<?xml version="1.0" encoding="utf-8"?>
<rss version="2.0" xml:base="http://pozytywy.com" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
<channel>
 <title></title>
 <link>http://pozytywy.com/czytelnia</link>
 <description>Artykuły z wybranej kategorii</description>
 <language>pl</language>
<item>
 <title>Łukasz Orbitowski: Ten ogień nie boli - opowiadanie</title>
 <link>http://pozytywy.com/artykuly/15221-lukasz-orbitowski-ten-ogien-nie-boli-opowiadanie</link>
 <description>To trudne zadanie - ewakuować dziesięć miliardów ludzi poza układ słoneczny. Lot trwa dwadzieścia lat, więc po co brać ze sobą tych, którzy nie dotrwają? Niektórzy fałszowali metryki i dawali łapówki. Potem mówiono, że jeśli złapią kogoś takiego, załoga wypycha go w kosmos, bez kombinezonu. Straszna śmierć.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niebo jest szare. Emilia siedzi koło mnie, jej biała dłoń w mojej ziemistej wygląda jak pomarszczona perła. Przed nami rozciąga się pustynia rzeczy połamanych i niepotrzebnych. Domy mają pootwierane okna i drzwi. Naprzeciwko zdechł pies, jego smród dochodzi aż tutaj. Zabronili zabierać zwierzęta.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Słońce niedługo wybuchnie, zmieniając wszystko w wilgotny obłok. Siedzimy na ganku, bardziej razem niż kiedykolwiek, a wiatr gna w naszą stronę okruchy świata.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
- Napijesz się? - pyta Emilia. Ściskam mocno jej rękę i zaraz uwalniam. Wraca spokojna, z herbatą taką, jak lubię, mocną i słodką. Tuż obok, jak papierowy ptak, przelatuje książka. Chwytam ją - to powieść o dzikich plemionach, z mnóstwem zdjęć. Podobne widywałem w dzieciństwie. Oglądamy wspólnie: to Indianie z Ameryki Południowej, półnadzy, w naszyjnikach z kości. Oni nie wiedzą, co się stało. Nic się dla nich nie zmieniło, pewno siedzą tak jak ja teraz, a gdy niebo rozbłyśnie, uznają, że to bogowie wracają zabrać ich do siebie. Zamykam książkę i pozwalam jej odlecieć.&lt;br /&gt;
Za książką mknie stanik, wielki niczym namiot. Spada mi prosto na twarz, jest zupełnie pozbawiony zapachu. Bielizna pachnie kobietą (lubię, gdy tak się dzieje), proszkiem do prania albo nowością, ten zaś jest jak folia, nic, zupełnie. Właścicielka ogromnych piersi pewnie jest gdzieś między Jowiszem a Saturnem i do głowy jej nie przychodzi, że ktoś na ziemi miętosi jej bieliznę. Odrzuca mnie niemal fizycznie, rozwieram palce, stanik mknie pod niebo.&lt;br /&gt;
- Zimno mi - mówi Emilia. - Coraz gorzej cię widzę.&lt;br /&gt;
Przytulam ją. Wiatr się nasila. Mija nas papierowa chmura, która okazuje się kartkami z Biblii, za nią głowa lalki, torba, cienki kabel, siatka i elektroniczna książka, dalej cała fura dziwacznych rzeczy, o których my, starzy ludzie, niewiele wiemy. Właśnie to nam zostawiono.&lt;br /&gt;
- Boję się.&lt;br /&gt;
- Nie ma czego - odpowiadam. - To będzie szybko. Ten ogień nie boli.&lt;br /&gt;
Przypętał się do nas kotek. Jest bury i maleńki, nie obchodzi go wiatr ani zagłada świata. Leży i mruczy.&lt;br /&gt;
Jeszcze niedawno starcy demonstrowali, krzyczeli, podpisywali petycje. Byłem z nimi i do końca wierzyłem, że uda się nam odlecieć. Teraz pochowali się w domach, a sąsiad wykopał w ogródku schron. Twierdzi, że w nim przeżyje, ale sam w to nie wierzy.&lt;br /&gt;
Ja mam herbatę w dłoni i kota na kolanach. Już nic nie muszę. Wiatr się wzmaga, mimo ciemnych okularów pył wpada mi pod powieki. Patrzymy w słońce, jeszcze piję, powietrze drży i nagle robi się jaśniej. Owiewa mnie gorący podmuch. Emilia ściska moją rękę, to dobry uścisk, dzięki niemu wiem, że wciąż żyję.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Koniec&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;em&gt;Opowiadanie inspirowane malarstwem Adama Patrzyka.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;</description>
 <comments>http://pozytywy.com/artykuly/15221-lukasz-orbitowski-ten-ogien-nie-boli-opowiadanie#comments</comments>
 <category domain="http://pozytywy.com/taxonomy/term/79">Książki</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/adam-patrzyk">Adam Patrzyk</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/horror">horror</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/malarstwo">malarstwo</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/science-fiction">science fiction</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/urban-fantasy">urban fantasy</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/lukasz-orbitowski">Łukasz Orbitowski</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/kategorie/czytelnia">Czytelnia</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/kategorie/ksiazka">Książka</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/kategorie/sztuka">Sztuka</category>
 <enclosure url="http://pozytywy.com/image/view/15220/preview" length="11436" type="image/jpeg" />
 <pubDate>Fri, 12 Mar 2010 14:39:57 +0100</pubDate>
 <dc:creator>mw</dc:creator>
 <guid isPermaLink="false">15221 at http://pozytywy.com</guid>
</item>
<item>
 <title>Marek Bieńczyk: O malarstwie Adama Patrzyka</title>
 <link>http://pozytywy.com/artykuly/15203-marek-bienczyk-o-malarstwie-adama-patrzyka</link>
 <description>&lt;strong&gt;I&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;/strong&gt;Zauroczenie światem malowanym przez Adama Patrzyka przychodzi bardzo szybko i wraz z nim pytanie: strzec się tych miejsc czy ku nim lgnąć? To malarstwo jest magiczne, co znaczy: budzi niejasne pragnienie, by w obrazy wejść, zamieszkać w ich przestrzeniach, nie wiedząc - tak od razu - na dobre czy na złe. Na początku przeżywamy, jak często bywa, déjà vu, widzimy to, co już znamy, co zostało namalowane i opowiedziane wcześniej przez innych. Zagląda się w miasta, pejzaże i w domy Patrzyka z bagażem skojarzeń i analogii, z wrażeniem, że się tu już kiedyś było, a następnie dostrzega, jak nasza wiedza się alienuje, blaknie i niknie pod naporem barw mocnych, mogłoby się nawet zdawać w pierwszej chwili, że rozeźlonych czy niebezpiecznie rozgrzanych, i pod naciskiem bliźniaczych form, które uderzają jak dźwięki repetycji, jak echo - zamknięta, odizolowana, samospełniająca się całość, skryta na boku, poza zwyczajnym, chronologicznym trwaniem. Miasto na niektórych obrazach staje się wręcz niebotycznym instrumentem, z tysiącami okien i pasów tworzących kolorowe klawiatury, które odgrywają jeden powracający bajeczny motyw.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Recenzent otwartej niedawno w Paryżu wystawy Kandinsky’ego wykrzykuje z zachwytem: W obrazie Kandinsky’ego można zabłądzić, jak błądzi się w lesie. I tej przyjemności nie należy sobie odmawiać. Zabłądzić w obrazie - to ładne kryterium rozkoszy. Ale w obrazach Patrzyka, kolorystycznie również bardzo intensywnych, zgubić ani zabłądzić się nie da. Nie da się myszkować jak w obrazach choćby i Kandinsky’ego. Nie wiadomo nawet, czy wolno tak po prostu na te terytoria, do tych pokojów, na te ulice, wpaść. Kto nas tu zaprasza? A jeśli już taką śmiałą, może i niegrzeczną decyzję podjąć, to z pewnością poza geometrię Patrzyka się nie wydostaniemy; będziemy w niej jak na dłoni, głupio widzialni, pozbawieni intymności. I z tym trzeba sobie tu radzić.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przybywa się zatem ze wstępnym zrozumieniem (wielkomiejskie pejzaże z drapaczami chmur pasowałyby do tryumfalnej czołówki Manhattanu Woody’ego Allena, z muzyką Gershwina w tle), lecz z obrazu na obraz posuwa się, czy raczej cofa, ku zdziwieniu. Nie chodzi jednak o intelektualne i zmysłowe nierozpoznanie miejsc, tylko o jakiś pierwotny czy nagle obnażony stan życia, kontrastujący z przedstawioną tu cywilizacją - ta gruboziarnista, magmowata faktura ulic, te gruzełki i pasma podłóg, ścian, ziemi trochę jak powierzchnia Księżyca, czy jak pierwsze, łączące się dopiero, wibrujące atomy. O tej geologicznej substancji, sięgającej nawet wnętrz mieszkań, trudno cokolwiek powiedzieć. Nie dlatego jednak, że przekraczamy granicę, za którą rozpościera się niewymowny, fantastyczny świat, lecz przeciwnie, dlatego że odkrywa się przed nami coś, co przecież jest od dawna, a o czym już w naszych własnych miastach zapomnieliśmy: porowaty, ziarnisty, chropawy, utkany z barwnych cząsteczek skład istnienia, samo sedno materii. Może niepiękne tak wprost, ale przecież żywe, w ruchu, niekiedy gorejące jeszcze, wręcz falujące, jak gdyby ktoś kołysał tymi obrazami, a tylko tu i ówdzie dopiero co wystygłe, wczorajsza ledwie lawa. Sedno utworzone na jakimś prapoczątku, wydziergane niczym świeży kobierzec, w którym kolory spotkały się w nabrzmiałych, przyśpieszonych gradacjach lub ostrych, ale komplementarnych opozycjach. Zdać się wówczas może, że to Stwórca świata stawia tu klocki domów w chwili, gdy kończy się kształtować chaos. Krwiste, spokojne bloki wbijane jak stemple na oryginał. Stąd zawahanie: czego się trzymać, ku czemu zbliżać? Ku postawionym tu dekoracjom czy nagiej ziemi? Czy też zaufać ich dziwnej symbiozie?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;strong&gt;II&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Déjà vu. Melancholia - na przykład - jest jedną z kuszących bram wejścia do dzieł Patrzyka, lecz nie jest bramą wyjścia, jej trop w pewnym momencie gaśnie. Tematyczne i formalne skojarzenia z malarstwem potocznie uchodzącym za melancholijne, z płótnami Giorgia de Chirico (mocne kontrasty światła i cienia, urbanistyczna &amp;quot;włoskość&amp;quot;), z Hopperem (puste ulice, rozmnożone okna, kwadraty świateł, urbanistyczna &amp;quot;amerykańskość&amp;quot;), może nawet w dalszej kolejności z Delvaux (przez pewną koturnowość miejskiego dekoru) są zapewne nieuniknione, choć zestawienie to nie bierze pod uwagę tej innej, decydującej u Patrzyka pustki, pustki miasta bez ludzi i pustki wnętrz bez ludzi; ma ona inny charakter i promieniuje innym nastrojem niż opustoszałe bruki czy hotelowe pokoje Hoppera. Trzeba więc będzie analogie stopniowo porzucić, gdyż dla człowieka nie ma w malarstwie Patrzyka nadmiernych przywilejów, także tych płynących z żałobnych delektacji melancholii, z samotności w niedzielny poranek, z zamyślenia za szybą kawiarni. Przed tymi oknami w blasku słonecznego światła nie stanie żadna amerykańska kobieta, na bruk nie rzuci cienia żadna włoska dziewczynka popychająca prętem obręcz, tym bardziej nie należy się spodziewać żadnej alegorii, skamieniałych w środku miasta sylwetek-posągów. Co więcej, nie ma pewności, czy spojrzenie, z którego powstały te obrazy, pochodzi z ludzkiego, zadumanego melancholijnie oka, czy raczej z czujnika reagującego na kolor, światło i ruch.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
U Patrzyka pytanie o &amp;quot;ja&amp;quot; zdaje się wyjątkowo niewygodne. Kto tu czuje, kogo coś boli? Lub cieszy? Kto zapala światła za oknami, kto spuścił w nich rolety i żaluzje, zamknął (a później rozwarł) okiennice, jakby wszędzie, za każdą szybą, skończył się właśnie spektakl? A może i to iluzja, a szyby przyjmują tylko światło z zewnątrz, które je iluminuje, a niekiedy przenika rodzajem niepokalanego dotknięcia? Działając niczym delikatna, artystyczna bomba neutronowa albo niczym metodyczna epidemia, Patrzyk uchował budynki i mosty, infrastrukturę - jakbyśmy powiedzieli po gospodarsku - a usunął (w jakieś głębokie zakamarki, za zasłony) istnienia żywe. Ta nieobecność uderza i niepokoi, ale może wcale nie jest aż tak dramatyczna, jakby się mogło w pierwszej chwili zdawać. Czyż kiedy robimy zdjęcia, nie czekamy, aż ludzie znikną z pola widzenia? Ludzie i zwierzęta, a nawet rośliny by tu zresztą nawet formalnie nie pasowały; ich kształty są niezgrabne, nikłe i dla geometrii nieciekawe, źle się malujące. Jeśli więc u Patrzyka przebija coś z estetyki melancholijnej, to w samej organizacji miejsc. Świat malarza jest myślany właśnie more geometrico, wedle ostrych kątów, wedle pewnych powtarzających się ukształceń, dublowania ustaleń, kopiowania brył. Podobnie jak w przypadku Chirico historycznie można odnieść tę skłonność konstrukcyjną i geometryczną, a także nasilone użycie perspektywy, do neoplatońskiej tradycji renesansowej (analizowanej przez Panofsky’ego w pismach o Dürerze), która stawiała sztuki geometryczne i matematyczne pod znakiem Saturna. Ale szybko okaże się, że tam geometria i matematyka służyły nade wszystko do sprawozdania z niemocy ludzkiego umysłu świadomego swych poznawczych ograniczeń, bezbronnego wobec nieskończoności, a tutaj są obłędnym, poetyckim wehikułem wyobraźni.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Szczególna jest na płótnach Patrzyka perspektywa, przemyślna, namiętna, intensywna, tak jakby wtłoczone w nią powietrze miało siłę odurzania; perspektywa chwilami ocierająca się nawet (jak w Łazience) o zawrotną anamorfozę, lecz przezornie nigdy w nią nie popadająca. Szczególne są punkty widzenia, najczęściej umieszczone wysoko, na domniemanych najwyższych piętrach, albo gdzieś pod sufitami, czy wręcz w powietrzu, raz wyżej, raz niżej, rzadziej całkiem nisko – to punkty widzenia Batmana, swobodnie przelatującego nad ziemią i szukającego dobrego widoku. Wzrok nurkuje w dół, wydłużając i uwyraźniając pole oglądu, co służy osobliwej, metodycznej pedanterii. Żadna linia nie jest tu puszczona samopas, żadna możliwość rzucenia cienia lub odbicia światła nie zostaje zaniedbana. Takie obrazy jak Narożnik czy inne tramwajowo-miejskie wariacje zdają się wręcz paroksyzmem precyzji. Odpowiedniości wszystkich linii poziomych – międzypiętrowych w budynkach, szyn na ziemi, tramwajowych trakcji w powietrzu i rzucanych przez nie cieni, połykanych dokładnie przez bramy budynków – są nadzwyczajne; jest to realizm szalonych dzieci/ojców, wspólnie budujących na dywanie dworce i puszczających kolejki.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Powtórzenie i perspektywa rozszerzają ten świat i zarazem go miniaturyzują. Kolejne rzędy tramwajów, mostów, okien paradoksalnie nie czynią miejsc większymi, raczej wzmagają ich zabawkową intymność. Choć miasta zdają się w ten sposób, przez klonowanie swych partii, bezbrzeżnie rozrastać, choć ujmowane są często w środku i nie widać ich kresu, to zarazem zakręcają i owijają się wokół siebie samych, wypadają z przestrzeni powszechnej, uprawiają swą własną teorię względności. Tkwimy w ich jednej, niewielkiej cząstce, lecz niemal zawsze znajdujemy się w centrum, co potęguje wrażenie symetrii i ugładza niepokój, jaki przynosi powtórzenie. Wnętrza (jak te biblioteczne czy quasi-kościelne) rozchodzą się w spokojną nieskończoność, delikatnie powielając swe zwoje; rozdrobnione ad inifnitum łuki w rozplenionych nad rzeką mostach wyplatają precyzyjnie powietrze. To samo dodaje się do siebie; tak powstaje rytm.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Myśli się jeszcze, rozważając to powtórzenie, tę patologię form, te ich metastazy układane w przestrzenne, przepastne echo, o Piranesim, o jego słynnych grafikach Carceri, niezmiernie intrygujących wyobraźnię poetów palaczy opium (de Quincey, Baudelaire). Tyle że były to wyobraźnie romantyczne, zafascynowane głębią, gotowe pogrążyć się w absolucie i w nicości, szukające ujść pod spodem, nieba – lub otchłani – pod ziemią. Z niepokojących je powtórzeń więziennych pięter, schodów, które następują jedne po drugich, pragnące uczynić drogę do przekroczenia tego, co wyobrażalne, do wyjścia z tutejszego istnienia. I niekiedy w przerażeniu dostrzegające, że tkwią w bezkresnym uwięzieniu jak żywe muchy w kamiennym bursztynie; Wiktor Hugo powiadał: czarny mózg Piranesiego. U Patrzyka impuls nieskończonego ruchu jest niemal zawsze poziomy, mniej - lub wcale nie - ponury, zawzięty i histeryczny, bardziej formalny niż &amp;quot;filozoficzny&amp;quot;. Wydaje się, że romantyczny dylemat uwięzienie/przekroczenie jest mu całkowicie obcy. Niekiedy wyobrazić sobie można, że te długie korytarze otwartych perspektyw to wnętrza światłowodów czy smug koloru, którymi się podróżuje w oczarowaniu i bez celu, wzdłuż wyznaczonych im tras - podobnie jak podróżują cienie ludzi lub kwadraciki powietrza nieznużenie wożone tramwajami.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;strong&gt;III&lt;br /&gt;
&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;
