Mężczyzna w koszuli dyskutował z tym biednym dziewczęciem, które upuściło dzban.
- To pewnie złodziejka! Nigdy przedtem nie widziałem jej w tym domu!
Teraz odezwały się inne głosy.
- Pobiegła na dół. W domu może być jeszcze ktoś z tej szajki.
- To nie moja wina, pani Mason. Ta złodziejka po prostu mnie ominęła. Pewnie chciała ukraść kosztowności milady.
- Na schodach nikogo nie spotkałam. Musi gdzieś tu być.
Zamknijcie drzwi na klucz i przeszukajcie dom - rozkazał bardzo energiczny damski głos. - A pan, Walterze, natychmiast pójdzie na górę i coś na siebie włoży. Pana owłosione łydki nie są wczesnym rankiem miłym widokiem.
O mój Boże! Jako dziecko chowałam się tu może z milion razy, ale nigdy aż tak bardzo się nie bałam, że ktoś mnie znajdzie.
Ostrożnie, by nie zdradził mnie żaden szmer, wsunęłam się głębiej między stare graty. Po ręce przebiegł mi pająk. Był tak wielki, że ledwie się powstrzymałam od głośnego krzyku.
- Lester, pan Jenkins i Tott, sprawdźcie parter i piwnice. Mary i ja zajmiemy się piętrem. Klaryssa dopilnuje tylnych drzwi, a Helena wejścia.
- A jeśli będzie chciała uciec przez kuchnię?
- Musiałaby najpierw pokonać przeszkodę w postaci pani Craine i jej żeliwnych patelni. Przeszukajcie schowki pod schodami i zajrzyjcie za wszystkie kotary.
Byłam zgubiona.
Projekt i realizacja: direktpoint