Nie wiemy, co w istocie kryje się w bramach, otwartych jak mysie norki z kreskówek Disneya. Nie wiemy, co jest w istocie źródłem światła: słońce i księżyc, łuna czy jakiś kosmiczny reflektor, a raczej gigantyczna latarka, gdyż świetlne snopy często rozchodzą się od dołu i z boku. Nie wiemy właściwie, jaka jest pora dnia i pora roku. Nie wiemy, dokąd suną tak pilnie tramwaje. I co to za urbanizm bez miejskości, bez sklepów, kiosków i wysp zieleni? Dlatego chce się, oglądając obrazy Patrzyka, wracać do &lt;em&gt;Niewidzialnych miast&lt;/em&gt; Italo Calvino. &amp;quot;Nie jest pewne, że Kublaj-chan wierzy we wszystko, co opowiada mu Marco Polo, opisując miasta, które odwiedził podczas pełnienia swej misji (...)&amp;quot;. Tak, nie jest pewne. Trochę wierzymy Patrzykowi podczas pełnienia jego misji, a w jeszcze większym stopniu nie. W malarstwo Patrzyka wpisana jest fundamentalna dwuznaczność, na jaką się natykamy, rozważając dzieła najciekawszych malarzy realistów, którzy dają się, zwłaszcza gdy interpretujący dokręci śrubkę, czytać jako malarze metafizyczni. Gdy Hopper mówi, że jego pragnieniem było namalować tylko i wyłącznie światło na ścianie, wierzymy mu i wiemy zarazem swoje: jego nadmorskie pokoje ze słonecznymi kwadratami na ścianach sytuują się dla nas natychmiast poza realistycznym odwzorowaniem, w rejestrze miejsc ostatecznych. U Adama Patrzyka między obu światami, tym &amp;quot;danym&amp;quot; i tym &amp;quot;stworzonym&amp;quot;, przebiega również delikatna granica; niemal każdy pewny fakt zdaje się mieć swój nieoczywisty rewers, mniej lub bardziej realistyczna fasada kryć Bóg wie co, mniej lub bardziej &amp;quot;normalna&amp;quot; łazienka służyć nieznanej ablucji. To, co pojedyncze, mówi o sobie - chwilami, tu i ówdzie - jeszcze realistycznie; to, co zdwojone i pomnożone, stanowi furtkę do pittura metafisica. Miasta, podobnie jak te opisane przez Marco Polo, istnieją wedle własnych, hermetycznych zasad, stanowiących o ich jedności i odrębności. Niekiedy, na pierwszy rzut oka, sprawiają nawet wrażenie zastanych przez Patrzyka, ale my, Kublaj-chan, usadowieni w naszej warszawskiej, łódzkiej czy innej nędznej, rozklejającej się nowoczesności, podejrzewamy, że te zasady ktoś tu wymyśla i dopowiada. No bo kto słyszał o miastach, w których w ogóle nie czeka się na tramwaj? Zauroczenie tym bardziej nie mija. Tylko w relacjach Marco Polo chanowi udało się dojrzeć, poprzez mury i wieże chylące się nieuchronnie do upadku, filigranowy rysunek tak subtelny, że mógłby wyślizgnąć się ze szczęk termitów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jak zatem ująć ten &amp;quot;subtelny rysunek&amp;quot;, to &amp;quot;niewidzialne&amp;quot; miasto, przestrzeń malowaną/opowiedzianą przez Adama Patrzyka? Ująć jak w dłonie, ująć jako całość, gdyż istnieje pokusa czy wręcz potrzeba, by określić ją w jednym rzucie, zebrać w sobie jako jednolitą, odrębną wizję. Bo przecież Patrzyk zdaje się malować jedną spójną cywilizację, zamkniętą i szczelną jak cywilizacja Inków, wysp Bali, czy Stonehenge z jej kamieniami wstawionymi w ziemię. Wybór dla widza jest trudny: dostrzegać w tym malarstwie przede wszystkim kreację ex nihilo, czy raczej eksperyment z przestrzenią zastaną? Bardziej wsłuchiwać się w monolog wyobraźni czy w dialog z miejscami realnymi? Mierzyć w wizję bardziej kosmogoniczną i naturalną czy bardziej filozoficzną i społeczną? W tym tekście stawia się mocniej na tę pierwszą.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wśród snopów światła padających teatralnie z boku i znad ziemi, wśród migotliwych pajęczyn blasków kształtują się malowane często à contre-jour miejsca sceniczne. Pędzel Patrzyka jest lekko dekoracyjny (z tych kolorowych zawęźleń można by wyplatać tkaniny ozdobne), odrobinę pompatyczny, minimalnie komiksowy; prowadzi go niewielki ekspresjonistyczny nadmiar, który rozgrzewa cząstki, lecz wciska je w precyzyjne puzzle. Trudno się bronić przed wrażeniem, że ta doskonała, purystyczna układanka została właśnie wyjęta z jakiegoś większego konglomeratu, zwanego uniwersum czy wszechświatem. Ale w jaki sposób się od niego zdystansowała, pozostaje zagadką. Jakie nastroje towarzyszą tej kreacji? Temu gromadzeniu bloków materii na marginesach życia, zbijaniu ich w jedną przejrzyście zorganizowaną, lecz gęstą masę? Niekiedy, wpatrując się w obrazy, czuje się wpisany w nie dług wobec złej zewnętrzności, jakiś ciężar tego, co nie zostało w nich ujęte, promieniowanie tamtego drugiego, odległego, chyba obcego świata. Przede wszystkim jednak - i do tego odczucia należy prawdopodobnie dążyć - rodzaj szczęśliwości, jaką osiągają dzieci, gdy uda im się znaleźć schowek niedostępny innym, swoją jaskinię w pobliskim lesie, swój namiot w ogrodzie. Albo gdy zamieszkują pod stołem dorosłych. Albo gdy stawiają na dywanie klocki lego, budując świat od początku.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie chodzi tu o całkowite rozbrojenie malarstwa Patrzyka z niejasnych zagrożeń snujących się w tle wielu jego płócien - im dłużej się w nie wpatrywać, tym bardziej zresztą rośnie doznanie ich ciepła. Ale mówić trzeba o jednoczesnym urządzaniu miejsca wybranego, zastępczego, utopijnego, idyllicznego. Takiego, w którym odczynia się czas, każe mu istnieć w wiecznym powtórzeniu. Powtórzenie zawsze jest obosieczne, jest zarazem rozkoszą i przekleństwem, rytmem i blokadą. Najczęściej bywa opresyjne - ale nie w utopii i idylli, gdzie chroni przed zgubnym następstwem biegnących chwil, stawia tamę przemijaniu czy wynaturzeniu, staje się zasadą twórczą, upojną, a nie więzienną. W tej niesłodkiej idylli Patrzyka (nic wspólnego z błogą sielanką), na tym szczęśliwym wygnaniu urządza się własne miejsce z mikroskopijną, drobiazgową uwagą, pokazując marzoną możliwość, to, czym mogłaby się okazać przestrze, gdyby była jednocześnie kolorem, kształtem i muzyką. Te pejzaże mają w sobie coś idealnego, jak tak zwane pejzaże idealne w malarstwie osiemnastowiecznym. Trzeba je oswoić, dostrzec ich dobrą twarz, obok ostrości kątów, całej miejskiej masywności, nieokreślonej atmosfery zmierzchu - ich taneczność i pogodę. Bo oto sunące i ślizgające się we wszystkie strony tramwaje-liszki, wraz z domami, wiaduktami i szynami ułożonymi w matematycznym porządku, tworzyć zaczynają rytmiczną, harmonijną całość - tak jakby miasto wykonywało balet, delikatny, nieznaczny, lecz zauważalny; są u Patrzyka obrazy, które tańczą. I obrazy-partytury, jak &lt;em&gt;Zona&lt;/em&gt;, którą czytać można niczym zapis dźwiękowy różnej wysokości nut; stabilność też tu wibruje, pozostaje pod napięciem. Ta sycąca, dynamiczna gęstość zdarzeń wtłoczonych w jedną chwilę i jedno miejsce, w jedną trójwymiarową sieć, ta gęstość materialnego bytu jest piękna, prawdziwie artystyczna, i tworzy szczególną - trzeba powtórzyć to słowo - harmonię.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolory i kontrasty również należą do zdarzeń. Mówiąc tautologicznie, Adam Patrzyk jest bardzo malarski (tak jak powiada się o niektórych pisarzach, że są bardziej literaccy od drugich). Jego gest jest szczodry, lecz nie rozrzutny; równowaga między dyscypliną a temperamentem wydaje się doskonała. Kolory więc nie są, tylko się dzieją: pulsują, współtworzą w równoległych pasmach, w przejściach od ciepłych do zimnych, przeciwstawnych lecz się uzupełniających, życiodajne ciągi, nietykalną mozaikę barw i cieni. Kontrasty między jaśnią a cieniem, z pozoru tak ostre, nawet nieprzyjazne, uwydatniające nagłe strefy mroku, spajają bardziej niż ćwiartują miejski pejzaż i okazują się dobroczynne. Na wspaniałej Mijance strefy światła i cienia się dopełniają (skojarzenie z symbolem yin-yang) w jednej, pełnej, doskonałej, delikatnie upajającej formie, którą można kontemplować dla najlepszej, bo czystej przyjemności.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;strong&gt;IV&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Czy uda się zatem nadać tej formie jakieś konkretne znaczenie? Odpowiedzieć, skąd przyszła i ku czemu zmierza? Próbować można i próbować ma się ochotę; powtórzenia Patrzyka wprawiają nasz umysł w nieskończony rezonans. Gdy raz się w nie wkroczy, trudno zahamować ich echo, zatrzymać się wreszcie na jednym progu, w raz uchwyconym sensie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Owszem, echo jest zawsze odgłosem, powtórzeniem pierwszego głosu. Jak wszakże odnaleźć ten pierwszy głos, ideę pierwszą u Patrzyka? Czym miałyby być powtórzenia? Impulsem sprzeciwu, dezercji? Nieważne; w świecie echa słuchajmy tylko echa; w świecie barwnych pasm pląsajmy po pasmach, smakujmy ich nawroty. Wyobraźnia malarza wymyka się z wszelkich odniesień, by pozostać samotnie ze swymi ścianami, tramwajami i światłem. Zainteresowana wyłącznie formami, zestawianiem brył, sąsiedztwem kształtów i barw, maluje już tylko swoje przeznaczenie (a przeznaczenie to instancja, gdzie nie szuka się już znaczeń), wpisane w koło powrotu kolejne domy, trakcje, okna, spokojne nieba, napęczniałe, świeżokrwiste podłogi. Jak ktoś to ujął, &amp;quot;zamalowuje sobie wyjście&amp;quot;, wyjście do naszego powszechnego świata. Już się pewnie stamtąd nie wyprowadzi.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jest w tej wyobraźni coś, by tak rzec, animalnego. Lgnie ona do światła niczym ćma, nieprzeparcie, szuka go po bramach, zakamarkach, oknach. Wywołuje światło ze sklepienia przez bulaje - i światło staje się piłką, kosmicznym balonikiem; przez szczeliny okiennic - i światło staje się ciepłą wstążką. Wywabia je ze ścian przez otwarte drzwi i z miasta przez prostokątne wyrwy lub panoramiczne szyby. Domy są magazynami światła, jego przechowalniami i lustrami, albo, jak w przypadku miasta &amp;quot;włoskiego&amp;quot;, tylko fasadami-przepierzeniami ogniskującymi w oknach drogę do jego pełni. Światło we wnętrzach, jak zatopiona scena koncertowa (Antrakt), ta cudna wiolinowa Atlantyda, zostaje zgęszczone do czystego ekstraktu, jeśli można sobie wyobrazić ekstrakt, likier ze światła. Tramwaje zdają się po to jeździć, by rzucać na ziemię świetlne okruchy. Patrzyk prowadzi ze światłem grę w otwarte/zamknięte, wydobywa je z ukryć, zasklepia za przegrodami, kryje w mroku, by tym mocniej było. Niekiedy wpuszcza je w pokoje, niekiedy zastawia mu drogę, chowa za ścianami. Światło wydaje się najmocniejszą, może jedyną tu duchową obecnością, pneumą, która spaja wszystkie miejsca. Zastępuje człowieka, ociera się o struny instrumentów, przemyka nad wodą w wannie. Balsamuje krajobrazy i wnętrza bez ludzi, wypełnia je uroczystym skupieniem. Gdyby jednym gestem podnieść wszystkie te domy-pudełka, buchnąłby może w górę jeden wielki, świetlisty snop.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie jest więc ważne, czy ktoś wejdzie drugi raz do tej samej wanny, sięgnie drugi raz po skrzypce, położy się jeszcze w tym łóżku. Nie ma ludzkiej historii, nie ma czynności, nie ma fabuły, gdyż są one chwilowym zakłóceniem w swobodnym przepływie światła (Stasiuk w &lt;em&gt;Dukli&lt;/em&gt;). Nie warto stawiać pytań o ludzkie bytowanie, dlaczego zostało zawieszone, kiedy tu otwarcie powróci, skończy swą kwarantannę. Gdzieś się ono czai, wstrzymuje oddech, jego obecność jest widmowa, zawieszona, lekko wyczuwalna. Patrzyk założył mu na razie - na wieczność? - czapkę niewidkę. Uruchomił pauzę. A pauza to dla wolnej wyobraźni prawdziwy żywioł. Sprawdził więc, czy świat w pauzie, bez nas w środku, też jest do wyobrażenia. Jest, i to jak.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;strong&gt;***&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W moim mieszkaniu na najdłuższej, całkiem nagiej, białej ścianie wisi obraz Hoppera. Nie oryginał ani nie kopia; nie wisi, a się pojawia. W słoneczny dzień, przed południem, wylega na nią ciepły, żółty kwadrat i trwa, nieznacznie się przesuwając, godzinę czy dwie. Można się weń wpatrywać bez końca. Teraz, wieczorami, szukam na ścianie obrazu Adama Patrzyka. Zaczyna przychodzić: żółtokremowe jamki, drobne odblaski tworzące mały archipelag, wysypkę poświaty na ciemnym tle.</description>
 <comments>http://pozytywy.com/artykuly/15203-marek-bienczyk-o-malarstwie-adama-patrzyka#comments</comments>
 <category domain="http://pozytywy.com/taxonomy/term/104">Sztuka</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/adam-patrzyk">Adam Patrzyk</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/esej">esej</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/italo-calvino">Italo Calvino</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/kandinsky">Kandinsky</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/malarstwo">malarstwo</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/manhattan">Manhattan</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/marek-bienczyk">Marek Bieńczyk</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/miasto">miasto</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/urbanistyka">urbanistyka</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/woody-allen">Woody Allen</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/kategorie/artykuly">Artykuły</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/kategorie/czytelnia">Czytelnia</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/kategorie/sztuka">Sztuka</category>
 <enclosure url="http://pozytywy.com/image/view/15202/preview" length="8700" type="image/jpeg" />
 <pubDate>Fri, 12 Mar 2010 10:51:27 +0100</pubDate>
 <dc:creator>mw</dc:creator>
 <guid isPermaLink="false">15203 at http://pozytywy.com</guid>
</item>
<item>
 <title>Rick Riordan: Klątwa Tytana - fragment powieści</title>
 <link>http://pozytywy.com/artykuly/15096-rick-riordan-klatwa-tytana-fragment-powiesci</link>
 <description>&lt;strong&gt;&lt;em&gt;Klątwa Tytana&lt;/em&gt; - trzecia część serii &lt;em&gt;Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy&lt;/em&gt; autorstwa Ricka Rirdana - trafi do polskich księgarń 10. marca. Popularna na całym świecie seria opowiada o perypetiach młodego amerykańskiego chłopca, który dowiaduje się, że jest herosem - synem śmiertelniczki i boga olimpijskiego - Posejdona.&lt;/strong&gt; &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dotychczas ukazały się w naszym kraju dwie części przygód Percy&#039;ego: &lt;em&gt;Złodziej Pioruna&lt;/em&gt; oraz &lt;em&gt;Morze Potworów&lt;/em&gt;.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
19. lutego na ekrany polskich kin trafiła ekranizacja pierwszego tomu cyklu &lt;em&gt;Złodziej Pioruna&lt;/em&gt;.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;strong&gt;ROZDZIAŁ I&lt;br /&gt;
BARDZO NIEUDANA AKCJA RATUNKOWA&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W piątek poprzedzający ferie zimowe mama zapakowała mi do plecaka piżamę i szczoteczkę do zębów oraz kilka sztuk śmiercionośnej broni, po czym zawiozła mnie do nowej szkoły z internatem. Po drodze zabraliśmy moje koleżanki, Annabeth i Thalię.&lt;br /&gt;
Podróż z Nowego Jorku do Bar Harbor w stanie Maine trwa osiem godzin. Autostrada tonęła w śniegu z deszczem. Nie widziałem się z Annabeth i Thalią od kilku miesięcy, ale śnieżyca i myśli o tym, co mieliśmy zrobić, nie sprzyjały rozmowom. Tylko mama gadała jak najęta. Zawsze tak ma, kiedy jest podenerwowana. Gdy wreszcie dotarliśmy do Westover Hall, robiło się już ciemno, a dziewczyny znały wszystkie wstydliwe opowieści o mnie z czasów, kiedy byłem małym dzieckiem.&lt;br /&gt;
Thalia przetarła zaparowaną szybę okienną i wyjrzała na zewnątrz.&lt;br /&gt;
- Rewelka. Będzie niezła zabawa.&lt;br /&gt;
Westover Hall wyglądał jak zamek złego rycerza. Zbudowany z czarnego kamienia, miał wieżyczki i okienka strzelnicze oraz ogromną, dwuskrzydłową drewnianą bramę. Stał na ośnieżonym skalnym urwisku, z którego roztaczał się widok na oszroniony las z jednej strony i stalowoszary, sztormowy ocean z drugiej.&lt;br /&gt;
- Na pewno nie chcesz, żebym zaczekała? - spytała mama.&lt;br /&gt;
- Na pewno, mamo, dziękuję - odpowiedziałem. - Nie mam pojęcia, ile nam to zajmie. Damy sobie radę.&lt;br /&gt;
- Ale jak zamierzacie wrócić? Będę się niepokoiła, Percy.&lt;br /&gt;
Miałem nadzieję, że się nie rumienię. Wystarczającym obciachem było już to, że mama musiała mnie dowieźć na pole bitwy.&lt;br /&gt;
- Wszystko będzie dobrze, proszę pani - Annabeth uśmiechnęła się uspokajająco. Na jasnych włosach nosiła narciarską czapeczkę, a jej szare oczy miały ten sam odcień co ocean. - Będziemy go pilnowały.&lt;br /&gt;
Mama najwyraźniej rozluźniła się nieco. Uważa Annabeth za najrozsądniejszą z grupy herosów, którzy dożyli ósmej klasy. Jest przekonana, że to ona zawsze chroni mnie przed nagłą śmiercią. W sumie ma rację, ale to jeszcze nie znaczy, że mnie też ma się to podobać.&lt;br /&gt;
- Dobrze, słoneczka - powiedziała mama. - Macie wszystko, co trzeba?&lt;br /&gt;
- Tak, proszę pani - odrzekła Thalia. - Dziękujemy za podwiezienie.&lt;br /&gt;
- Może jednak jeszcze dodatkowy sweter? A macie numer mojej komórki?&lt;br /&gt;
- Mamo…&lt;br /&gt;
- Zabrałeś ambrozję i nektar, Percy? I złotą drachmę, w razie gdybyś musiał porozumieć się z obozem?&lt;br /&gt;
- Mamo, daj spokój! Poradzimy sobie. Chodźmy.&lt;br /&gt;
Wydawała się lekko urażona i poczułem się z tego powodu głupio, ale chciałem już wysiąść z samochodu. Gdyby mama opowiedziała jeszcze jedną historyjkę o tym, jak słodko wyglądałem w wannie, kiedy miałem trzy latka, zakopałbym się chyba w śniegu i zamarzł z rozpaczy. &lt;br /&gt;
Annabeth i Thalia wysiadły za mną. Poczułem uderzenie mroźnego wiatru, który przenikał przez moją kurtkę jak igiełki lodu.&lt;br /&gt;
Kiedy samochód znikł nam z pola widzenia, odezwała się Thalia.&lt;br /&gt;
- Ale masz super mamę, Percy.&lt;br /&gt;
- Jest w porządku - przyznałem. - A ty? Masz w ogóle kontakt z matką?&lt;br /&gt;
Pożałowałem tych słów, ledwie je wypowiedziałem. Thalia znakomicie potrafi posyłać zabójcze spojrzenia, co świetnie współgra z punkowymi ciuchami, które zawsze nosi - postrzępioną wojskową kurtką, czarnymi skórzanymi spodniami i biżuterią z łańcuchów, smolistymi kreskami wokół oczu i tymi jej niesamowicie niebieskimi tęczówkami. Spojrzenie, które mi teraz posłała, biło rekordy złowieszczości.&lt;br /&gt;
- Nie twój interes, Percy...&lt;br /&gt;
- Chodźmy lepiej do środka - przerwała jej Annabeth. - Grover pewnie już czeka.&lt;br /&gt;
Thalia spojrzała na zamek i wzdrygnęła się.&lt;br /&gt;
- Masz rację. Zastanawiam się, co on tu takiego znalazł, że wysłał sygnał ratunkowy.&lt;br /&gt;
Podniosłem wzrok ku mrocznym wieżyczkom górującym nad Westover Hall.&lt;br /&gt;
- Pewnie nic dobrego - mruknąłem.&lt;br /&gt;
Dębowa brama otwarła się ze zgrzytem i wszyscy troje weszliśmy do środka otoczeni wirującymi płatkami śniegu.&lt;br /&gt;
Widok holu odebrał mi mowę.&lt;br /&gt;
Sala była olbrzymia. Na ścianach wisiały sztandary wojenne i ogromna kolekcja broni: stare strzelby, topory bojowe i różne inne rzeczy. Oczywiście wiedziałem, że Westover jest szkołą wojskową, ale ta wystawa wyglądała zabójczo.&lt;br /&gt;
Dosłownie.&lt;br /&gt;
Sięgnąłem do kieszeni, gdzie trzymałem Orkan - mój śmiertelnie groźny długopis. Czułem, że coś w tym miejscu jest nie w porządku. Czaiło się tu coś groźnego. Thalia pocierała srebrną bransoletę, swój ulubiony magiczny gadżet. &lt;br /&gt;
Wiedziałem, że myśli o tym samym co ja. O czekającej nas nieuchronnej walce.&lt;br /&gt;
- Zastanawiam się, gdzie... - zaczęła Annabeth.&lt;br /&gt;
Za nami zatrzasnęła się brama.&lt;br /&gt;
- O-okej - wymamrotałem. - Chyba spędzimy tu chwilkę.&lt;br /&gt;
Z drugiego końca korytarza dobiegały dźwięki muzyki. Najwyraźniej tanecznej.&lt;br /&gt;
Schowaliśmy nasze plecaki z piżamami za fi larem i ruszyliśmy przed siebie. Nie zaszliśmy daleko, kiedy usłyszeliśmy kroki na kamiennej posadzce i przed nami pojawili się kobieta i mężczyzna.&lt;br /&gt;
Oboje mieli krótko obcięte szpakowate włosy i nosili czarne wojskowe mundury z czerwonymi lampasami. Kobieta miała lekki wąsik, a mężczyzna był gładko ogolony, co wydało mi się trochę dziwacznym przestawieniem.&lt;br /&gt;
- No, no - odezwała się kobieta. - Co wy tu robicie?&lt;br /&gt;
- Eee… - Uświadomiłem sobie, że nie byliśmy przygotowani na taką sytuację. Skupiłem się tylko na tym, żeby odnaleźć Grovera i dowiedzieć się, co jest nie tak, i zupełnie nie przyszło mi do głowy, że trójka dzieciaków zakradających się po nocy do szkoły może wydać się komuś podejrzana. W samochodzie nie zastanawialiśmy się nad tym, jak dostaniemy się do środka. - My, proszę pani, tylko...&lt;br /&gt;
- Ha! - krzyknął mężczyzna tak nagle, że aż podskoczyłem.&lt;br /&gt;
- Goście nie mają wstępu na bal! Zostaniecie wyyyrzuceniii!&lt;br /&gt;
Chyba był cudzoziemcem, wszystko wymawiał jakby z francuska - akcentował wyrazy na ostatnią sylabę. Był wysoki i miał ptasią twarz. Kiedy mówił, falowały mu nozdrza, więc trudno było się na niego nie gapić, a oczy miał w dwóch różnych kolorach: jedno brązowe, drugie niebieskie, jak jakiś kot dachowiec.&lt;br /&gt;
Byłem przekonany, że zaraz wyrzuci nas na śnieg, ale w tej samej chwili Thalia zrobiła krok do przodu i wykonała dziwaczny gest.&lt;br /&gt;
Konkretnie pstryknęła palcami. Ostro i głośno. Może mi się tylko wydawało, ale miałem wrażenie, że z jej dłoni wystrzelił powiew wiatru, omiatając pomieszczenie. Przemknął między nami wszystkimi, aż wiszące na ścianie sztandary załopotały.&lt;br /&gt;
- Ależ my nie jesteśmy gośćmi, proszę pana - powiedziała.&lt;br /&gt;
- My tu chodzimy do szkoły. Przecież pan nas zna: ja jestem Thalia, a to są Annabeth i Percy. Jesteśmy w ósmej klasie. &lt;br /&gt;
Nauczyciel zmrużył dwukolorowe oczy. Nie miałem pojęcia, co Thalia knuje. Teraz zapewne zostaniemy dodatkowo ukarani za kłamstwo i dopiero wtedy wyrzuceni na śnieg. Ale mężczyzna najwyraźniej się zawahał.&lt;br /&gt;
Spojrzał na swoją koleżankę.&lt;br /&gt;
- Panno Utschniack, czy zna pani tych urhwisów?&lt;br /&gt;
Pomimo niebezpieczeństwa ledwie powstrzymałem się od śmiechu. Nauczycielka o nazwisku Uczniak? On chyba żartował.&lt;br /&gt;
Kobieta zamrugała oczami, jakby ktoś właśnie wyrwał ją z transu.&lt;br /&gt;
- No… tak. Tak mi się wydaje. - Zmrużyła oczy, przyglądając się nam. - Annabeth. Thalia. Percy. Czemu nie jesteście w sali gimnastycznej?&lt;br /&gt;
Zanim zdążyliśmy odpowiedzieć, usłyszałem kolejne kroki i na horyzoncie pojawił się zadyszany Grover.&lt;br /&gt;
- Jesteście! Udało się wam...&lt;br /&gt;
Zatrzymał się jak wryty na widok nauczycieli.&lt;br /&gt;
- Och, pani Utschniack... Panie Cierniak! Ja tylko...&lt;br /&gt;
- O co chodzi, panie Underhwood? - przerwał mu mężczyzna.&lt;br /&gt;
Po tonie jego głosu można było poznać, że nie znosi Grovera. - Co pan rhozumie przez: udało im się? Przecież ci uczniowie tu mieszkają.&lt;br /&gt;
Grover przełknął ślinę.&lt;br /&gt;
- Tak, proszę pana. Oczywiście, panie Cierniak. Chodziło mi o to, że się cieszę, że udał im się poncz na tańce! Jest wspaniały! To oni go zrobili!&lt;br /&gt;
Pan Cierniak rzucił nam wściekłe spojrzenie. Uznałem, że jedno z jego oczu musi być sztuczne. Brązowe? Niebieskie? Wyglądał tak, jakby miał ochotę zrzucić nas z najwyższej wieży zamku, ale w tej chwili pani Utschniack odezwała się rozmarzonym tonem:&lt;br /&gt;
- O tak, poncz jest wyśmienity. A teraz jazda, wszyscy! Macie więcej nie opuszczać sali gimnastycznej!&lt;br /&gt;
Nie czekaliśmy, aż powie to dwa razy. Pobiegliśmy przed siebie, rzucając po drodze kilka &amp;quot;tak, psze pani&amp;quot; i &amp;quot;tak, panie psorze&amp;quot; i salutując na wiwat, po prostu dlatego że wydało nam się to właściwe.&lt;br /&gt;
Grover poprowadził nas korytarzem w kierunku, z którego dobiegała muzyka.&lt;br /&gt;
Czułem na plecach wzrok nauczycieli, ale podszedłem blisko do Thalii i zapytałem szeptem:&lt;br /&gt;
- Co to była za sztuczka z pstrykaniem palcami?&lt;br /&gt;
- Masz na myśli Mgłę? Chejron jeszcze cię tego nie nauczył?&lt;br /&gt;
Poczułem nieprzyjemne ściśnięcie w gardle. Chejron był naszym głównym nauczycielem w obozie, ale nigdy mi nic takiego nie pokazał. Dlaczego Thalii tak, a mnie nie?&lt;br /&gt;
Grover skierował się ku szklanym drzwiom z napisem WF. Jakoś udało mi się to odcyfrować pomimo dysleksji.&lt;br /&gt;
- O mały włos! - powiedział Grover. - Bogom niech będą dzięki, żeście się tu dostali!&lt;br /&gt;
Annabeth i Thalia uściskały go. Ja przybiłem z nim piątkę. Miło było widzieć go po tylu miesiącach. Urósł nieco i miał już trochę gęstszy zarost, ale poza tym wyglądał tak samo jak zawsze, kiedy udaje człowieka - czerwona czapeczka na kędzierzawych brązowych włosach, ukrywająca kozie różki, workowate dżinsy i sportowe buty ze sztucznymi stopami dla zamaskowania włochatych nóg i kopyt. Poza tym miał na sobie czarny podkoszulek z napisem, którego odczytanie sprawiło mi niejaki kłopot. Było tam napisane WESTOVER HALL: JESTEŚ ZEREM. Nie bardzo rozumiałem, o co chodzi: czy jest to stopień Grovera, czy może po prostu dewiza szkoły.&lt;br /&gt;
- Czemu to takie ważne? - spytałem.&lt;br /&gt;
Grover wziął głęboki wdech.&lt;br /&gt;
- Znalazłem dwójkę.&lt;br /&gt;
- Dwójkę herosów? - zapytała Thalia z podziwem. - Tutaj?&lt;br /&gt;
Mój przyjaciel przytaknął.&lt;br /&gt;
Znalezienie jednego dziecka półkrwi było rzadkością. W tym roku Chejron zmobilizował wszystkich satyrów i rozesłał ich po całym kraju, żeby przeszukiwali szkoły od czwartej klasy wzwyż w nadziei znalezienia nowych rekrutów. Czasy były ciężkie. Traciliśmy obozowiczów. Potrzebowaliśmy wszystkich wojowników, jakich dało się znaleźć. Problem w tym, że na świecie nie ma aż tak wielu półbogów.&lt;br /&gt;
- Brat i siostra - powiedział Grover. - Dziesięć i dwanaście lat. Nie mam pojęcia, kim są ich rodzice, ale są potężni. Sęk w tym, że nie mamy czasu. Potrzebuję pomocy.&lt;br /&gt;
- Potwory?&lt;br /&gt;
- Jeden. - Grover był przerażony. - Ale coś podejrzewa. Jeszcze nie jest pewny, ale dziś ostatni dzień semestru. Na bank nie pozwoli im ot tak wyjechać ze szkoły, będzie chciał się upewnić. Dzisiaj może być nasza ostatnia szansa! Jak tylko się do nich zbliżam, on zawsze jest w pobliżu, blokuje mnie. Nie mam pojęcia, co robić!&lt;br /&gt;
Grover spojrzał z rozpaczą na Thalię. Usiłowałem nie brać tego do siebie - dawniej zwracał się do mnie po pomoc, ale Thalia jest ode mnie ważniejsza. Nie tylko dlatego, że jej ojcem jest Zeus. Ona jest z nas wszystkich najbardziej doświadczona w walce z potworami włóczącymi się po prawdziwym świecie.&lt;br /&gt;
- Dobra - powiedziała. - Ci herosi są na tańcach?&lt;br /&gt;
Grover przytaknął.&lt;br /&gt;
- No to chodźmy zatańczyć - oznajmiła. - A kto jest potworem?&lt;br /&gt;
- Och - odpowiedział Grover, rozglądając się z niepokojem. - Właśnie go poznaliście. To zastępca dyrektora, pan Cierniak.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
***&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W szkołach wojskowych zabawne jest to, że uczniowie zupełnie szaleją, kiedy tylko jest okazja, żeby zdjąć mundur. Podejrzewam, że to z powodu żelaznej dyscypliny przy każdej innej okazji - muszą sobie to wynagrodzić z nawiązką czy coś w tym rodzaju.&lt;br /&gt;
Po podłodze sali gimnastycznej toczyły się czarne i czerwone balony, a chłopcy tłukli się nimi nawzajem po twarzach. Inni usiłowali się wzajemnie podusić zwisającymi ze ścian serpentynami. Dziewczyny jak zwykle przechadzały się po sali w grupkach. Miały mocny makijaż, podkoszulki na wąskich ramiączkach, kolorowe spodnie i buty, które wyglądały jak narzędzia tortur. Co jakiś czas rzucały się na któregoś nieszczęsnego chłopaka niczym ławica piranii, krzycząc i chichocząc, a kiedy wreszcie zostawiały go w spokoju, biedak miał we włosach wstążki, a na twarzy szminkowe graffiti. Niektórzy ze starszych chłopaków zachowywali się mniej więcej tak jak ja - przemykali pod ścianami sali, usiłując się schować, jakby w każdej chwili groziła im walka na śmierć i życie. Oczywiście mnie naprawdę groziła…&lt;br /&gt;
- To oni. - Grover ruchem głowy wskazał dwójkę młodszych dzieciaków, które siedziały na ławkach, dyskutując zawzięcie. - Bianca i Nico di Angelo.&lt;br /&gt;
Dziewczynka miała na głowie miękką zieloną czapkę i wyglądało na to, że ukrywa twarz. Chłopiec musiał być jej młodszym braciszkiem. Oboje mieli ciemne, jedwabiste włosy i oliwkową cerę, no i gestykulowali żwawo podczas rozmowy. Chłopak przekładał w rękach jakieś karty kolekcjonerskie. Jego siostra chyba go za coś ganiła. Rozglądała się ciągle dookoła, jakby wyczuwała, że coś jest nie w porządku.&lt;br /&gt;
- Czy oni... - odezwała się Annabeth. - To znaczy, powiedziałeś im?&lt;br /&gt;
Grover pokręcił przecząco głową.&lt;br /&gt;
- Wiesz, jak to jest. To mogłoby ich narazić na większe niebezpieczeństwo. Kiedy uświadomią sobie, kim są, będzie ich łatwiej wyczuć.&lt;br /&gt;
Spojrzał na mnie, więc przytaknąłem. Nigdy nie zrozumiałem do końca, czym jest ten &amp;quot;zapach&amp;quot; herosów dla potworów i satyrów, ale wiedziałem, że ten trop może być dla nas śmiertelny. A im potężniejszym herosem się stajesz, tym bardziej pachniesz dla potwora jak obiad.&lt;br /&gt;
- No to zabierajmy ich i wiejmy stąd - powiedziałem.&lt;br /&gt;
Ruszyłem przed siebie, ale Thalia położyła mi dłoń na ramieniu. Wicedyrektor Cierniak przystanął w drzwiach położonych w pobliżu ławek, niedaleko rodzeństwa di Angelo, i kiwał w naszym kierunku głową z chłodnym wyrazem twarzy. Jego błękitne oko jakby się rozjarzyło.&lt;br /&gt;
Sądząc po jego minie, sztuczka Thalii z Mgłą nie oszukała go w najmniejszym stopniu. Podejrzewał, kim jesteśmy. Czekał tylko na to, żeby się dowiedzieć, po co się tu znaleźliśmy.&lt;br /&gt;
- Nie patrzcie na te dzieci - poleciła nam Thalia. - Musimy zaczekać na okazję, żeby je porwać. Będziemy udawać, że wcale nas nie interesują. Spróbujemy zbić go z tropu.&lt;br /&gt;
- Jak?&lt;br /&gt;
- Jesteśmy trójką potężnych herosów. Nasza obecność powinna go zmylić. Wmieszajmy się w tłum. Zachowujmy się naturalnie. Potańczmy. Ale cały czas uważajmy na te dzieci.&lt;br /&gt;
- Mamy tańczyć? - spytała Annabeth.&lt;br /&gt;
Thalia przytaknęła. Przechyliła głowę, żeby przysłuchać się muzyce, i się skrzywiła.&lt;br /&gt;
- Łeee. Kto puścił Backstreet Boys?&lt;br /&gt;
Grover zrobił urażoną minę.&lt;br /&gt;
- Ja.&lt;br /&gt;
- Na bogów, Grover, to przecież obciach. Nie mogłeś puścić jakiegoś Green Daya czy czegoś w tym rodzaju?&lt;br /&gt;
- Green-czego?&lt;br /&gt;
- Okej. Zatańczmy.&lt;br /&gt;
- Przecież ja nie umiem tańczyć!&lt;br /&gt;
- Dasz radę, jeśli ja poprowadzę - odpowiedziała Thalia. - Chodź, kozłonogu.&lt;br /&gt;
Grover jęknął, kiedy chwyciła go za rękę i poprowadziła na parkiet. Annabeth się uśmiechnęła.&lt;br /&gt;
- O co chodzi? - spytałem.&lt;br /&gt;
- O nic. Po prostu fajnie, że Thalia jest znów z nami. &lt;br /&gt;
Annabeth przerosła mnie od ostatniego lata, co trochę mnie irytowało. Dawniej nie nosiła żadnej biżuterii oprócz naszyjnika Obozu Herosów, ale teraz miała w uszach niewielkie srebrne kolczyki w kształcie sów - symbole jej matki, Ateny. Ściągnęła narciarską czapeczkę i długie jasne włosy opadły jej na ramiona. Wydawała się starsza.&lt;br /&gt;
- No... - usiłowałem wymyślić, co by tu powiedzieć.&lt;br /&gt;
Zachowujmy się naturalnie, powiedziała Thalia. Kiedy jest się herosem w czasie zadania, co u  licha może być naturalne? &lt;br /&gt;
- Udało ci się ostatnio zaprojektować jakiś fajny budynek?&lt;br /&gt;
Oczy Annabeth rozbłysły, jak zawsze kiedy była mowa o architekturze.&lt;br /&gt;
- Och, bogowie, Percy. W mojej nowej szkole mogę wybrać jako przedmiot dodatkowy projektowanie trójwymiarowe, a poza tym jest ten świetny program komputerowy...&lt;br /&gt;
Zaczęła mi opowiadać o wielkim pomniku, który chciałaby wybudować w Strefie Zero na Manhattanie. Rozgadała się na temat rozwiązań strukturalnych, fasady i takich tam, a ja starałem się słuchać. Wiedziałem, że Annabeth marzyła o tym, aby kiedyś zostać wielkim architektem - kochała matematykę i zabytkowe budowle, i tak dalej - ale średnio rozumiałem, o czym mówiła. Po prawdzie byłem nieco rozczarowany, słysząc, że tak bardzo lubi swoją nową szkołę. Po raz pierwszy uczyła się w Nowym Jorku, miałem więc nadzieję, że będziemy się częściej spotykać. Była to szkoła z internatem na Brooklynie, do której chodziły obie z Thalią, położona na tyle blisko Obozu Herosów, żeby Chejron mógł im pomóc w razie jakichś kłopotów. Ale ponieważ to była szkoła tylko dla dziewczyn, a ja chodziłem do zwykłego gimnazjum na Manhattanie, rzadko się widywaliśmy.&lt;br /&gt;
- No, super - powiedziałem. - Czyli zostajesz na resztę roku, tak?&lt;br /&gt;
Spochmurniała.&lt;br /&gt;
- Nie wiem. Może, jeśli nie...&lt;br /&gt;
- Hej! - zawołała do nas Thalia. Snuła się w rytm ckliwej balladki z Groverem, który nieustannie deptał samemu sobie po stopach, kopał Thalię w łydki i wyglądał, jakby umierał ze wstydu. Przynajmniej miał sztuczne stopy. W przeciwieństwie do mnie miał jakieś usprawiedliwienie bycia niezdarą. - Tańczcie! - rozkazała. - Wyglądacie głupio, jak tak stoicie.&lt;br /&gt;
Spojrzałem nerwowo na Annabeth, a następnie na grupki dziewcząt włóczące się po sali.&lt;br /&gt;
- Co? - spytała Annabeth.&lt;br /&gt;
- Ekhem, kogo powinienem poprosić?&lt;br /&gt;
Dała mi kuksańca pod żebro.&lt;br /&gt;
- Mnie, Glonomóżdżku.&lt;br /&gt;
- Och. No tak.&lt;br /&gt;
Weszliśmy więc na parkiet, a ja zacząłem zerkać w stronę Thalii i Grovera, żeby zobaczyć, co właściwie robią. Położyłem jedną dłoń na biodrze Annabeth, a ona chwyciła moją drugą rękę tak, jakby chciała mnie przewrócić.&lt;br /&gt;
- Nie ugryzę cię - powiedziała. - No nie, Percy. Czy w twojej szkole nie ma potańcówek?&lt;br /&gt;
Nie odpowiedziałem. Prawdę mówiąc, są. Ale ja nigdy tak naprawdę nie tańczyłem. Należę do tych chłopaków, którzy na takich imprezach pokątnie grają w kosza.&lt;br /&gt;
Przez parę minut suwaliśmy nogami po parkiecie. Usiłowałem koncentrować się na drobiazgach: serpentynach i misie z ponczem, byle tylko nie myśleć o tym, że Annabeth jest ode mnie wyższa, że pocą mi się dłonie, co musi być dość obrzydliwe, no i że wciąż depczę jej po stopach.&lt;br /&gt;
- Co takiego zaczęłaś mówić wcześniej? - spytałem. - Masz jakieś kłopoty w szkole czy coś takiego?&lt;br /&gt;
Zacisnęła usta.&lt;br /&gt;
- Nie. Chodzi o mojego tatę.&lt;br /&gt;
- Yyy? - Znałem rodzinne układy Annabeth. - Myślałem, że jakoś się wam ułożyło. Znowu kłopoty z macochą?&lt;br /&gt;
Westchnęła.&lt;br /&gt;
- Postanowił się przeprowadzić. Kiedy tylko w miarę się przyzwyczaiłam do Nowego Jorku, on musiał przyjąć tę głupią nową pracę i zająć się szukaniem materiałów do książki o I wojnie światowej. W San Francisco! &lt;br /&gt;
Powiedziała to takim tonem, jakby mówiła Równina Kar albo strój gimnastyczny Hadesa.&lt;br /&gt;
- I pewnie chciałby, żebyś się tam z nim przeprowadziła? - spytałem.&lt;br /&gt;
- Na drugi koniec kraju - powiedziała markotnie. - A poza tym herosi nie mogą mieszkać w San Francisco. Powinieneś o tym wiedzieć.&lt;br /&gt;
- Że co? Dlaczego?&lt;br /&gt;
Annabeth przewróciła oczami. Może pomyślała, że żartuję.&lt;br /&gt;
- Przecież wiesz. To jest dokładnie tam!&lt;br /&gt;
- Aha - odpowiedziałem. Nie miałem pojęcia, o czym mówiła, ale nie chciałem wyjść na głupka. - W takim razie co... Wrócisz do obozu czy jak?&lt;br /&gt;
- Sprawa jest poważniejsza, Percy. Chyba… Chyba powinnam ci coś powiedzieć.&lt;br /&gt;
Nagle zamarła.&lt;br /&gt;
- Gdzie oni są?&lt;br /&gt;
- Że co?&lt;br /&gt;
Podążyłem za jej wzrokiem. Ławki. Dwoje małych herosów, Bianca i Nico, zniknęli. Drzwi w pobliżu ławek były szeroko otwarte. Pana Cierniaka też nigdzie nie było widać.&lt;br /&gt;
- Musimy zawiadomić Thalię i Grovera! - Annabeth zaczęła się nerwowo rozglądać. - Gdzież ich poniosło? Chodź!&lt;br /&gt;
Szybkim krokiem ruszyła w tłum. Chciałem iść za nią, ale otoczyła mnie grupka dziewczyn. Udało mi się wymanewrować tak, że uniknąłem wstążek i szminki, jednak kiedy się uwolniłem, Annabeth zniknęła. Zatoczyłem pełne koło, usiłując znaleźć ją, Thalię lub Grovera. Zamiast któregoś z nich dostrzegłem widok, który zmroził mi krew. Jakieś piętnaście metrów ode mnie na podłodze sali gimnastycznej leżała miękka zielona czapeczka, taka sama, jaką miała na głowie Bianca di Angelo. Obok zobaczyłem rozsypane karty kolekcjonerskie. W tej samej chwili mignął mi przed oczami pan Cierniak. Wychodził pospiesznie przez przeciwległe drzwi sali gimnastycznej i prowadził rodzeństwo di Angelo, trzymając je za karki jak kocięta. Nadal nie zlokalizowałem Annabeth, ale wiedziałem, że musi być po przeciwnej stronie sali, szukając Thalii i Grovera. Miałem już biec za nią, kiedy przyszło mi coś do głowy. &lt;br /&gt;
Moment.&lt;br /&gt;
Przypomniało mi się to, co powiedziała mi jeszcze na korytarzu Thalia. Patrzyła na mnie ze zdumieniem, kiedy zapytałem ją o tę sztuczkę z pstrykaniem palcami. Chejron jeszcze cię tego nie nauczył? Pomyślałem o tym, jak Grover zwrócił się do niej w nadziei, że wymyśli coś, co nas uratuje. &lt;br /&gt;
Nie żebym nie lubił Thalii. Ona jest spoko. To nie jej wina, że jej ojcem jest Zeus i dlatego wszyscy jej nadskakują... Ale przecież nie muszę do niej biegać z każdym problemem. Poza tym nie było czasu. Rodzeństwo di Angelo znalazło się w tarapatach. Zanim znajdę moich przyjaciół, oni mogą zniknąć. &lt;br /&gt;
Znam dobrze potwory. Dam sobie radę sam.&lt;br /&gt;
Wyciągnąłem Orkana z kieszeni i ruszyłem biegiem za panem Cierniakiem.&lt;br /&gt;
Drzwi prowadziły na ciemny korytarz. Usłyszałem przed sobą szuranie, a następnie pełen bólu jęk. Odetkałem Orkana. &lt;br /&gt;
Długopis rósł w mojej dłoni i w końcu trzymałem długi na ponad pół metra spiżowy grecki miecz z oprawną w skórę rękojeścią. Ostrze zajaśniało słabo, rzucając złote światło na rzędy szafek.&lt;br /&gt;
Pobiegłem korytarzem, ale kiedy dotarłem na jego drugi koniec, nikogo tam nie było. Otwarłem drzwi i znalazłem się z powrotem w holu wejściowym. Byłem kompletnie skołowany.&lt;br /&gt;
Nigdzie nie widziałem pana Cierniaka, ale po drugiej stronie holu dostrzegłem dzieciaki di Angelo. Stały bez ruchu, zdrętwiałe z przerażenia, i wpatrywały się prosto we mnie.&lt;br /&gt;
Podchodziłem powoli, opuszczając czubek miecza.&lt;br /&gt;
- Nie bójcie się. Nie skrzywdzę was.&lt;br /&gt;
Nie odpowiedzieli. Ich oczy były pełne lęku. O co tu chodziło? I gdzie był pan Cierniak? Może wyczuł obecność Orkana i się wycofał? Potwory nienawidzą broni wykonanej z niebiańskiego spiżu.&lt;br /&gt;
- Mam na imię Percy - powiedziałem, usiłując zachować spokój. - Zabiorę was stąd w jakieś bezpieczne miejsce. &lt;br /&gt;
Bianca otworzyła szeroko oczy. Zacisnęła pięści. Za późno się zorientowałem, co oznacza jej spojrzenie. Ona się mnie nie bała. Chciała mnie ostrzec.&lt;br /&gt;
Obróciłem się natychmiast i w tym samym momencie coś przeleciało ze ŚWISSSTEM obok mnie. Poczułem ostry ból w barku. Jakaś siła jak ogromna dłoń uderzyła mnie i popchnęła w tył, rzucając mną o ścianę. Ciąłem mieczem, ale nie bardzo było w co celować. W holu rozległ się echem lodowaty śmiech.&lt;br /&gt;
- Tak, Perrrhseuszuuu Jacksonieee - odezwał się pan Cierniak, znów akcentując ostatnie sylaby. - Wiem, kim jesteeeś. &lt;br /&gt;
Usiłowałem uwolnić ramię. Kurtkę i koszulę miałem przygwożdżone do ściany jakimś ostrzem - czymś, co wyglądało jak czarny latający sztylet długi na prawie trzydzieści centymetrów. Ostrze przecięło ubranie i drasnęło mnie w ramię; rana piekła. Kiedyś już coś podobnego czułem. Trucizna.&lt;br /&gt;
Zmusiłem się do koncentracji. Nie zemdleję.&lt;br /&gt;
W tej samej chwili zbliżyła się ku nam ciemna sylwetka.&lt;br /&gt;
Pan Cierniak wyszedł w przyćmione światło. Nadal miał ludzki wygląd, ale jego twarz stała się upiorna. Miał idealnie białe zęby, a w brązowo-niebieskich oczach odbijała się poświata mojego miecza.&lt;br /&gt;
- Dziękuję, że wyszedłeś z sali gimnastycznej - powiedział. - Nienawidzę gimnazjalnych potańcówek.&lt;br /&gt;
Ponownie zamachnąłem się mieczem, ale on pozostawał minimalnie poza moim zasięgiem. ŚWISSST! Zza pleców pana Cierniaka wystrzelił drugi pocisk. Nauczyciel nawet się nie poruszył. Było to tak, jakby za nim czaił się ktoś niewidzialny i miotał nożami. Stojąca tuż koło mnie Bianca krzyknęła. Drugi cierń wbił się w kamienną ścianę dwa centymetry od jej twarzy.&lt;br /&gt;
- Cała trhójka pójdzie ze mną - zakomenderował pan Cierniak. - Powoli. Posłusznie. Najmniejszy hałas, prhóba wołania o pomoc albo walki, a przekonacie się na własnej skórze, jak celnie potrhafię rzucaaać.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
========================&lt;br /&gt;
Powieść ukaże się 10. marca 2010 r. nakładem wydawnictwa Galeria Książki S.C.</description>
 <comments>http://pozytywy.com/artykuly/15096-rick-riordan-klatwa-tytana-fragment-powiesci#comments</comments>
 <category domain="http://pozytywy.com/taxonomy/term/79">Książki</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/fantastyka">fantastyka</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/fantasy">fantasy</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/klatwa-tytana">Klątwa Tytana</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/literatura-dla-mlodziezy">literatura dla młodzieży</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/percy-jackson">Percy Jackson</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/rick-riordan">Rick Riordan</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/kategorie/czytelnia">Czytelnia</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/kategorie/ksiazka">Książka</category>
 <enclosure url="http://pozytywy.com/image/view/15095/preview" length="42094" type="image/jpeg" />
 <pubDate>Tue, 09 Mar 2010 14:45:20 +0100</pubDate>
 <dc:creator>mw</dc:creator>
 <guid isPermaLink="false">15096 at http://pozytywy.com</guid>
</item>
<item>
 <title>Magda Parus: Wilcze dziedzictwo: ukryte cele - fragment powieści</title>
 <link>http://pozytywy.com/artykuly/14878-magda-parus-wilcze-dziedzictwo-ukryte-cele-fragment-powiesci</link>
 <description>&lt;strong&gt;Oto świat mroku, którym rządzą surowe zasady. Świat podzielony pomiędzy wilkołaki i ich bezlitosnych zabójców. Ukryty w głębi gór i niedostępnych lasów. Sięgający po naszą przyszłość. To świat powieści Magdy Parus &lt;em&gt;Wilcze dziedzictwo&lt;/em&gt; wydanej 24. lutego nakładem Agencji Wydawniczej RUNA.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Rozdział 1&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;/strong&gt;- Emily.&lt;br /&gt;
Dziewczynka obejrzała się, zaskoczona. Przez moment miała wyraz twarzy osoby przyłapanej na niedozwolonym zajęciu, zaraz wszakże uśmiechnęła się pogodnie i wstała, odkładając na bok książkę. Orianie mignęła okładka, zbyt kolorowa jak na podręcznik matematyki, który zresztą zauważyła w tym momencie na ogrodowej ławce.&lt;br /&gt;
Emily wyszła na dziedziniec, żeby w ramach porannych lekcji przygotować się do popołudniowego testu z matematyki, a tymczasem czytała kryminał. Oriana powstrzymała się od komentarza. Jej podopieczna umiała przekonująco argumentować, okazałoby się więc zapewne, że kryminał stanowi jedynie krótki przerywnik w nauce, dzięki któremu przyswajanie wiedzy idzie małej znacznie sprawniej, względnie, że dziewczynka opanowała już cały materiał. Jeśli wynik testu będzie rozczarowujący, Oriana poruszy kwestię relacji obowiązek-przyjemność. Na razie zdecydowała się na inny rodzaj reprymendy.&lt;br /&gt;
- Chodzę cicho, ale nie bezszelestnie - powiedziała chłodno. - Powinnaś zawsze nasłuchiwać odgłosów płynących z otoczenia, bez względu na to, jak absorbującą czynność akurat wykonujesz.&lt;br /&gt;
- Przepraszam, mistrzyni. - Emily pokornie spuściła głowę. - Będę nad tym pracować.&lt;br /&gt;
Oriana leciuteńko zmrużyła oczy. Niekiedy irytowała ją przesadna grzeczność małej, tak ugładzona, że aż sztuczna.&lt;br /&gt;
- Mistrz Lars odwołał dzisiejsze zajęcia - poinformowała podopieczną Oriana. - Prosił, żebym go zastąpiła, zrobimy więc sobie lekcję historii.&lt;br /&gt;
- Społeczności? - upewniła się Emily.&lt;br /&gt;
Przez chwilę Oriana chciała zaprzeczyć, dla czystej satysfakcji sprawienia małej kolejnego zawodu - pierwszym była wiadomość o odwołaniu zajęć z Larsem. Nie lubiła tego dziecka, ale przecież Emily nie ponosiła winy za ów stan rzeczy. Oriana nie znosiłaby każdego dziecka, jakie powierzono by jej opiece.&lt;br /&gt;
- Tak - powiedziała, siadając na ławce. Rzeczywiście zaplanowała lekcję z historii społeczności. Wskazała dziewczynce miejsce obok siebie. - Gotowa? Skończyłyśmy na Anthonym. Przekonajmy się, ile zapamiętałaś.&lt;br /&gt;
Emily zmarszczyła w skupieniu czoło i zaczęła recytować życiorys najsłynniejszego lidera europejskiej społeczności. Nie dysponowała żadnymi materiałami, jako że wiedzy na temat społeczności nie wolno zapisywać na papierze, choćby takie notatki miały posłużyć jedynie utrwaleniu wiadomości, by zaraz potem ulec zniszczeniu.&lt;br /&gt;
Zdaniem Oriany Anthony nie był szczególnie wybitną postacią, a jedynie objął stanowisko lidera w wyjątkowym czasie. Wykazał się, integrując europejską społeczność w zawierusze II wojny światowej, a rok po jej zakończeniu zginął od wybuchu niewypału, pozostawiając trudną i nudną robotę organizacyjną swoim następcom, których imiona mało kto teraz pamiętał. Jednakże młodym świadomym podawano Anthony’ego za wzór, Oriana zaś nie widziała powodu, żeby przedstawiać dziewczynce wersję odmienną od oficjalnej.&lt;br /&gt;
- On naprawdę zginął od bomby? - zapytała Emily, gdy dotarła do finalnego punktu życiorysu wielkiego lidera. - No bo w trakcie wojny, to rozumiem, ale rok po nastaniu pokoju...&lt;br /&gt;
Oriana przyjrzała się małej spod oka. Niekiedy dziewczynka wykazywała się szokującą przenikliwością. Chociaż może zadała pytanie ze zwykłej ciekawości, nie sugerując bynajmniej, że to kapłani usunęli Anthony’ego, ujrzawszy w nim zagrożenie dla swoich wpływów w społeczności. Prawdę mówiąc, nawet zapoczątkowane przezeń dzieło nie do końca było pożądane. Podległe kapłanom służby funkcjonowały od wieków sprawnie, na ponadnarodową skalę, a manipulowanie szarymi członkami społeczności przebiegało łatwiej, kiedy czuli się oni zagubieni w ludzkim świecie. Anthony tchnął w nich wiarę w siebie. Zarazem jednak owych zmian nie dało się uniknąć. Gdyby było inaczej, kapłani by do nich nie dopuścili, zabijając lidera, zanimby cokolwiek zdziałał. Rozumieli jednak, że przeobrażenia są nieuniknione i nie ma znaczenia to, kto ich dokona.&lt;br /&gt;
- Niekiedy ktoś latami walczy, pokonuje największe trudności, wychodzi cało z najgroźniejszych opresji, a miesiąc po wycofaniu się do spokojnego życia ginie w banalny sposób - odparła neutralnie Oriana. - Być może Anthony odszedł we właściwej chwili. Dokonał wielkich rzeczy, ale gdyby w kolejnych latach wypalił się i nie poradził sobie z pojawiającymi się problemami, nie zostałby zapamiętany jako najwybitniejszy lider w historii europejskiej społeczności.&lt;br /&gt;
- Czy przeciętny Pierwszy Kapłan nie dokonuje na co dzień donioślejszych czynów? - dociekała z powątpiewaniem Emily.&lt;br /&gt;
- Zapominasz, że o kapłanach wiedzą nieliczni - odparła Oriana, przekonana, że dziewczynka doskonale pamięta o tym fakcie. Emily zwyczajnie nie mieściło się w głowie, że ktoś może nie pożądać sławy czy choćby uznania ogółu. - Ty stanowisz bardzo szczególny przypadek, dlatego uczysz się naszej historii w innym trybie niż twoi rówieśnicy. Nawet dzieci kształcone na przyszłych kapłanów w tym wieku nie poznają jeszcze rzeczywistej struktury organizacji. Jeśli bowiem ostatecznie okażą się nie dość utalentowane, żeby dostąpić wtajemniczenia, przesuwa się je do wyspecjalizowanych służb, których szeregowi pracownicy nie wiedzą, komu naprawdę podlegają.&lt;br /&gt;
- Co to za przyjemność sprawować władzę, kiedy prawie nikt nie wie, że rządzicie?&lt;br /&gt;
Przyjemność. To dziecko używało dziwnych sformułowań. Z drugiej strony, skąd Oriana miała wiedzieć, jak zapatrują się na władzę jedena... no, już prawie dwunastolatki? Emily marzyła o rządzeniu światem, rojąc sobie zapewne, że sprowadza się ono do siedzenia na tronie i uśmiechania się wyrozumiale do poddanych. Była wyjątkowa, wierzyła, że kiedyś społeczność legnie u jej stóp, a nie dostrzegała jeszcze ogromu związanej z władzą odpowiedzialności.&lt;br /&gt;
Wizje dziewczynki dotyczyły wszakże odległej przyszłości, na razie zaś czekało ją ważne zadanie. A tymczasem Colin przebywał Bóg wie gdzie, porzuciwszy poszukiwania siostry na rzecz innych zainteresowań. Jeśli wkrótce go nie namierzą, misterny, realizowany przez lata plan Larsa może zakończyć się porażką. Oriana powątpiewała, czy zostawianie chłopakowi swobody było trafnym posunięciem. Ale wówczas i tak nikt nie pytał jej o zdanie. W zasadzie w tej kwestii niewiele się zmieniło. Wszystkie decyzje podejmował Lars.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
***&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na dworze rozległ się pisk opon hamującego gwałtownie samochodu. Colin podszedł do zamkniętego okna i zerknął przez nie z kwaśną miną. Tak jak podejrzewał, kolejny kierowca w ostatniej chwili stwierdził, że jednak nie zdąży przejechać przed pieszym na pasach. Cholerne miasto. W tym wszechobecnym, nieustającym nawet nocą hałasie nie sposób było odzyskać spokój ducha, ale Tin nie chciała słyszeć o wyjeździe na łono natury. Twierdziła, że tutaj czuje się świetnie.&lt;br /&gt;
Colin zacisnął pięści, starając się zdusić narastający w nim gniew. Jemu z pewnością nie służyła ta przeklęta Warszawa. Opór Tin wydawał mu się wyjątkowo głupi i szkodliwy, ilekroć jednak próbował na nią naciskać, choćby delikatnie, okazywało się, że jej nie rozumie, nie szanuje jej upodobań i - ogólnie - osobnik pokroju Colina nie zasługuje na taką dziewczynę. Nie mówiła tego, oczywiście, nie wyczytał też niczego z jej myśli, ale wystarczały mu jej sugestywne spojrzenia.&lt;br /&gt;
Kroki na klatce schodowej. Colin z niechęcią zmarszczył brwi: nie lubił przebywać w mieszkaniu sam na sam z Matem, ale gdyby teraz oznajmił, że wychodzi, wyglądałoby to na ucieczkę. Laski gdzieś wywędrowały, na zakupy albo do kina - nie spytał, bo na pewno nie powstrzymałby się od komentarza. Tin potrzebowała swobodnego biegu w zalanym blaskiem księżyca lesie, a nie cholernych miejskich rozrywek!&lt;br /&gt;
Mat wyszedł razem z Carol i Tin, dlatego Colin sądził, że chłopak im towarzyszy. A teraz spotkała go niemiła niespodzianka.&lt;br /&gt;
W zamku zgrzytnął klucz.&lt;br /&gt;
- O, jesteś - powiedział Mat. On także nie ucieszył się na widok Colina.&lt;br /&gt;
- Gdzie zostawiłeś dziewczyny?&lt;br /&gt;
- Poradzą sobie beze mnie.&lt;br /&gt;
Mat nieco zbyt gwałtownie zdjął kurtkę i cisnął ją na szafkę w przedpokoju, jakby zabawa z wieszakiem chwilowo go przerastała. Przeszedł do kuchni, zważył w ręku czajnik elektryczny, postawił go z powrotem na podstawce i włączył.&lt;br /&gt;
Colin obserwował brata, oparty o ościeżnicę swojej kanciapki. Wynajmowali coś, co tutaj nazywano mieszkaniem trzypokojowym, choć zdaniem Colina tylko jedno pomieszczenie - to zajmowane przez dziewczyny - od biedy dałoby się nazwać pokojem. Pozostałe dwa zasługiwały raczej na miano komórek. Zestaw uzupełniały: mikroskopijna łazienka z toaletą, ciasna kuchnia i mroczny przedpokoik.&lt;br /&gt;
- Gdzie je zostawiłeś? - powtórzył Colin, głównie dlatego, żeby gówniarz nie zbywał go jak byle pętaka.&lt;br /&gt;
- Rozstaliśmy się pod drzwiami kawiarni, okej? - burknął Mat. - Rano. Mówię ci, świetnie sobie radzą we dwie. Nie musimy ich niańczyć, więc zajmijmy się wreszcie poszukiwaniami, zamiast tkwić tu bezczynnie.&lt;br /&gt;
Nie po raz pierwszy chłopak sugerował, że tracą w Polsce cenny czas, lecz nigdy dotąd nie wyraził tej myśli tak otwarcie. I z taką pasją. Colin przyjrzał się bratu spode łba. Szczeniak coś wykombinował, przy czym właśnie zaczynał wątpić w słuszność swej decyzji. Jeśli zaś nawet Mat dostrzegał, że postąpił głupio...&lt;br /&gt;
- Nie ustaliliśmy przypadkiem, że poszukiwaniami zajmę się sam? - zapytał cicho Colin. Oczy mu się przebarwiły.&lt;br /&gt;
Mat cofnął się o krok, w głąb kuchni. Drgnął, kiedy pstryknął czajnik, sygnalizując koniec gotowania.&lt;br /&gt;
- Teraz robisz to celowo - powiedział chłopak tonem, który miał chyba wyrażać pewność siebie. - Przecież widzę. Wtedy... wtedy wyglądałeś inaczej, jakbyś faktycznie zamierzał mnie zaatakować.&lt;br /&gt;
Szczyl miał rację, Colin w tej chwili kontrolował barwę oczu - po prostu podobał mu się efekt, jaki wywierało na bracie wilcze spojrzenie. Jednakże nawet gdyby jego oczy stały się bursztynowe pod wpływem wściekłości, sporo by go dzieliło od tamtej ślepej furii na autostradzie. Zamierzał zaatakować, cóż za niedomówienie! Rozszarpałby Mata, gdyby ten choć kilkadziesiąt sekund dłużej ociągał się z opuszczeniem samochodu.&lt;br /&gt;
Dziś Colin nie rozumiał, jak mógł do tego stopnia stracić panowanie na sobą, by realnie zagrażać bratu. Z drugiej strony, zdawał sobie sprawę, że tamta furia w nim drzemie, tuż pod powierzchnią codziennego spokoju, na którego osiągnięcie pracował ciężko w minionych tygodniach.&lt;br /&gt;
Pracował nad sobą tylko ze względu na Tin. Tin smutną i wyciszoną, w której obecności każdy jego wybuch wypadał wręcz karykaturalnie. Zarazem nic tak nie doprowadzało Colina do szału jak ten jej ponury spokój, milczące cierpienie, zupełnie, psiakrew, bezpodstawne. Wychodził, uciekał od niej i włóczył się po mieście, gdzie przecież próżno było szukać ukojenia dla nerwów - a jednak zdołał odzyskać samokontrolę. Zgoda, do pełnego opanowania wiele jeszcze Colinowi brakowało, niemniej sam czuł się zaskoczony poczynionymi postępami.&lt;br /&gt;
Nie wykluczał jednak, że gdyby nagle przyszło mu spędzić dwadzieścia cztery godziny w towarzystwie brata, całą jego pracę nad sobą trafiłby szlag. W minionych tygodniach w miarę możliwości unikali się nawzajem; Colin nie spodziewał się, że chłopak okaże się tak tępy, by ponownie wyskakiwać z propozycją wspólnej wyprawy w poszukiwaniu Emily.&lt;br /&gt;
- Dobrze wiesz, że współpraca nam się nie ułoży - powiedział Colin, przywracając oczom normalną barwę. Żeby znowu nie było, że to on wszczyna spory. - Przestań naciskać.&lt;br /&gt;
- Nasza współpraca nie musi polegać na tym, że staniemy się nierozłączni. - Mat z wahaniem wyjął kubek z szafki. - Chcesz kawy?&lt;br /&gt;
Colin potrząsnął głową: nie chce żadnej cholernej kawy i niech gówniarz nie zmienia tematu.&lt;br /&gt;
- Podzielmy się zadaniami - podjął chłopak. - Ale zacznijmy wreszcie coś robić.&lt;br /&gt;
- Na przykład co? - rzucił wyzywająco Colin.&lt;br /&gt;
Był pewien, że Mat zna odpowiedź. Poruszył temat Emily w jednym celu: żeby zakomunikować Colinowi, co wymyślił. Tyle że najwyraźniej opuściła go odwaga. Zamiast odpowiedzieć na pytanie, zajął się starannym odmierzaniem wsypywanej do kubka rozpuszczalnej kawy.&lt;br /&gt;
- Planowałem objazd różnych miejsc kultu w nadziei na podpowiedź przeczucia - odezwał się znów Colin. - Tylko że to Tin miała słuchać głosu przeczucia, a ona... sam widzisz. Sądziłem, że szybciej się otrząśnie. Bez jej pomocy miotałbym się bez sensu z miejsca na miejsce.&lt;br /&gt;
- Skąd wiesz? - zaatakował Mat. - Może byś się natknął na jakąś wskazówkę, kogoś zobaczył lub zwęszył? Albo twoje własne przeczucie by ci coś podsunęło? No bo wyjaśnij mi, czemu ono milczy, skoro wyzwoliłeś się spod wpływu Udona? Co? Może zwyczajnie nie chcesz, żeby przemówiło! Siedząc w Warszawie, nie osiągniesz absolutnie nic. Gdybyś ruszył tyłek, miałbyś choć ułamek procenta szansy!&lt;br /&gt;
- Skończyłeś? - Colin postąpił krok w jego stronę, znów pozwalając oczom zmienić barwę.&lt;br /&gt;
Mat sięgnął za plecy, po czym wymierzył w Colina z leciwego rewolweru.&lt;br /&gt;
- Chodziłeś z bronią po mieście? - zapytał wolno Colin, wpatrzony w wylot lufy.&lt;br /&gt;
- To Antoine’a.&lt;br /&gt;
- Domyślam się. Nie o to pytałem.&lt;br /&gt;
Tak, Colin nie wątpił, że rewolwer należał do Antoine’a, jak również, że był załadowany srebrnymi kulami. Smarkacz naprawdę strzeliłby do niego srebrem?&lt;br /&gt;
- Nie pozwolę, żebyś mi groził - rzucił Mat, niby buńczucznie, jednakże trzymająca broń ręka wyraźnie mu drżała. Założył, że w razie potrzeby postrzeli brata w bark lub udo, ale w stanie takiego podenerwowania równie dobrze mógł trafić w ścianę, jak i w serce Colina. - Zrób jeszcze krok...&lt;br /&gt;
- Spalisz nam kryjówkę.&lt;br /&gt;
- Co z tego? Przecież zależy ci na tym, żeby się stąd wynieść.&lt;br /&gt;
Cholera. Colin przyglądał się bratu. Chłopak chyba nie do końca przemyślał, co zamierza osiągnąć, wyciągając broń, teraz zaś, kiedy już ją trzymał, nabierał przekonania, że powinien jej użyć, jeśli pragnie z tej sytuacji wyjść z twarzą. I w jednym kawałku.&lt;br /&gt;
Co dalej? Colin zdołałby doskoczyć do Mata, unikając postrzału, nie zapobiegłby jednak pociągnięciu za spust. Owszem, chciał, żeby się wynieśli z Warszawy, ale niekoniecznie z wielkim hukiem.&lt;br /&gt;
- Napisałem do Bensona - powiedział Mat.&lt;br /&gt;
Gdyby strzelił, szok Colina byłby niewiele mniejszy.&lt;br /&gt;
- Nie podałem adresu - dorzucił natychmiast Mat. - Wyznaczyłem mu spotkanie na Dworcu Głównym.&lt;br /&gt;
Ale podał Bensonowi nazwę miasta. Gówniarz wyjawił agentowi, gdzie ukrywa się Tin! Colinowi wyrosły pazury, a Mat oczywiście to zauważył. Dłoń z rewolwerem zaczęła mu jeszcze bardziej drżeć, więc podparł ją drugą ręką.&lt;br /&gt;
- Cofnij się, Colin - powiedział z desperacją. - Proszę cię. Posłuchaj... - ciągnął, mimo że Colin nie zastosował się do jego polecenia. - Jeśli to on zabił Paula i pozostałych, chcę, żebyś go wykończył, rozumiesz? A jeśli przypadkiem... jeśli przypadkiem gra po naszej stronie, może udzieli nam cennej wskazówki.&lt;br /&gt;
- Powinieneś był najpierw zapytać mnie o zdanie - wycedził Colin.&lt;br /&gt;
Furia. Dawna towarzyszka, którą Colin powitał wręcz z lubością. Gdyby wtedy na autostradzie rozszarpał gówniarza, Tin nic by w tej chwili nie groziło.&lt;br /&gt;
- Dałem ci miesiąc - bronił się Mat. - Równo miesiąc. Rzucałem aluzje. Czekałem, żebyś zaczął działać, wysunął jakąkolwiek koncepcję. Miałeś szansę. Odrzuciłbyś ten pomysł tylko dlatego, że to ja na niego wpadłem. Sorry, ale lepszy nie przyszedł mi do głowy. Przynajmniej wreszcie coś zrobisz.&lt;br /&gt;
O tak, Colin zaraz coś zrobi. Matowi. Mierzył chłopaka wzrokiem. Gówniarz chyba jednak nie potrafiłby strzelić, ani do Colina, ani do nikogo innego. Czyżby dlatego sięgnął po broń, żeby dowieść samemu sobie, że jednak potrafi? I właśnie przekonywał się, że nie ma dość siły...&lt;br /&gt;
Niekiedy Mat zachowywał się tak, jakby wolał, żeby przed miesiącem wypadki potoczyły się nieco inaczej - żeby Carol odrobinę ucierpiała, pozwalając mu wejść w rolę troskliwego opiekuna. Albo przynajmniej doznała psychicznego wstrząsu, jak Tin. Tymczasem Carol świetnie sobie poradziła bez pomocy swego mężczyzny i w dodatku ani przez chwilę nie sprawiała wrażenia poruszonej zajściem.&lt;br /&gt;
Cóż, Colin także życzyłby sobie innego przebiegu zdarzeń. Marzyło mu się, by Tin okazała się bardziej samodzielna i bezwzględna, dzięki czemu on mógłby poświęcić się poszukiwaniom siostry spokojny, że w razie potrzeby jego dziewczyna obroni się sama. Cholera.&lt;br /&gt;
- Colin, stało się - powiedział Mat, teraz niemal błagalnie.&lt;br /&gt;
W korytarzu za drzwiami znów rozbrzmiały kroki. Co za idealne wyczucie czasu! Czyżby Tin zachowała swe zdolności, a jedynie przed nim odgrywała biedną, zranioną istotkę...? Colin przymknął powieki. W tej chwili byle drobiazg wystarczył, żeby sprowokować go do zaatakowania Mata, a przy Tin nie mógł sobie pozwolić na podobny wyskok.&lt;br /&gt;
- Dziewczyny wracają - rzucił na kilka sekund przed zgrzytnięciem w zamku klucza, po czym szybko wycofał się do swojej klitki, zamykając za sobą drzwi.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
***&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Colin oparł się dłońmi o parapet. Słyszał wymianę zdań między Matem a Carol, banalne słowa powitania. Chłopak najwyraźniej zdążył schować rewolwer, ale z jego głosu przebijało zdenerwowanie, tak że Tin niewątpliwie zorientowała się, że coś nie gra. Nie skomentowała tego jednak. Normalka, ostatnimi czasy milczenie stało się jej podstawowym zajęciem.&lt;br /&gt;
 Ponoć rozmawiała z Carol - ta ostatnia coś takiego sugerowała, niemniej Colina nie spotkał zaszczyt przysłuchiwania się takim pogaduszkom. No i jak właściwie Carol definiowała rozmowę? Wystarczyły dwa zdania na godzinę?&lt;br /&gt;
Do Colina Tin prawie się nie odzywała, a jeśli już, to wyłącznie na głos, zamykając przed nim swój umysł. Jakby winiła go za to, co się wydarzyło - a takiej sugestii nie potrafił znieść. Zgoda, sprawdziły się jego najgorsze obawy i podejrzenia, ale przecież nie zmieniłby biegu wypadków, traktując Antoine’a jak zaufanego przyjaciela!&lt;br /&gt;
Przede wszystkim, Tin zdecydowanie przesadzała. Colin nie chciał zasłużyć na etykietkę nieczułego drania, ale jego zdaniem nie zaszło nic, co uzasadniałoby tak krańcową reakcję. Szczerze mówiąc, powinna się cieszyć... Stłumił tę myśl. Nie był pewien, czy ona nie wyłapuje jego gniewnych rozważań, mimo że pilnie pracował nad ukrywaniem ich.&lt;br /&gt;
No dobrze, wróćmy do spraw bieżących. Mat autentycznie zasługiwał na potraktowanie pazurami. Miesiąc pracy nad sobą, coraz lepsze efekty, a potem gówniarz wyjechał z czymś takim i samokontrolę Colina diabli wzięli.&lt;br /&gt;
Odetchnął głęboko. W tej chwili stanął przed problemem znacznie istotniejszym niż własna niekontrolowana agresja. Gdyby dziewczyny im nie przerwały i Colin rozszarpałby Mata, chłopak byłby sam sobie winien, natomiast Benson oznaczał zagrożenie dla nich wszystkich. I znów, Colina na moment zaślepiła furia. Co za durny szczeniak!&lt;br /&gt;
Krążył po swojej klitce. W mieszkaniu panowała cisza - nikt nie chodził, nikt się nie odzywał, tak że Colin, wsłuchawszy się, wychwytywał oddechy i bicie serc wszystkich trojga. Siedzieli w pokoju dziewczyn.&lt;br /&gt;
W gruncie rzeczy chłopak postąpił jak zdrajca, a zdrajców... Colin ponownie musiał się upomnieć. Tą drogą nigdzie nie dojdzie. Nie zabije brata na oczach Tin, bez względu na okoliczności. Obawiał się nawet tego, co sobie pomyślała, jeśli wyczytała z jego wspomnień tamtą sytuację na autostradzie. Tak bardzo chciał ją zataić przed Tin... a jednocześnie nie potrafił opędzić się od krwawych wizji tego, do czego na szczęście nie doszło. “Krzyczał” tymi wizjami.&lt;br /&gt;
Poszukał pozytywnych stron zaistniałych okoliczności. Mat dał mu doskonały pretekst, żeby wreszcie wywieźć towarzystwo z miasta. Dziewczyny chciały zostać w Warszawie, sprzeciwiały się Colinowi, teraz jednak będą mogły zgłaszać pretensje jedynie do Mata.&lt;br /&gt;
Colin po raz ostatni odetchnął, policzył do pięciu i opuścił klitkę.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
***&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Rzeczywiście, wszyscy troje siedzieli w pokoju dziewczyn, w milczeniu, które Matowi ewidentnie ciążyło, ale zapewne nie chciał robić z siebie idioty, nawijając o bzdurach. Z kolei na to, by się pochwalić mejlem do Bensona, zabrakło mu odwagi.&lt;br /&gt;
- Wyjeżdżamy - oznajmił Colin. - Jeszcze dzisiaj. Spakujcie się.&lt;br /&gt;
Dziewczyny spojrzały na niego, Mat natomiast wbił wzrok w podłogę, marszcząc brwi.&lt;br /&gt;
- Wydawało mi się... - zaczęła ostrożnie Carol.&lt;br /&gt;
- Twój chłopak powiadomił Bensona, gdzie jesteśmy - przerwał jej Colin. - Niewykluczone, że organizacja oddelegowała tu oddział agentów, którym dano do powąchania nasze rzeczy, nawet coś Tin, jeśli namierzyli jej dom w Langwedocji. Nie twierdzę, że w tak dużym mieście łatwo nas wytropią, ale nie ma sensu ryzykować.&lt;br /&gt;
Teraz obie patrzyły na Mata, tyle że nie z oburzeniem, jakiego Colin po nich oczekiwał. Tin wydawała się obojętna; nie przejęłaby się nawet informacją, że pięć minut temu Benson przechadzał się pod ich oknem. Może poruszyłaby ją wiadomość, że Colin widział pod ich blokiem Antoine’a. Z kolei Carol przyglądała się badawczo Matowi, jakby chciała poznać jego motywy, nim zajmie stanowisko.&lt;br /&gt;
- Dlaczego się z nim skontaktowałeś? - zapytała bez wyrzutu w głosie.&lt;br /&gt;
- Chciał, żebym go zabił - warknął Colin - bo twojemu chłopakowi nie wystarczy na to odwagi.&lt;br /&gt;
Mat poderwał się z fotela.&lt;br /&gt;
- Napisałem do niego dlatego, że już raz nam pomógł - rzucił Colinowi w twarz. - Nie wiesz, czy zrobił to na polecenie przełożonych, czy sam z siebie, łamiąc reguły. Nie wysłuchałeś jego argumentów, ale już mu przykleiłeś łatkę bezwzględnego mordercy na usługach organizacji! Kurde, Colin, ty groziłeś mi dwa razy... - Urwał, najwyraźniej zdawszy sobie sprawę, że zaognia sytuację.&lt;br /&gt;
Super. Najpierw szczeniak sam wyskakuje z zemstą za kumpli jako głównym powodem wezwania Bensona, a kiedy Colin wyraża tę myśl nieco precyzyjniej, wychodzi na wrednego typa, niezdolnego dostrzec szlachetnych intencji pseudołowcy.&lt;br /&gt;
- Więc leć na dworzec, rzuć się Bensonowi na szyję - poradził mu Colin. - A ja zabiorę stąd dziewczyny i tym razem nie dowiesz się dokąd.&lt;br /&gt;
- Przestańcie - powiedziała Carol, nadal drażniąco bezstronna.&lt;br /&gt;
Spojrzała na Tin. Między tymi dwiema zawiązała się szalenie irytująca komitywa. Colin wiedział, że dziewczyny nie potrafią rozmawiać telepatycznie, jak on z Tin - w końcu Carol była tylko człowiekiem, pozbawionym choćby najskromniejszych zdolności parapsychicznych - odnosił jednak niemiłe wrażenie, że Indianka rozumie się z Tin bez słów i wymiany myśli tysiąc razy lepiej, niż Colin kiedykolwiek zdoła.&lt;br /&gt;
Pocieszał się, że to normalne, że dwie laski szybko się dogadały - nawet jeśli gadanie jako takie rzadko pojawiało się w ich relacjach. Tylko że, idąc tym tokiem rozumowania, Colin powinien bez problemu znaleźć wspólny język z Matem. Zaklął w duchu.&lt;br /&gt;
- Dobrze - odezwała się niespodziewanie Tin.&lt;br /&gt;
- Pakujmy się - zawtórowała jej Carol, wstając z kanapy.&lt;br /&gt;
- Dokąd pojedziemy? - zapytał z wahaniem Mat, kiedy stało się jasne, że dziewczyny nie poruszą tej kwestii.&lt;br /&gt;
- Zaszyjemy się gdzieś w lesie - mruknął Colin, wycofując się do swojej klitki.&lt;br /&gt;
Nie miał wiele do pakowania, podobnie zresztą jak pozostali. Odpalił laptopa i czekając, aż system wystartuje, szybko wrzucił swoje rzeczy do torby.&lt;br /&gt;
Wszedł na satelitarną mapę Polski. Szukał obiecującego lasu, bezpiecznie oddalonego od stolicy, skąd zarazem mógłby w miarę bez problemu wypuścić się na spotkanie z Bensonem. Skoro już drań miał przyjechać do Warszawy, żal byłoby zmarnować okazję do zdobycia informacji.&lt;br /&gt;
Musiał przyznać, że w tym kraju jest w czym wybierać. Aż skłaniał się, by uwierzyć opowieściom młodocianej francuskiej waderki o ponownej kolonizacji tych terenów przez członków społeczności. &amp;quot;Cudowne miejsce, gdzie można zaznać dzikości, ale na przyjazd tutaj trzeba sobie zasłużyć&amp;quot; - jakoś tak się wyraziła. Oczywiście, dla świadomego zza oceanu nie byłby to żaden cymes, biorąc jednak pod uwagę lasy, jakie Colin widział dotąd na Starym Kontynencie, nie zdziwiłby się, gdyby każdy europejski świadomy pragnął przenieść się właśnie do Polski. Idealna kombinacja ciągle zdrowej natury z w miarę stabilną sytuacją polityczną.&lt;br /&gt;
Colin puknął palcem w ekran i zapamiętał nazwę miejscowości.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=========================&lt;br /&gt;
Powieść ukazała się 24. lutego 2010 r. nakładem Agencji Wydawniczej RUNA.</description>
 <comments>http://pozytywy.com/artykuly/14878-magda-parus-wilcze-dziedzictwo-ukryte-cele-fragment-powiesci#comments</comments>
 <category domain="http://pozytywy.com/taxonomy/term/79">Książki</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/fantastyka">fantastyka</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/fantasy">fantasy</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/horror">horror</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/magda-parus">Magda Parus</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/wilcze-dziedzictwo">Wilcze dziedzictwo</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/kategorie/czytelnia">Czytelnia</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/kategorie/ksiazka">Książka</category>
 <enclosure url="http://pozytywy.com/image/view/14877/preview" length="39273" type="image/jpeg" />
 <pubDate>Thu, 25 Feb 2010 22:28:31 +0100</pubDate>
 <dc:creator>mw</dc:creator>
 <guid isPermaLink="false">14878 at http://pozytywy.com</guid>
</item>
<item>
 <title>Degustacja serów pecorino z miodem kasztanowym</title>
 <link>http://pozytywy.com/przepisy/14274-degustacja-serow-pecorino-z-miodem-kasztanowym</link>
 <description>&lt;strong&gt;Smakołyk ten często wieńczy toskańską kolację, pojawiając się na stole zamiast deseru. Chcąc go przygotować, wystarczy zrobić odpowiednie zakupy i ewentualnie upiec samemu chleb, jeśli ktoś lubi. Ważne, by zdobyć różne gatunki pecorino, czyli owczego sera. Najlepiej kupić kilka odmian - zarówno świeży i jędrny, jak i podsuszany, który z lekka się kruszy.&lt;/strong&gt; &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Obecnie rozmaite rodzaje pecorino można dostać także poza terytorium Włoch, choć jeszcze do niedawna królowała odmiana rzymska, obficie posypana pieprzem, nadająca się przede wszystkim do utarcia. Żeby stworzyć prawdziwie wyborny bukiet smaków, najlepiej kupić cztery gatunki sera, zarówno świeżego, jak i bardziej dojrzałego. Ale nawet tylko jeden lub dwa podane z ciemnym kasztanowym miodem, pełnoziarnistym pieczywem i butelką schłodzonego vin santo dostarczą niezapomnianych wrażeń.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przepis pochodzi z książki Marleny De Blasi &lt;em&gt;Tysiąc dni w Toskanii&lt;/em&gt;.&lt;br /&gt;</description>
 <comments>http://pozytywy.com/przepisy/14274-degustacja-serow-pecorino-z-miodem-kasztanowym#comments</comments>
 <category domain="http://pozytywy.com/taxonomy/term/107">Kuchnia</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/degustacja">degustacja</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/marlena-de-blasi">Marlena de Blasi</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/owczy-ser">owczy ser</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/ser">ser</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/toskania">Toskania</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/tysiac-dni-w-toskanii">Tysiąc dni w Toskanii</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/wino">wino</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/kategorie/czytelnia">Czytelnia</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/kategorie/ksiazka">Książka</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/kategorie/kuchnia">Kuchnia</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/przepisy/inne">Inne</category>
 <enclosure url="http://pozytywy.com/image/view/14172/preview" length="46058" type="image/jpeg" />
 <pubDate>Tue, 19 Jan 2010 13:25:07 +0100</pubDate>
 <dc:creator>mw</dc:creator>
 <guid isPermaLink="false">14274 at http://pozytywy.com</guid>
</item>
<item>
 <title>Bruschetta - jedyny prawdziwy i oryginalny przepis</title>
 <link>http://pozytywy.com/przepisy/14173-bruschetta-jedyny-prawdziwy-i-oryginalny-przepis</link>
 <description>Bruschetta - wym. brusketta. Niemal wszyscy cudzoziemcy przyjeżdżający do Italii nie potrafią poprawnie wymówić słowa bruschette, co niekiedy wywołuje zażenowanie, ale częściej tłumiony śmiech kelnerów i Włochów jedzących obiad przy sąsiednim stoliku. Jednak ważniejsza od wymowy jest odpowiednia jakość wiejskiego chleba. Kroi się go na niezbyt grube kromki i zapieka delikatnie na ruszcie opalanym drewnem, następnie skrapia oliwą extra virgin i posypuje solą morską. Jest to rdzenny toskański przysmak, wywodzący się z bardzo dawnych czasów. Dodatek posiekanych świeżych pomidorów niesamowicie wzbogaca smak bruschette, szczególnie w środku lata, natomiast czosnek, którym naciera się gorące kromki, dodaje im aromatu. Ale ortodoksyjni zwolennicy kuchni toskańskiej powiedzą, że najlepsze bruschette nie potrzebują czosnku ani pomidorów - wystarczy tylko oliwa i sól.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Chcąc przygotować bruschette w domu, trzeba kupić (albo zrobić) dość zwarty, chrupiący chleb, pokroić go na kawałki o grubości około 1,5 cm, umieścić w gorącym piekarniku albo na ruszcie opalanym węglem drzewnym lub drewnem i podpiec delikatnie z obu stron. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Następnie skrapiamy gorące pieczywo oliwą, posypujemy solą morską i podajemy od razu po zrobieniu jako część antipasto albo, jeszcze lepiej, jako zupełnie samodzielne danie, ze szklaneczką czerwonego wina.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
===========&lt;br /&gt;
Fragment książki Marleny de Blasi &lt;em&gt;Tysiąc dni w Toskanii&lt;/em&gt;.&lt;br /&gt;</description>
 <comments>http://pozytywy.com/przepisy/14173-bruschetta-jedyny-prawdziwy-i-oryginalny-przepis#comments</comments>
 <category domain="http://pozytywy.com/taxonomy/term/107">Kuchnia</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/bruschetta">bruschetta</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/bruschette">bruschette</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/chleb">chleb</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/czosnek">czosnek</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/kuchnia-wloska">kuchnia włoska</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/marlena-de-blasi">Marlena de Blasi</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/oliwa">oliwa</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/tysiac-dni-w-toskanii">Tysiąc dni w Toskanii</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/kategorie/czytelnia">Czytelnia</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/kategorie/ksiazka">Książka</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/kategorie/kuchnia">Kuchnia</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/przepisy/przystawki">Przystawki</category>
 <enclosure url="http://pozytywy.com/image/view/14172/preview" length="46058" type="image/jpeg" />
 <pubDate>Fri, 15 Jan 2010 12:14:36 +0100</pubDate>
 <dc:creator>mw</dc:creator>
 <guid isPermaLink="false">14173 at http://pozytywy.com</guid>
</item>
<item>
 <title>Chris Roberts: Michael Jackson Król Popu 1958-2009 - fragment książki</title>
 <link>http://pozytywy.com/artykuly/13319-chris-roberts-michael-jackson-krol-popu-1958-2009-fragment-ksiazki</link>
 <description>&lt;strong&gt;&amp;quot;&lt;em&gt;Michael Jackson - Król Popu 1958-2009&lt;/em&gt; to najlepsza i najbardziej aktualna biografia najsłynniejszego &amp;quot;Piotrusia Pana&amp;quot; w historii muzyki pop. Kapitalnie napisana książka dokumentująca życie Michaela Jacksona&amp;quot; - ocenia Hirek Wrona. Książka Chrisa Robertsa ukazała się w Polsce w drugiej połowie listopada.&lt;/strong&gt; &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;strong&gt;Fragment książki&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&amp;quot;Jest wspaniały. Tańczy jak opętany gorączką dźwięków, z kocią gracją. W wieku 39 lat Michael Jackson w sercu wciąż pozostaje rozmarzonym dzieckiem. Wydaje się pozbawiony wewnętrznych barier, jakie wpaja nam rzeczywistość. Koncert to pokaz odwagi, narcyzmu i artystycznej przesady. To mieszanina magii, chłopięcej fantazji i podróży w nieznane: na czas występu przenosimy się do innego świata. Ciało gwiazdy popu zdaje się należeć do Elvisa, tak doskonałe są jego popisy. Michael niewątpliwie zalicza się do pocztu osób-cudów, które otarły się o prawdziwą niezwykłość&amp;quot;. Napisałem te słowa po obejrzeniu koncertu Jacksona na stadionie Wembley 26. lipca 1997 r. Później dodałem: &amp;quot;Cierpi na kompleks Mesjasza, najchętniej zbawiłby cały świat. Jego ciało jest świątynią tanecznej religii, a ego karmi się każdym westchnieniem tłumu. To tygrys szalejący w Astaire’owskim niebie&lt;br /&gt;
muzyki i tańca. I ten nieziemski uśmiech - on potrzebuje nas, aby lśnić jak księżyc w pełni. »Przestańcie na mnie naciskać« - śpiewa. Ale tak naprawdę to kocha&amp;quot;.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W pewnym momencie przedstawienia Michael wyszedł z wnętrza kosmicznego statku. Wyglądał jak odlany ze złota astronauta. W ciszy wpatrywał się w tłum. Przez 90, a może więcej sekund karmił się miłością, którą darzyli go fani. Na scenie pojawiły się jeszcze gangsterska sceneria do &lt;em&gt;Smooth Criminal&lt;/em&gt;, maska wilkołaka do &lt;em&gt;Thrillera&lt;/em&gt;. Miało też miejsce ceremonialne zakładanie rękawiczki, bez którego nie mogłoby się obejść wykonanie &lt;em&gt;Billie Jean&lt;/em&gt;. Podczas &lt;em&gt;Earth Song&lt;/em&gt; gwiazdor zawisł na specjalnym żurawiu. Unosząc się nad naszymi głowami, wyglądał jednocześnie jak akrobata i kaznodzieja. Z aktorską pasją udawał, że płacze między słowami &lt;em&gt;I’ll be...&lt;/em&gt; i &lt;em&gt;there&lt;/em&gt;. Trudno w to uwierzyć, ale grający Jackson był bardziej poruszający od swoich płaczących fanów. &amp;quot;Możecie się śmiać z tego, co powiem, ale Michael Jackson wciąż jest wielką gwiazdą - pisałem. - Jeśli uprawiany przez niego gatunek muzyczny mocno podupadł, to winą z pewnością nie możemy obarczyć tego niesamowitego&lt;br /&gt;
artysty. Michael nigdy nie wybiera najprostszych rozwiązań. Wie doskonale, jak stworzyć na scenie spektakularne przedstawienie będące rozkoszą dla oglądających je widzów. Choćby dlatego można mu wszystko wybaczyć. W czasie koncertu piosenkarz przeżywa ekstazę. Widać, że żyje dla chwil takich jak ta. I to jest właśnie prawdziwe widowisko&amp;quot;. Wielki artysta pragnął pozostać wiecznym chłopcem. &amp;quot;W sercu zawsze będę Piotrusiem Panem&amp;quot; - powiedział pewnego razu. Marzenie to okazało się snem, z którego nigdy miał się nie obudzić. Smutne, lecz prawdziwe - romantyczne podejście do życia nie pomogło Jacksonowi w tym, często brutalnym świecie. Inność Michaela, to, że zdawał się wznosić ponad codzienność, było jednym z głównych czynników przyczyniających się do jego oszałamiającego sukcesu. Niezwykła osobowość piosenkarza pozwoliła mu w najlepszych latach kariery stać się najjaśniejszą z gwiazd show-biznesu. Niestety, w przyszłości wielka odmienność Króla Popu miała przysporzyć mu samych kłopotów. Chociaż wiadomość z 25. czerwca 2009 r. była szokująca, być może należy spojrzeć na problem z innej strony.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nareszcie jego dusza mogła odpocząć. Najlepszy piosenkarz i tancerz wszech czasów nie musiał znosić męki starzenia się z marzeniami, które z każdym dniem stawały się coraz bardziej nieosiągalne. Data odejścia Michaela Jacksona na trwałe zapisze się w historii. Tak jak w przypadku śmierci Jamesa Deana, Marilyn Monroe, Elvisa Presleya, Johna F. Kennedy’ego, Johna Lennona i księżnej Diany ludzie będą pytali: &amp;quot;Co robiłeś&lt;br /&gt;
w momencie, kiedy się o tym dowiedziałeś?&amp;quot;. Śmierć ikony popu stała się numerem 1 wszystkich wiadomości - odsunięto na bok tematy wojen, politycznych przewrotów czy&lt;br /&gt;
panującego na świecie głodu. Autostrady Internetu - jakby stworzone dla chwil takich jak ta - zakorkowały się od nadmiaru wylewanych za pomocą klawiatury łez, pisanych wspomnień i wyrazów wdzięczności, ale też domysłów i spekulacji. TMZ.com umieściło wiadomość o śmierci gwiazdora o sześć minut za wcześnie. Google i Twitter ledwie wytrzymały zwielokrotnioną liczbę wejść. Wikipedia oszalała od lawiny edycji i reedycji. Już wkrótce wszędzie można było usłyszeć muzykę Michaela: romantyczny utwór &lt;em&gt;Got To Be There&lt;/em&gt; i &lt;em&gt;Ain’t No Sunshine&lt;/em&gt;, niezwykłość pierwszych sekund rozpoczynających &lt;em&gt;Don’t Stop ‘Til You Get Enough&lt;/em&gt;, niedościgniony &lt;em&gt;Billie Jean&lt;/em&gt; z charakterystycznym pstrykaniem palcami, doskonałe gitarowe riffy z &lt;em&gt;Beat It&lt;/em&gt; i &lt;em&gt;Smooth Criminal&lt;/em&gt;, wpadający w ucho rytm &lt;em&gt;The Way You Make Me Feel&lt;/em&gt;, zaśpiewane falsetem zakończenie Man In The Mirror, słodki wokal w &lt;em&gt;Human Nature&lt;/em&gt;...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
====================&lt;br /&gt;
Albumowe wydawnictwo &lt;em&gt;Michael Jackson - Król Popu 1958-2009&lt;/em&gt; Chrisa Robertsa w tłumaczeniu Martyny Bonisławskiej, Małgorzaty Fabianowskiej i Macieja Wrześniewskiego ukazało się w listopadzie 2009 r. nakładem Egmont Polska.&lt;br /&gt;</description>
 <comments>http://pozytywy.com/artykuly/13319-chris-roberts-michael-jackson-krol-popu-1958-2009-fragment-ksiazki#comments</comments>
 <category domain="http://pozytywy.com/taxonomy/term/79">Książki</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/biografistyka">biografistyka</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/chris-roberts">Chris Roberts</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/michael-jackson">Michael Jackson</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/michael-jackson-krol-popu">Michael Jackson Król Popu</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/muzyka-pop">muzyka pop</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/kategorie/czytelnia">Czytelnia</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/kategorie/ksiazka">Książka</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/kategorie/muzyka">Muzyka</category>
 <enclosure url="http://pozytywy.com/image/view/13318/preview" length="35897" type="image/jpeg" />
 <pubDate>Thu, 26 Nov 2009 15:17:10 +0100</pubDate>
 <dc:creator>mw</dc:creator>
 <guid isPermaLink="false">13319 at http://pozytywy.com</guid>
</item>
<item>
 <title>Theresa Monsour: Mroczny dom - fragment powieści</title>
 <link>http://pozytywy.com/artykuly/13130-theresa-monsour-mroczny-dom-fragment-powiesci</link>
 <description>&lt;strong&gt;Profesor Serena Ransom i barman Enda &amp;quot;Catch&amp;quot; Clancy są świadkami napadu na bar w Iron Range w Północnej Minnesocie. Udaje im się zastrzelić napastnika, ale Clancy ma swoje powody, żeby nie zgłaszać tego na policję. Pozbywają się więc ciała niedoszłego rabusia i uciekają. To zabójstwo jest dla nich początkiem gorącego romansu i kryminalnej &amp;quot;kariery&amp;quot;. Tak zaczyna się kolejna powieść kryminalna z amerykańskiej serii policjantce Paris Murphy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;/strong&gt;Nakładem wydawnictwa Aurum ukazały się wcześniej w Polsce &lt;em&gt;Czyste cięcie&lt;/em&gt; i &lt;em&gt;Zimna krew&lt;/em&gt; Theresy Monsour.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;strong&gt;Rozdział 1&lt;br /&gt;
&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;
Podniosła drinka do ust i upiła kolejny łyk. Ohyda. Smakował jak amol. Za dużo słodkiego wermutu. Mogła zamówić coś prostszego, ale chciała patrzeć, jak on go dla niej przygotowuje. Przyjął zamówienie, a teraz patrzyła, jak szuka czegoś pod ladą. Bawiło ją, że nie mógł znaleźć szklanki do martini. Wydawał się tym zawstydzony. Upokorzony. Podobało jej się to. Mógł przecież odmówić przygotowania drinka. Mógł zaproponować jej piwo albo wino. Nie zrobił tego. Przygotował jej Brandy Manhattan. Nawet znalazł gdzieś wisienkę. Dobry chłopiec. Czy nie był jednak zbyt dorosły? Czy da sobie z nim radę? Miał dwadzieścia dwa lata. Może dwadzieścia trzy. Starszy niż zazwyczaj. A jednak chłopcy z małych miasteczek byli łatwiejsi niż ci z miasta. Bardziej podatni na wpływy. Na początku niezręczni w łóżku, za wszelką cenę chcieli sprawić jej przyjemność. Ten był wysoki. Miał szerokie ramiona i twarz okoloną czarnymi włosami. Wysokie brwi, układające się w wyrazie wiecznego zaskoczenia nad ciemnymi oczami. Nos dość delikatny jak na mężczyznę. Gładki, a nie rzeźbiony. Pełne usta. Usta poety. Miał twarz Percy’ego Shelleya i ciało greckiego boga albo jakiegoś innego mitologicznego przystojniaka. Którego? Prometeusza. Tytana, który wykradł ogień. Znów pociągnęła łyk drinka i pomyślała, że chłopak chyba kuleje. To ją fascynowało. Obserwowała go, żeby się upewnić. Wiedziała, że sama ma skłonność do romantyzmu. Złe przyzwyczajenie. Wpędziło ją w wiele kłopotów. Nie. To nie było złudzenie. Lekko utykał. Schwytany i uwięziony Prometeusz. Dziobany przez orła, wysłannika Zeusa. Torturowany. Odstawiła kieliszek. Wzięła do ręki papierosa, zaciągnęła się głęboko, wypuściła dym z płuc i odłożyła papierosa do popielniczki. Podniosła długopis. Zaczęła szukać w pamięci odpowiedniego cytatu. Nabazgrała coś i odłożyła długopis. Wzięła do ręki kieliszek i wypiła do dna. Zagrzechotała pozostałym w kieliszku lodem i spojrzała na zegarek. Wkrótce będzie musiała wykonać swój ruch. Wyłowiła wisienkę spomiędzy kostek i zębami oderwała od ogonka.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wiatr uderzył w szybę. Duchy dobijały się do środka. Wyjrzał na zewnątrz. Reflektory, zamontowane nad wejściem do baru, oświetlały opadające płatki śniegu. Tak białego, że wyglądał, jakby do szyby ktoś przykleił chusteczkę. Kiepska noc na stanie na zewnątrz i zeskrobywanie lodu z samochodu. Dobra noc na picie drinków w barze rozmiarów ogrodowej szopy. Drewniane podłogi skrzypiały, były nierówne, wydeptane i tak brudne, że sprawiały wrażenie prawie czarnych. Pachniały wilgocią i pleśnią. Wilgotny brud w ogrodowej szopie. Pod tym wszystkim zapachy szatni. Pot. Wilgotne skarpetki. Mokre włosy. I ostatnia warstwa smrodu: piwo. Wyciągnął szmatę spod blatu i podszedł do końca baru, kawałka drewna rozmiarów deski do prasowania. Idąc, krzywił się i utykał. Bolały go kostki. To pewnie na zmianę pogody, pomyślał. Przetarł bar owalnymi ruchami prawej ręki. Biceps napinał się pod rękawem podkoszulka. Wrzucił szmatę pod blat. Odwrócił się i wyłączył telewizor podwieszony pod sufitem. Nie podobało mu się, że tutaj wisi. Zawsze uderzał się w niego głową. Maggie nie chciała płacić za kablówkę, więc dało się odbierać tylko dwa kanały. Obraz śnieżył, a dźwięk łapał zakłócenia. Hałas był w porządku - zagłuszał wspomnienie innego dźwięku - ale on miał ochotę na coś więcej niż szum. Któregoś dnia dorobi się swojego własnego baru. Bez telewizora, ale z szafą grającą. I bardziej przyłoży się do wystroju. Bar Maggie był tandetny, z reklamami piwa przyklejonymi do ścian i plastikowymi obrusami w kratkę. Jedyną rzeczą, którą regularnie odmalowywała, były frontowe drzwi w kolorze czerwonym.&lt;br /&gt;
Rozejrzał się wokół. Cztery stoły stały puste. Ktoś rozlał colę na jeden z nich, ze swojego miejsca mógł dostrzec kałużę płynu. Na innym stały ułożone w kształt koła szklanki po piwie, wszystkie opróżnione do czysta. Bez względu na to jak ludzie w tym mieście byli narąbani, nigdy nie rozlewali piwa. Pieniądze na alkohol trudno było znaleźć, zwłaszcza teraz, kiedy zaczęły się zwolnienia w kopalni. Trzy albo cztery stoliki z ławami pod ścianą były zajęte. Przy tym najbliżej drzwi siedziało dwóch stałych klientów, górników mających na tyle dużo szczęścia, że wciąż jeszcze pracowali w kopalni takonitu. Harlan Siguard i Tommy Gille. Długie brody, beczułkowate torsy i ręce twarde jak skała. Wolałby, żeby nie nosili tutaj swoich myśliwskich kurtek. Sezon na jelenie dawno się skończył. Był w stanie znieść widok pomarańczowej kurtki na ulicy. Zawsze mógł odwrócić wzrok, ale nie tutaj. Przypomniał sobie, że górnicy byli miłymi facetami. Znali jego ojca. Mieszkali i pracowali w okolicach Hibbing, ale mieli chatę na jeziorze Whitewater Lake, niedaleko miasta Hoyt Lakes, gdzie polowali na ryby z harpunem. On też miał domek na Whitewater. Przy stoliku obok siedział kolejny stały bywalec. Floyd Petersen. Mieszkał na obrzeżach miasta. Przychodził tu często, odkąd jego żona umarła, a dzieci przeniosły się do Minneapolis. Nie prowadził już samochodu, ale zawsze udawało mu się namówić kogoś na podwózkę. Tej nocy przyszła kolej na górników. Postanowił, że pozbędzie się ich, ich kurtek i starego Petersena, a potem zamknie lokal.&lt;br /&gt;
Stolik na końcu. Nie był pewien, czy chciał, żeby ona wyszła równie szybko. Miała niebieskie oczy i wargi, które wyglądały na spuchnięte, jakby ciągle je przygryzała. Skórę koloru lodów waniliowych. A ponieważ piersi zawsze były o kilka tonów jaśniejsze niż twarz, doszedł do wniosku, że jej piersi muszą być bielsze niż padający na zewnątrz śnieg. Włosy długie, proste i lśniące. Żółte jak masło. Czy miała ładne ciało? Nie był w stanie powiedzieć. Kiedy weszła kilka godzin wcześniej, stał akurat odwrócony plecami. Od tamtej pory siedziała z nogami podciągniętymi pod siebie i zimową kurtką narzuconą na nie jak koc. Pisała coś w dzienniku. Kiedy podszedł do jej stolika, powiedziała tylko dwa słowa: Brandy Manhattan. Jej głos nie pasował do twarzy. Był głosem małej dziewczynki. Odwrócił się i przygotował drinka, nie mówiąc jej, jak śmieszne było zamawianie czegoś takiego w takim barze, w miasteczku tych rozmiarów. Trzeba jechać godzinę w każdym kierunku, żeby znaleźć najbliższą szklankę do martini. Podał jej drinka w kieliszku do wina. Znalezienie słodkiego wermutu było cudem. Przynajmniej miał wisienkę. Znalazł zakurzony słoik pod blatem. Dziś wieczór go wyrzuci. Nikt tutaj nie zamawiał trunków przybranych owocami.&lt;br /&gt;
Gdy przyniósł jej drinka, zamknęła swój dziennik i spojrzała na niego niebieskimi oczami. Potarła ramiona przez materiał koszuli. Zapytała tym swoim dziewczęcym głosikiem:&lt;br /&gt;
- Dlaczego tutaj jest tak zimno?&lt;br /&gt;
- Żeby jeżdżący na skuterach się nie przegrzali.&lt;br /&gt;
Wyciągnęła dłoń i kiedy stawiał przed nią drinka, musnęła jego nagie ramię palcami.&lt;br /&gt;
- Nie marzniesz?&lt;br /&gt;
Spodobał mu się jej dotyk, choć jednocześnie wprawił go w zdenerwowanie. &lt;br /&gt;
- Przyzwyczaiłem się.&lt;br /&gt;
Wzięła do ręki papierosa - jednego z tych długich i cienkich - i zaciągnęła się. Wypuściła dym z płuc, a potem spytała, spowita w siwą chmurę:&lt;br /&gt;
- Gdzie jestem?&lt;br /&gt;
Czyżby się zgubiła? Zagubiona mała dziewczynka.&lt;br /&gt;
- Północno-wschodnia Minnesota - powiedział. - Iron Range.&lt;br /&gt;
Uśmiechnęła się. &lt;br /&gt;
- Chodzi mi o nazwę tego miejsca.&lt;br /&gt;
- „Czerwone drzwi Maggie”. - Głową wskazał wejście.&lt;br /&gt;
- Tego miasteczka.&lt;br /&gt;
- Hoyt Lakes - wydukał i odszedł. Pewnie pomyślała, że jest idiotą. Kiedy wrócił, żeby sprawdzić, czy czegoś nie potrzebuje, podała mu czek.&lt;br /&gt;
- Możesz zapłacić cały rachunek potem - powiedział.&lt;br /&gt;
- Nie będę więcej zamawiać. - Przesunęła czek w jego stronę. - Jest tu też twój napiwek.&lt;br /&gt;
- Dzięki. - Wziął kawałek papieru, nie przyglądając się mu. Otworzył kasę, podniósł szufladkę z pieniędzmi i wsunął go pod spód. Spojrzy na niego później - bardzo chciał wiedzieć, jak ona się nazywa - a potem go podrze. Maggie nie przyjmowała czeków. &lt;br /&gt;
Kobieta wciąż pisała coś w dzienniku i przez cały czas bawiła się tym jednym drinkiem. Co taka laska robiła w takim nędznym barze, w takim nędznym mieście, sama i tak późno wieczorem? Miała na sobie kurtkę narciarską. Przyjechała do Giants Ridge na weekend. Ale mieli tam przecież bary. Dlaczego nie siedziała w jednym z nich?&lt;br /&gt;
Wyciągnął świeżą szmatę spod blatu i kuśtykając, wyszedł zza kontuaru. Podszedł do stolika górników.&lt;br /&gt;
- Czas kończyć, panowie.&lt;br /&gt;
- Jasne - powiedział Gille. Opróżnił swój kufel, odstawił go i wstał z ławy. Pogrzebał w kieszeniach kurtki. Z prawej wyciągnął czapkę. - Chodź, Siggy. Zbieraj tyłek w troki i spadamy. Dajmy Catchowi posprzątać i pójść do łóżka.&lt;br /&gt;
Barman podszedł do stolika. Przerzucił ścierkę przez ramię i pochylił się, żeby podnieść szklankę Gille’a. Siguard nie ruszył się. Siedział, trzymając w dłoniach pusty kufel. &lt;br /&gt;
- Po co ten pośpiech?&lt;br /&gt;
- Nie bądź dupkiem - powiedział Gille. Naciągnął czapkę na głowę.&lt;br /&gt;
- Idź się odlać i daj mi porozmawiać z chłopakiem - odparł Siguard.&lt;br /&gt;
- Dobra - zgodził się Gille. Poszedł na tył pomieszczenia, po drodze kątem oka spoglądając na kobietę.&lt;br /&gt;
Siguard poczekał do momentu, w którym usłyszał zamykające się drzwi toalety. Podniósł wzrok na barmana.&lt;br /&gt;
- Siadaj.&lt;br /&gt;
Catch zawahał się, wciąż trzymając w ręku brudną szklankę. Spojrzał na Petersena. Miał opuszczoną głowę, podbródek opierał na piersi. Kobieta siedziała zwinięta w kłębek przy swoim stoliku i wciąż coś pisała. Odstawił szklankę i usiadł naprzeciwko starszego mężczyzny.&lt;br /&gt;
- O co chodzi?&lt;br /&gt;
Siguard mówił cichym, ale pełnym napięcia głosem. Słowa wychodziły szybko. Widać było, że dusił je w sobie długi czas.&lt;br /&gt;
- O co chodzi? Powiem ci, o co. Co to za gówniane życie? Mieszkasz nad barem. Dzień i noc pracujesz jak wół w nędznej piwiarni. Ile Maggie ci płaci? Minimalną płacę? Dlaczego nie jesteś ze swoją mamą i siostrami w Duluth? Masz przecież jeszcze brata. Gdzie on jest? W St. Paul, prawda? Jedź do St. Paul. Idź do szkoły. Znajdź prawdziwą pracę. - Zamilkł na chwilę, po czym powiedział głośniej. - Po co tu się kręcisz, do diabła? Zmień swoje życie. Przeleć kogoś.&lt;br /&gt;
- Z tym akurat nie mam problemu.&lt;br /&gt;
- Maggie płaci ci w naturze czy co? - warknął starszy mężczyzna.&lt;br /&gt;
Barman poczerwieniał i spuścił wzrok.&lt;br /&gt;
- Nie.&lt;br /&gt;
- Jest dla ciebie za stara. &lt;br /&gt;
- Nie pieprzę się z Maggie. &lt;br /&gt;
Siguard mu nie uwierzył, ale złagodził ton głosu. &lt;br /&gt;
- Co się z tobą dzieje? Bawiłeś się gdzieś ostatnio? Kiedy ostatni raz miałeś w ręku kij hokejowy?&lt;br /&gt;
Z wciąż opuszczonym wzrokiem, chłopak odpowiedział niemal szeptem:&lt;br /&gt;
- Wiesz, że nie mogę. Od dawna nie jestem w stanie. Widzisz, co się ze mną dzieje. W niektóre dni ledwo mogę chodzić.&lt;br /&gt;
Siguard pociągnął kosmyk brody i wyjrzał na zewnątrz.&lt;br /&gt;
- Przepraszam. Nie wiem, dlaczego spytałem. - Westchnął i spojrzał ponad stolikiem na barmana. Dostrzegł tylko pochyloną głowę i czarne loki. - Polowanie. Byłeś ostatnio na polowaniu?&lt;br /&gt;
- Nie.&lt;br /&gt;
- Dlaczego? Przestań się bać. Wciąż chodzisz zdołowany. Musisz znów wziąć do ręki strzelbę. To już zbyt długo trwa.&lt;br /&gt;
- Nie wystarczy, żeby go sprowadzić z powrotem - powiedział młodszy mężczyzna i wstał. Idąc w stronę baru, bardzo starał się nie utykać. Nie udało mu się. Cały czas był odwrócony tyłem do Siguarda. Ściągnął ścierkę z ramienia i znów zaczął wycierać blat. &lt;br /&gt;
Usłyszał dźwięk spuszczanej wody. Drzwi toalety otworzyły się. Ukazał się w nich Gille, zapinający pasek. Marszcząc brwi, podszedł do Siguarda, który wciąż jeszcze siedział przy stoliku. Spojrzał na plecy barmana, a potem znów na przyjaciela. Postanowił zachować pytania na drogę powrotną. Zapiął kurtkę.&lt;br /&gt;
- Zbieramy się.&lt;br /&gt;
Siguard wstał. Wyciągnął czapkę z prawej kieszeni kurtki i naciągnął ją na głowę. Wyjął rękawiczki z lewej kieszeni i nałożył na dłonie. Skierował się w stronę drzwi. Położył rękę na klamce, odwrócił się i spojrzał na Gille’a.&lt;br /&gt;
- Ściągnij Floyda.&lt;br /&gt;
Gille podszedł do Petersena i dotknął jego ramienia.&lt;br /&gt;
- Obudź się, Floyd. - Petersen uniósł głowę. Okulary miał przekrzywione i zsunięte na koniec nosa. Tommy poprawił mu je obiema rękami. - Czas wracać do domu. - Petersen przesunął się po ławie, wstał i zachwiał się lekko. Wsunął dłonie do kieszeni dżinsów i podążył za Gillem w stronę drzwi. &lt;br /&gt;
Siguard po raz ostatni spojrzał na barmana. Chłopak stał za barem i wycierał szklanki. Harlan uchylił drzwi. Do środka dostał się powiew wiatru, niosąc ze sobą śnieg.&lt;br /&gt;
- Zadzwoń do mnie, Catch - powiedział do pleców barmana.&lt;br /&gt;
Trzej mężczyźni wyszli i zatrzasnęli za sobą drzwi.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kobieta pstryknęła długopisem, włożyła go pomiędzy kartki i zamknęła swój dziennik. Starała się podsłuchać rozmowę i do jej uszu dotarły fragmenty dramatu: Po co się tu kręcisz, u diabła? Zmień swoje życie. Przeleć kogoś. A potem te gorące słowa: Musisz wziąć do ręki strzelbę. To za długo trwa. I zdanie, przy którym jej długopis przyspieszył: Nie wystarczy, żeby go sprowadzić z powrotem. Jaki orzeł dziobał tego młodego człowieka? To coś, co miało związek ze strzelbą. Jakaś tragedia. Był dla niej gotowy. Przeleci kogoś, o tak. Pogrzebała w torebce i wyciągnęła puderniczkę. Otworzyła ją i spojrzała w lusterko, nakładając puder na nos. Odłożyła puszek i zamknęła wieczko. Wrzuciła puderniczkę do torebki. Wstała i przerzuciła kurtkę przez lewe ramię. Wzięła swój dziennik i wsunęła go pod pachę. Jej koszula miała długie rękawy, ale była zrobiona z cienkiej bawełny. Wykorzysta to, że w pomieszczeniu było zimno. Ruszyła w stronę baru. Po drodze przesunęła po sutkach palcami prawej dłoni.&lt;br /&gt;
Stał do niej tyłem. Podeszła do baru, odłożyła zeszyt na blat i rzuciła kurtkę na stołek.&lt;br /&gt;
- Potrzebujesz pomocnej dłoni?&lt;br /&gt;
Zamarł, trzymając szklankę i ścierkę w dłoni.&lt;br /&gt;
- Mam dwie własne - powiedział do rzędu butelek z alkoholem.&lt;br /&gt;
- Chciałabym pomóc.&lt;br /&gt;
Odstawił szklankę i obrócił się twarzą do niej. Zauważył, że była smukła i wysoka. Nie tak wysoka jak on, ale niewiele niższa. Jej talia wydawała się ciągnąć bez końca. Nigdy nie widział kobiety z tak długą talią. Jak by to było, objąć ją ramieniem? Spodobała mu się. Jednak irytowało go to, że kobieta węszy. Zastanawiał się, ile usłyszała. &lt;br /&gt;
- Masz długie uszy.&lt;br /&gt;
- To dar obserwacji.&lt;br /&gt;
Rzucił ścierkę pod blat.&lt;br /&gt;
- Uważam, że wścibstwo to lepsze słowo. &lt;br /&gt;
- To mały bar. Nic nie poradzę na to, że słyszałam waszą rozmowę. - Uśmiechnęła się. - Pracuję z młodymi ludźmi. Młodymi mężczyznami. Lubię być ich przewodniczką.&lt;br /&gt;
- Naprawdę? - Zauważył jej sutki pod materiałem koszuli. Dziwaczna koszula jak na dorosłą kobietę. Różowa, z różową koronką wokół dekoltu. Jej kurtka też była różowa. Różowe ubrania małej dziewczynki, pasujące do jej głosu. Ale biust nie był biustem małej dziewczynki. Jak na tak kościstą kobietę miała duże piersi. Wciąż były jędrne, mimo że była od niego starsza. Co najmniej dziesięć lat. To mu jednak nie przeszkadzało. Chciała czegoś więcej niż tylko jeden numerek. Obserwowała go, jakby był owadem zamkniętym w słoiku. &lt;br /&gt;
- Jesteś kimś w rodzaju psychiatry?&lt;br /&gt;
- Dużo przeżyłam. Miałam w życiu problemy.&lt;br /&gt;
- Ja ich nie mam.&lt;br /&gt;
Usiadła na stołku.&lt;br /&gt;
- Opowiemy sobie swoje historie przy drinku?&lt;br /&gt;
Kciukiem wskazał na zegar, wiszący za nim na ścianie.&lt;br /&gt;
- Właśnie zamykałem.&lt;br /&gt;
Położyła ręce na blacie.&lt;br /&gt;
- Jesteś pewien, że nie chcesz pogadać?&lt;br /&gt;
On też oparł ręce na blacie i pochylił się w jej stronę. Widział puder na czubku jej nosa. Nakłada zbyt dużo makijażu, pomyślał. &lt;br /&gt;
- Jestem pewien. - Zauważył leżący pomiędzy nimi zeszyt. Był oprawiony w skórę i miał złocone brzegi. Catch przesunął go w swoją stronę i powiedział nienaturalnie wysokim głosem: - Drogi pamiętniku.&lt;br /&gt;
- Nie rób tego - powiedziała. Rzuciła się do przodu i próbowała wyrwać mu zeszyt, ale barman odwrócił się do niej tyłem.&lt;br /&gt;
Otworzył go na stronie, gdzie wsunięty był długopis i przebiegł oczami po zapisanych słowach.&lt;br /&gt;
- Spisywałaś prywatną rozmowę. Co to za gówno o orle i cierpieniu? To jakieś pisarskie bzdury. Nie mów mi, że jesteś jedną z tych krwiopijców, reporterów. - Odwrócił się w jej stronę.&lt;br /&gt;
Wyrwała mu dziennik z rąk i zatrzasnęła go. Otworzyła usta, żeby cos powiedzieć. Nie zdążyła, bo nagle ktoś pchnął drzwi i do środka dostał się kolejny powiew zimnego powietrza.&lt;br /&gt;
Do baru wszedł ubrany w strój do jazdy na skuterze śnieżnym mężczyzna. Tupnął kilka razy, otrzepując buty ze śniegu. Zdjął kask i kominiarkę. Przepocone włosy opadały mu na ramiona. Przez skołtunioną brodę prześwitywały pryszcze. Kurtkę miał czarną, z płomieniami na ramionach, takimi samymi jak na kasku. Wsunął go pod lewe ramię. Włożył kominiarkę do jednej kieszeni kurtki, potem ściągnął rękawice i wcisnął je do drugiej kieszeni. Rozpiął kurtkę, odsłaniając górę kombinezonu. Pod spodem nosił czarny golf. Spod niego, po prawej stronie szyi, wyłaniał się tatuaż kobry, prześlizgiwał się po jego gardle i dalej wspinał się po lewej stronie twarzy. Głowa węża, z wysuniętym, rozwidlonym językiem, znajdowała się nad lewą brwią mężczyzny.&lt;br /&gt;
Barman zastanawiał się, dlaczego nie usłyszał nadjeżdżającego skutera. Był widocznie zbyt zajęty rozmową z różową paniusią. Nawet jej nie znał, a już zaczynała go wkurzać.&lt;br /&gt;
- Proszę się nie rozbierać. Zamykamy.&lt;br /&gt;
- Do diabła z tym. - Mężczyzna podszedł do baru, chwiejąc się przy każdym kroku. Śmierdział spalinami i whisky. Był równie wysoki i potężny jak Catch, ale wyglądał na starszego o dwadzieścia pięć lat. Brodę przeplataną miał siwymi pasmami, a wokół oczu i ust widać było głębokie bruzdy. Nierówna blizna na czole wyglądała jak piorun uderzający w głowę kobry. Mężczyzna usiadł na stołku i postawił kask na barze. - Jeden szybki. Może być? - Zabębnił palcami o blat. Widać było na nich niezgrabne, ręcznie robione tatuaże. Spojrzał na butelki z alkoholem. - Kieliszek jacka danielsa wystarczy. Podwójny. - Spojrzał na kobietę. - Cześć, mała.&lt;br /&gt;
Zerknęła na niego i szybko odwróciła wzrok. Jej kurtka leżała na stołku pomiędzy nimi. Podniosła ją, położyła na kolanach i włożyła pamiętnik do jednej z kieszeni.&lt;br /&gt;
Barman wziął do ręki ścierkę i kuśtykając wyszedł zza lady. Zamknął drzwi, zasunął rolety i wyłączył światła na zewnątrz. Skierował się w stronę stołów. Wycierając je, zwrócił się do mężczyzny:&lt;br /&gt;
- Mówię poważnie, proszę pana. Nie mogę pana obsłużyć. Właśnie zamykam. Proszę posiedzieć i rozgrzać się. Ale potem musi pan stąd pójść.&lt;br /&gt;
- Masz telefon? Straciłem kumpli z oczu, a komórkę zgubiłem gdzieś na trasie.&lt;br /&gt;
- Przykro mi. Nie ma tu telefonu. Jest budka po drugiej stronie ulicy. W Saloonie Spike’a. &lt;br /&gt;
- Próbowałem - odparł mężczyzna. - Wszystko zamknięte. Światła pogaszone. Cała ulica jest ciemna.&lt;br /&gt;
Barman nie miał ochoty pomagać mężczyźnie. Nie wyglądał jak ci, którzy zazwyczaj jeżdżą skuterami.&lt;br /&gt;
- Stacja benzynowa jest otwarta. To kilka przecznic stąd, po tej samej stronie ulicy. Skuterem będzie pan tam w mgnieniu oka. - Wsunął ścierkę za pasek dżinsów i zaczął ustawiać puste szklanki jedna na drugiej. Usłyszał dźwięk ciężkich kroków. Podniósł wzrok i zauważył, że mężczyzna wszedł za bar. - Hej!&lt;br /&gt;
Facet chwycił jacka danielsa z półki, odkręcił nakrętkę i napił się prosto z butelki. Odwrócił się i postawił burbon na blacie. Skierował wzrok w stronę kasy, a potem niżej, pod ladę.&lt;br /&gt;
- Co my tutaj mamy? - Spojrzał na barmana i uśmiechnął się. W jego ustach zalśnił złoty ząb.&lt;br /&gt;
- Sukinsyn! - Catch odstawił szklanki na stół i, tak szybko jak mógł, ruszył w stronę baru. Za późno. Usłyszał dźwięk naboju przesuwanego do komory. Zatrzymał się przed kasą i uniósł ręce do góry. Wpatrywał się w skróconą lufę obrzyna, którego Maggie trzymała za barem. Usłyszał, jak ktoś gwałtownie wciąga powietrze. Różowa paniusia. Szybko odwrócił głowę i spojrzał na nią. Siedziała na stołku bez ruchu, z szeroko otwartymi oczyma, ściskając przed sobą kurtkę, jakby to była kamizelka kuloodporna. Spojrzał z powrotem na nieznajomego. - Nie warto.&lt;br /&gt;
- Zobaczymy, kuternogo. - Położył strzelbę na blacie po prawej stronie kasy, ale wciąż trzymał palec wskazujący na spuście. Palcami lewej ręki zaczął wciskać przyciski na kasie, dopóki szuflada się nie otworzyła. Wyciągając z niej banknoty, cały czas wpatrywał się w barmana, celując w niego.&lt;br /&gt;
- W kasie nic nie ma - powiedział chłopak.&lt;br /&gt;
Wzrok mężczyzny pobiegł w stronę banknotów, które trzymał w lewej pięści. Głównie jedynki i piątki.&lt;br /&gt;
- Co do tego masz cholerną rację. - Wcisnął pieniądze do kieszeni kurtki. Podniósł pojemnik na banknoty i zajrzał pod spód. Jeden czek. Nie miał zamiaru zawracać sobie nim głowy. Wrzucił pojemnik z powrotem do szuflady. Zatrzasnął ją, chwycił obiema rękami strzelbę i wyszedł zza baru. Wcisnął koniec lufy w bok Catcha. - Co jest na zapleczu?&lt;br /&gt;
- Nic. Kibel.&lt;br /&gt;
- Ktoś jest w środku?&lt;br /&gt;
- Nie.&lt;br /&gt;
- Tylne drzwi?&lt;br /&gt;
- Zamknięte.&lt;br /&gt;
- A te drugie?&lt;br /&gt;
Barman odwrócił się.&lt;br /&gt;
- Schowek na miotły.&lt;br /&gt;
- Dobrze. Nie ruszaj się.&lt;br /&gt;
- OK. - Chłopak czuł lufę na plecach. Poczuł ściskającą go w żołądku tęsknotę. Pragnienie, które codziennie zwalczał. Teraz miał szansę, żeby się mu poddać. Mógł to zakończyć. Nie zrobiłby tego własnymi rękami. Nie byłoby wstydu. Mógł stać się nawet bohaterem. Zamknął na moment oczy i spróbował zebrać się na odwagę, żeby zrobić coś, co sprowokuje mężczyznę do pociągnięcia za spust. Nagły ruch. Obraźliwe słowo. Potem pragnienie rozwiało się. Wyparowało jak już wiele razy przedtem. Otworzył oczy i rozejrzał się wokół, jakby nigdy wcześniej nie postawił nogi w tym barze. Po prawej stała kasa, po lewej stoliki z ławami. Spojrzał na kobietę. Wciąż siedziała bez ruchu, zwrócona twarzą do baru.&lt;br /&gt;
Rabuś spojrzał na nią ponad jego ramieniem.&lt;br /&gt;
- Gdzie twoja torebka, suko?&lt;br /&gt;
Odwróciła się na stołku i skinęła głową w stronę swojego stolika.&lt;br /&gt;
- Na ławie.&lt;br /&gt;
- Przynieś ją. Tylko żadnych numerów albo sprzątnę twojego chłoptasia. - Zsunęła się ze stołka, upuszczając kurtkę. Z kieszeni wypadł dziennik. Mężczyzna spojrzał na niego. - Co to jest?&lt;br /&gt;
- Nic - powiedziała cienkim głosem. Podniosła zeszyt i przycisnęła go do piersi.&lt;br /&gt;
- Widzę, że jesteś bardzo przywiązana do tego „nic”. Przynieś to tutaj.&lt;br /&gt;
- To nic cennego. Tylko moje osobiste zapiski.&lt;br /&gt;
Mężczyzna wycelował strzelbę w lewy bok barmana. Przesunął czubkiem języka po górnej wardze.&lt;br /&gt;
- Brzmi nieźle. Przynieś mi tutaj te twoje osobiste zapiski. - Nie poruszyła się. Przesunął lufę strzelby w jej stronę i wyciągnął lewą rękę. Otworzył dłoń. - Dawaj. - Podeszła do niego ze spuszczonym wzrokiem. - Stop - powiedział, kiedy znalazła się o długość ramienia od niego. Uniosła głowę i podała mu dziennik. Chwycił go i wcisnął do kieszeni kurtki. - Bliżej, dziwko. - Postąpiła dwa kroki do przodu. Wyciągnął lewą rękę i chwycił jej prawą pierś. Ścisnął mocno. - Te cycki są prawdziwe?&lt;br /&gt;
Odepchnęła jego rękę.&lt;br /&gt;
- Przestań!&lt;br /&gt;
- Zostaw ją - powiedział Catch.&lt;br /&gt;
- Zamknij się, kurwa! - Nieznajomy zamachnął się strzelbą i uderzył lufą w głowę barmana. Chłopak upadł na kasę i osunął się na podłogę. Mężczyzna wycelował obrzyna w jego ramię. - Wstawaj, kulasie.&lt;br /&gt;
Barman powoli wstał, prawą ręką opierając się o kasę, a lewą przykładając do głowy.&lt;br /&gt;
- Chryste - wymamrotał.&lt;br /&gt;
- Ręce do góry. - Catch uniósł ramiona. Nieznajomy wcisnął strzelbę w jego lewy bok. - Nie będziesz mi rozkazywał. Zrozumiano? - Znów spojrzał na kobietę. Stała nieruchomo przed nim z rękami założonymi ochronnym gestem na piersiach. - Nie martw się o te cycuszki. - Lufą wskazał jej stolik.&lt;br /&gt;
Odwróciła się i podeszła do niego. Opuściła ręce i dostrzegła smugę brudu na koszuli. Tłuste ślady rąk na jej prawej piersi. Jak piętno. Czuła jak jej twarz robi się gorąca z wściekłości i wstydu. Jej pierś pulsowała bólem. Nie zrobiła nic, żeby pomóc barmanowi. Nie powiedziała ani słowa, a on cierpiał teraz, ponieważ wstawił się za nią. Co gorsza, ten osiłek zabrał jej dziennik. Brzmi nieźle. W jej głowie pojawił się obraz. Duża, brudna dłoń zaciśnięta na członku. Sperma na stronach dziennika. Pochyliła się nad ławą i chwyciła pasek torebki. Pociągnęła ją w swoją stronę. Podniosła. Pomyślała, jak bardzo żałuje, że weszła do tego baru. Że wybrała się na wakacje. Powinna pojechać gdzieś, gdzie jest ciepło. Do Arizony albo na Florydę.&lt;br /&gt;
- Pospiesz się! - wrzasnął mężczyzna. Patrzył na kobietę, ale strzelbę znów skierował w stronę Catcha. Ponownie wcisnął mu ją między żebra. - Trzymaj ręce w górze. Co z twoimi nogami?&lt;br /&gt;
- Rozwalone kostki - powiedział barman cicho. - Dawno temu.&lt;br /&gt;
Kobieta cieszyła się, że stoi do mężczyzn tyłem. Włożyła dłoń do torebki. Próbowała przypomnieć sobie, co ma w portfelu. Za mało gotówki, żeby uszczęśliwić tego faceta. Jej komórka była... w samochodzie. Cholera. W torebce miała coś jeszcze i była na tyle wściekła, żeby tego użyć. Wyciągnęła to. Upuściła torebkę na ławę. Odwróciła się i wyprostowała rękę.&lt;br /&gt;
- Cholera - wyszeptał barman. Różowa paniusia miała pistolet.&lt;br /&gt;
Napastnik roześmiał się. Kolejny błysk złota. Odsunął strzelbę od ciała chłopaka i skierował ją w stronę kobiety.&lt;br /&gt;
- Lepiej, żebyś miała dobrego cela, suko.&lt;br /&gt;
- A ty? - Jej głos drżał, tak samo jak ręce. - A co z twoim celem?&lt;br /&gt;
- Głupia dziwka - odparł mężczyzna. - To strzelba. Wystarczy, że pomacham nią w twoim kierunku.&lt;br /&gt;
Barman doszedł do wniosku, że nie ma nic do stracenia. Dostanie albo od niego, albo od niej. Od różowej damulki przez przypadek, od napastnika rozmyślnie. Tak czy inaczej, już po nim. Stwierdził, że ta myśl jest przyjemna. Relaksująca. Poczuł, jak ogarnia go spokój. Przesunął wzrok z uzbrojonego mężczyzny na butelkę jacka daniela po prawej. Wyciągnął rękę i chwycił ją. Zacisnął pięść wokół szyjki i zamachnął się. Uderzył mężczyznę w twarz. Napastnik upuścił strzelbę na podłogę, chwycił twarz obiema rękami i upadł na kolana. Dziennik kobiety wypadł mu z kieszeni i wylądował na podłodze. Mężczyzna puścił swój nos i sięgnął po strzelbę. Barman odrzucił butelkę i zanurkował. Obaj leżeli obok siebie, na brzuchu. Napastnik chwycił kolbę prawą ręką, a barman lewą. Młodszy mężczyzna przesunął prawą rękę do przodu, chwycił strzelbę i wyrwał ją z uchwytu napastnika. Przekręcił się i wstał z grymasem bólu malującym się na twarzy. Odsunął się kilka kroków do tyłu i wycelował w mężczyznę leżącego na podłodze. &lt;br /&gt;
Napastnik wstał i uniósł obydwie ręce nad głowę. Twarz miał umazaną krwią. Cofał się, aż wyczuł za sobą jeden z barowych stołków. Dotknął swojego nosa i spojrzał na palce. Czerwone. Chwycił kask z blatu. Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi. &lt;br /&gt;
Różowy głos. Głos małej dziewczynki. Wysoki i wściekły.&lt;br /&gt;
- Zastrzel go! Nie pozwól mu uciec! Zastrzel łajdaka!&lt;br /&gt;
Barman spojrzał na strzelbę. Dobrze się ją trzymało. Była solidna, ciężka. Wywód Siggyego wrócił rykoszetem do jego bolącej głowy, wymieszany z jego własnymi słowami, obelgami napastnika i tym, co wyczytał w pamiętniku kobiety. Torturowany przez orła. Przestań się bać. Kuternoga. Musisz znów wziąć do ręki strzelbę. Wiesz, że nie mogę. Tak bardzo go boli. To jego kostki. Kuternoga. Nie wystarczy, żeby go sprowadzić z powrotem. Torturowany przez orła. Musisz znowu wziąć do ręki strzelbę. Orzeł. Weź strzelbę. Kuternoga. I różowy głos, zagłuszający ten chór. Wołający go po imieniu.&lt;br /&gt;
- Catch! Zastrzel go, Catch!&lt;br /&gt;
Chłopak postąpił dwa kroki do przodu. Strzelił mężczyźnie w plecy, kiedy ten próbował otworzyć zamek. Siła uderzenia rzuciła nim o drzwi. Barman przeładował strzelbę, wyrzucając pustą łuskę. Mężczyzna wciąż żył. Upuścił kask i opierał się o drzwi obiema rękami. Drugi strzał w plecy. Tym razem nie ze strzelby. Znów ten różowy głos.&lt;br /&gt;
- Wykończ go, Catch!&lt;br /&gt;
Barman załadował kolejny pocisk. Znowu pociągnął za spust. Mężczyzna poderwał się, po czym opadł na podłogę.&lt;br /&gt;
Drzwi Maggie stały się jeszcze bardziej czerwone.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;strong&gt;Rozdział 2&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dwóch mężczyzn i jedna kobieta szli po piasku pustyni Sonoran na północny wschód od Phoenix. Jeden z mężczyzn - kościsty dwudziestolatek z blond włosami i piegami - ubrany był jak kowboj. Słomkowy stetson. Czerwona bandanka. Dżinsowa koszula. Dżinsy sztywne jak karton. Kowbojki z grubymi obcasami i szpiczastymi czubkami. Do pasa miał przypięte dwa futerały z pistoletami. Drugi mężczyzna i kobieta byli w szortach, podkoszulkach, trampkach i czapkach bejsbolowych drużyny Minnesota Wild. Kowboj prowadził parę w stronę kaktusa wysokości domu.&lt;br /&gt;
- To saguaro. Symbol pustyni Sonoran. Kiedy uderza piorun, ci staruszkowie obrywają, bo są najwyżsi w okolicy. Mogą osiadać wysokość piętnastu metrów i żyć dwieście lat albo i dłużej. Przed nami stoi pradziadek ich wszystkich.&lt;br /&gt;
Para zwolniła kroku i została kilka metrów w tyle. Kobieta wsunęła prawą rękę pod ramię partnera i wspięła się do jego ucha. Wyszeptała:&lt;br /&gt;
- Mówiłeś, że będę mogła postrzelać. Kiedy?&lt;br /&gt;
- Portier w hotelu powiedział, że od jedenastego września już na to nie pozwalają - odparł mężczyzna.&lt;br /&gt;
Kobieta puściła jego ramię.&lt;br /&gt;
- Beznadzieja.&lt;br /&gt;
- Niezłe z ciebie ziółko, skarbie. Ile kobiet wścieka się, ponieważ nie może walnąć z pistoletu?&lt;br /&gt;
Sierżant Paris Murphy nie przypominała innych kobiet. Wysoka - metr siedemdziesiąt pięć - była tylko kilka centymetrów niższa od swojego męża, Jacka Ramiera. Marsz po pustyni nie zmęczył jej. Miała silne łydki i uda biegaczki; wąską talię i szczupłe biodra, a przy tym duże piersi. Egzotyczną kombinację oliwkowej skóry, wysokich kości policzkowych, fioletowych oczu i długich rzęs zawdzięczała matce Libance i ojcu Irlandczykowi. Jej grube, czarne włosy sięgały za ramiona. &lt;br /&gt;
Kowboj zatrzymał się i poczekał, aż para go dogoni. Kiedy znaleźli się tuż za nim, wskazał na wysokiego do kolan kaktusa o beczułkowatym kształcie. &lt;br /&gt;
- Tego nazywają kompasem, bo zawsze rośnie na południe. Po dużym deszczu może nawet się przewrócić. Dlatego też czasami nazywają go kaktusem-samobójcą. - Kowboj zamilkł na chwilę. - Ale żaden z nich nigdy nie zostawił pożegnalnego listu. Po prostu wyciągają nogi, i tyle.&lt;br /&gt;
Jack roześmiał się. Wyciągnął cyfrowy aparat z przedniej kieszeni szortów. Wycelował obiektyw w kaktusa i spojrzał na mały ekran z tyłu urządzenia. Nacisnął guzik i oddalił trochę obraz. Kiedy kaktus był wykadrowany tak, jak sobie tego życzył, zrobił zdjęcie. Potem jeszcze dwa.&lt;br /&gt;
- Dziwak z ciebie - powiedziała kobieta. - Trzy zdjęcia jednego kaktusa. I to nawet nie jakiegoś dużego, tylko małego i grubaśnego. &lt;br /&gt;
Jack skierował aparat w jej stronę. Pstryknął jej fotkę, jak pokazywała mu język.&lt;br /&gt;
- Wspaniale - rzucił rozbawiony. &lt;br /&gt;
Miał czterdzieści dwa lata i był sześć lat starszy od żony. Miał kręcone brązowe włosy i brązowe oczy. Atletyczną budowę ciała zawdzięczał wiosłowaniu. Nie znosił biegania. Nie był też szczególnie zainteresowany pistoletami. Największa różnica zdań między nimi dotyczyła jej pracy w wydziale zabójstw w St. Paul. Ona ją uwielbiała, on nienawidził. Był lekarzem w Regions Hospital, najlepszym centrum urazowym w St. Paul i miał pewność, że pewnego dnia Paris znajdzie się u niego na pogotowiu. Na noszach. &lt;br /&gt;
Jack opuścił aparat, a kowboj poprowadził ich dalej. Murphy oddychała głęboko, rozkoszując się pustynnym powietrzem. Była zaskoczona jego chłodem. Przewodnik powiedział, że ziemia jest wilgotna, ponieważ styczeń był deszczowy. Poprzednio Paris bywała w Arizonie w lecie, kiedy temperatura sięgała czterdziestu stopni Celsjusza, a powietrze sprawiało wrażenie, jakby było wydmuchiwane z suszarki.&lt;br /&gt;
Jack obserwował, jak jego żona przygląda się krajobrazowi.&lt;br /&gt;
- To nie Dolina Śmierci, której się spodziewałaś, co?&lt;br /&gt;
- W ogóle jej nie przypomina.&lt;br /&gt;
- Więc ci, którzy na zimę jadą na południe, nie są tacy źli?&lt;br /&gt;
- Aż tak daleko bym się nie posuwała. - Murphy utrzymywała, że ludzie uciekający przed mrozem to zwyczajni tchórze. Uwielbiała zimy w Minnesocie. Jackowi jednak udało się namówić ją na wakacje. Ich małżeństwo tego potrzebowało. &lt;br /&gt;
Wziął ją za rękę.&lt;br /&gt;
- Myślisz, że mogłabyś tutaj zamieszkać?&lt;br /&gt;
Za każdym razem, kiedy odwiedzali ten stan, zadawał jej to samo pytanie. Był jedynym synem pary uniwersyteckich profesorów. Mieli dom w Minnesocie, ale spędzali w Arizonie tyle czasu, ile tylko mogli. Rodzice Jacka namawiali syna, żeby się tu przeprowadził, bo sami chcieliby na stałe przenieść się w cieplejszy klimat. Murphy doszła do wniosku, że nie interesowało ich, czy ona przeprowadzi się razem z nim, czy też nie. &lt;br /&gt;
- Nie wiem - odpowiedziała. - Ile jest rocznie zabójstw w Phoenix?&lt;br /&gt;
- Im więcej, tym lepiej? - spytał sucho, puszczając jej dłoń.&lt;br /&gt;
- Potrzebuję pracy - odparła.&lt;br /&gt;
Kowboj znów się zatrzymał i wskazał kaktusa z krótkimi, zielonkawożółtymi bulwami. Roślina wyglądała, jakby była porośnięta futrem.&lt;br /&gt;
- Kaktus teddy-bear . Jego igły są ostre jak skalpel. - Przewodnik wyciągnął z kieszeni nóż i kombinerki. Chwycił czubek jednej z bulw cążkami, odciął ją nożem i uniósł w górę, żeby im pokazać. - Apacze używali ich jako broni. Rzucali tym w żołnierzy. - Zamknął nóż, schował z powrotem do kieszeni i wyciągnął zapalniczkę. Włączył ją i przytrzymał pod bulwą. - Są jadalne, a jeśli się je pali, dym daje lekkie efekty halucynogenne.&lt;br /&gt;
Kiedy Jack robił zdjęcia przewodnikowi palącemu kawałek kaktusa, Murphy czubkiem buta przesunęła kamień. Wybiegł spod niego skorpion i szybko ukrył się pod sąsiednią skałą. Kowboj zgasił zapalniczkę i upuścił spaloną bulwę na ziemię.&lt;br /&gt;
- Proszę pani. Ostrzegałem, żeby tak nie robić. Mnóstwo paskudztwa kryje się pod kamieniami. - Wsunął kombinerki i zapalniczkę z powrotem do kieszeni, odwrócił się i ruszył przed siebie, mówiąc: - Żaden przewodnik ani gość Wild West Jeep Tours nigdy nie został ugryziony, a ja nie chcę dzisiaj zaprzepaścić tego rekordu.&lt;br /&gt;
Para pozwoliła przewodnikowi wyprzedzić się o kilka kroków. Jack szturchnął żonę łokciem w żebra.&lt;br /&gt;
- Będziesz wreszcie grzeczna?&lt;br /&gt;
Murphy nie podobało się, że poucza ją kościsty dzieciak w kowbojskich butach. Pomyślała, że wygląda jak Dennis Rozrabiaka. Krzyknęła za nim:&lt;br /&gt;
- A co z wężami? Macie tu jakieś węże? Kręcą się gdzieś przy myjniach? - Chciała, żeby znów powiedział „myjnia”. Wymawiał to „miijnia”.&lt;br /&gt;
- Grzechotniki. Ale niekoniecznie kryją się w myjniach. - Zastanawiał się, skąd przyszedł jej do głowy taki głupi pomysł. - Trzeba tutaj uważać na węże. Trzeba być ostrożnym, ale nie można wpadać w paranoję. &lt;br /&gt;
- Widzisz, Jack - szepnęła. - Przestań być paranoikiem.&lt;br /&gt;
- Skoro mówimy już o dzikiej faunie, opowiem wam, co jeszcze można znaleźć w tych okolicach - dodał kowboj, wciąż idąc żwawym krokiem. - Niedźwiedzie czarne. Górskie lwy. Rysie. Mulaki. Muflony. Kojoty. - Zatrzymał się i poczekał, aż para go dogoni. - Lemur katta też się zdarza. Wygląda jak domowy kot na prochach.&lt;br /&gt;
Tym razem to Murphy się roześmiała. Jej mąż spojrzał na nią, kiedy szli obok kowboja.&lt;br /&gt;
- Tak, dla ciebie naprany kot naprawdę jest śmieszny. &lt;br /&gt;
Kowboj wskazał przycupniętego kaktusa z patykowatymi ramionami, rosnącego wśród jakiś krzaków.&lt;br /&gt;
- Ten zwany jest „kaleczącym konie”. Chyba widać, dlaczego. &lt;br /&gt;
Jack zrobił dwa zdjęcia i poszli dalej.&lt;br /&gt;
- Jeździsz konno? - spytała Murphy. - Jesteś prawdziwym kowbojem? &lt;br /&gt;
- To zależy od tego, co się ma na myśli, mówiąc: „prawdziwy kowboj”. &lt;br /&gt;
- Skąd pochodzisz?&lt;br /&gt;
- Z Indiany - odparł przewodnik.&lt;br /&gt;
- Zatem skąd twoje przezwisko: Montana Jones? - spytała.&lt;br /&gt;
- Na nazwisko mam Jones. Większość chłopaków, którzy pracują na szlaku, bierze imię od swoich rodzinnych stanów. A Montana Jones brzmi bardziej oryginalnie niż Indiana Jones. &lt;br /&gt;
Cała trójka zatrzymała się u stóp gigantycznego kaktusa.&lt;br /&gt;
- Skąd jesteście?&lt;br /&gt;
- Z Minnesoty - odpowiedział Jack, wskazując na logo na swojej czapce. &lt;br /&gt;
- Zimno tam.&lt;br /&gt;
- Właśnie dlatego jesteśmy teraz tutaj - odparł Jack.&lt;br /&gt;
- Kiepski styczeń?&lt;br /&gt;
- Zależy, jak rozumiesz słowo: „kiepski” - wtrąciła Murphy. - Mnie trochę śniegu i mrozu nie przeszkadza. &lt;br /&gt;
- A mnie tak - powiedział Jack. - Ale starczy tej gadki o pogodzie. Jaka jest historia tego olbrzyma? - Odchylił głowę do tyłu, żeby objąć wzrokiem roślinę.&lt;br /&gt;
- Tak jak mówiłem, może żyć kilkaset lat. Te ramiona zaczynają mu wyrastać dopiero wtedy, gdy ma mniej więcej sześćdziesiąt.&lt;br /&gt;
Jack cofnął się i wycelował aparat.&lt;br /&gt;
- Stań przed nim, Paris. - Kowboj usunął się na bok. Murphy odwróciła się twarzą w stronę obiektywu. - Skarbie. Zdejmij tę czapkę, żeby było widać twoją twarz. - Zrobiła to, o co prosił i palcami przeczesała grzywkę. Włosy przycięte nad czołem służyły nie tylko ozdobie, ale ukrywały też znamię w kształcie półksiężyca - pamiątkę ze sprawy, nad którą pracowała poprzedniego lata. Wciąż przejmowała się tym znamieniem i Jack wiedział o tym. Martwił się, że ta sprawa pozostawiła w niej również niewidoczne blizny, ale nie wiedział, jak z nią o tym porozmawiać. - Wyglądasz świetnie. Mój pustynny kwiatuszek na pustyni.&lt;br /&gt;
 Uwielbiała, gdy tak do niej mówił, nawet żartem. Uśmiechnęła się, a on zrobił jej pięć zdjęć.&lt;br /&gt;
Jack opuścił aparat i spojrzał na kowboja. &lt;br /&gt;
- A może zrobiłbyś nam wspólną fotkę?&lt;br /&gt;
- Pewnie. - Przewodnik podszedł do Ramiera, wziął aparat z jego ręki i cofnął się o kilka kroków.&lt;br /&gt;
Jack stanął obok żony i przygarnął ją do siebie ramieniem.&lt;br /&gt;
- Kocham cię - powiedział jej do ucha.&lt;br /&gt;
Murphy objęła go ręką w pasie.&lt;br /&gt;
- Ja ciebie też kocham - odpowiedziała cicho i przytuliła się do niego. Nie mogła uwierzyć, że po wszystkim, co przeszli, byli tutaj. Razem.&lt;br /&gt;
Kowboj zrobił im zdjęcie, opuścił aparat i spojrzał na wszystkie przyciski.&lt;br /&gt;
- Poczekajcie, niech rozpracuję to urządzenie. Teraz zbliżenie. - Znów podniósł aparat i przybliżał obraz dopóty, dopóki obiektyw obejmował tylko ich twarze. Zrobił dwa zdjęcia. Opuścił aparat. Zauważył, że Jack całuje Murphy w usta.&lt;br /&gt;
- Jesteście w podróży poślubnej?&lt;br /&gt;
- Nie do końca - odpowiedział Jack. - Jesteśmy razem już od jakiegoś czasu. - Zamilkł na chwilę. - Raz razem, to znów osobno. - Murphy puściła go i nałożyła czapkę z powrotem na głowę. Jack odszedł od niej i wziął aparat z rąk kowboja. Odwrócił się i spojrzał na wielkiego saguaro. - Stań tutaj, skarbie. Chcę zrobić kilka ujęć samego staruszka.&lt;br /&gt;
Stanęła obok męża. Patrzyła, jak kadruje ujęcie na małym ekranie.&lt;br /&gt;
- Tak jest nieźle - powiedziała. Jack zrobił trzy zdjęcia, jedno po drugim.&lt;br /&gt;
- Macie dzieci? - spytał kowboj.&lt;br /&gt;
- Nie - odparł krótko Ramier.&lt;br /&gt;
- My spodziewamy się trzeciego.&lt;br /&gt;
- Wyglądasz młodo jak na trójkę dzieci.&lt;br /&gt;
- Trzeba wcześnie zaczynać - odparł kowboj. - Kiedy ma się jeszcze siłę, żeby za nimi biegać.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Murphy chciała, żeby chłopak zmienił temat. &lt;br /&gt;
- A może zrobimy zdjęcie naszemu przewodnikowi?&lt;br /&gt;
Jack skierował obiektyw w stronę kowboja.&lt;br /&gt;
- Uśmiech, Indiana Jones.&lt;br /&gt;
- Montana Jones - poprawił kowboj, palcem przesuwając kapelusz na tył głowy i kładąc lewą rękę na pistolecie. &lt;br /&gt;
- Przepraszam - powiedział Jack. - Montana Jones. - Zrobił dwa zdjęcia. Opuścił aparat, wyłączył go i wsunął do kieszeni. Sprawdził godzinę. Była już druga i przegapili lunch. - Wracajmy do hotelu - powiedział do żony. - Zjemy coś i napijemy się. Skoczymy na basen.&lt;br /&gt;
Cała trójka skierowała się w stronę dżipa.&lt;br /&gt;
- Sam nie wiem - powiedział kowboj, kiedy szli. - Może powinienem jednak zmienić przezwisko na Indiana Jones?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wklepała olejek do opalania w ramiona i spojrzała na innych ludzi opalających się nad basenem. Dwie kobiety na leżakach. Spędziły już zbyt dużo czasu pod słońcem Arizony - miały pomarszczoną i wysuszoną skórę. Mężczyzna w średnim wieku siedzący samotnie przy stoliku stukał jak szalony w klawiaturę laptopa. Kelner przyniósł mu piwo i hamburgera. Mężczyzna nawet nie podniósł wzroku. Kilka niespełna nastoletnich dziewczyn na jednym ręczniku, zaplatających sobie nawzajem włosy. Murphy przekręciła się na brzuch i poczuła gorąco na plecach. Mimo że na dworze było dość chłodno, czuła palące słońce Arizony. Leżała tak przez dziesięć minut, aż się znudziła. Nawet jako nastolatka nie zaprzątała sobie głowy zwykłymi, kobiecymi zmartwieniami, takimi jak opalenizna czy makijaż. Nie miała do tego cierpliwości, poza tym zawsze była chłopczycą. Jej matka musiała z nią walczyć, żeby nosiła sukienki.&lt;br /&gt;
Przekręciła się na plecy i usiadła na krześle. Przyglądała się basenowi o kształcie laguny podzielonej na dwie części, pomiędzy którymi stała sztuczna góra. Po jej zboczach do basenu spływały kaskady wody. Kanał łączący obydwie części biegł wzdłuż wzniesienia. We wnętrzu góry, od strony kanału, znajdował się bar serwujący kanapki, piwo, wino i koktajle. Z drugiej strony była siłownia. Hotel miał również korty tenisowe, sklepy z pamiątkami i restauracje. Basen w La Posada był jednak ogromną atrakcją, którą przebijała jedynie jego lokalizacja. Wzgórza u stóp Camelback Mountain.&lt;br /&gt;
Laguna była prawie pusta. Para chłopców siłowała się w kanale. Murphy wstała i podeszła do basenu. Usiadła na brzegu i zanurzyła nogi. Pomachała nimi, po czym zsunęła się do wody, przeszła kilka kroków i położyła się na plecach. Unosząc się na powierzchni, wpatrywała się w bezchmurne niebo. Miało inny odcień błękitu niż to w Minnesocie, pomyślała. Prawie turkusowy, jak indiańska biżuteria, którą widziała w sklepach dla turystów. Przekręciła się na brzuch i przepłynęła basen kraulem.&lt;br /&gt;
Jack chciał, żeby zatrzymali się w apartamencie jego rodziców w Phoenix, ale namówiła go na Scottsdale. Teraz, kiedy tu byli, mówił, że jest zadowolony. Wolałaby tylko, żeby nie zostawiał jej co chwila samej w hotelu. Nawet dzisiaj. W sobotę. Tym razem tylko coś zjadł, przebrał się i od razu wyjechał. Powiedział, że musi spotkać się z prawnikiem rodziców, porozmawiać z nim o ich finansach i zacząć organizować im zbliżającą się emeryturę. Mieli zjeść tego dnia późną kolację z jej teściami. Nie miała na to specjalnej ochoty. Nigdy nie czuła się dobrze w towarzystwie matki i ojca Jacka. W ich domu w St. Paul, w bogatej dzielnicy St. Anthony’s Park, panowała taka cisza, że miała ochotę mówić szeptem. Panował tam porządek i organizacja jak w muzeum. Nawet w kuchni. Nigdy nie widziała, żeby używali miedzianych garnków zawieszonych pod sufitem. W ich mieszkaniu w Phoenix było tak samo. Tyle że tutaj na wystawie stały naczynia ceramiczne, a nie miedziane. Z drugiej jednak strony nie mogła się specjalnie uskarżać na teściów. W końcu to rodzina Murphy spowodowała więcej zamieszania w jej małżeństwie.&lt;br /&gt;
Paris dopłynęła do kanału i zdecydowała się nie przepływać na drugą stronę. Chłopcy wciąż się w nim siłowali. Zawróciła i popłynęła z powrotem. Wyszła z basenu i obciągnęła jednoczęściowy kostium marki Speedo. Wysoko wycięty dół zaczął podjeżdżać w górę. Skierowała się w stronę jacuzzi. Weszła do parującej wody i zamknęła oczy. Pomyślała o tym, co w ogóle zaprowadziło ich do Arizony: ich trwające już osiem lat, kulejące małżeństwo. Jej praca zawsze była głównym źródłem tarć. Poprzedniej jesieni pojawił się jednak jeszcze większy problem. Jack odkrył, że w trakcie, kiedy byli w separacji, ona przespała się z innym mężczyzną. Z Erikiem Masonem. Śledczym z biura kornera hrabstwa Ramsey. Pokłócili się o to na jej barce. Jack oświadczył jej, że z nimi koniec. Wyszedł wściekły. Co gorsza, wrócił pewnego wieczoru na jej łódź i zastał tam Erika, z którym pracowała nad aktami sprawy. Mężczyźni wdali się w bójkę. Kiedy kurz opadł, rozstała się z Erikiem. Nie chciała z nim nawet pracować. Zadzwoniła do Jacka i błagała o wybaczenie. Rozmawiali o terapii małżeńskiej, ale zamiast tego postanowili wyjechać. Wziąć urlop. Wydawało jej się, że to działa. Oboje się rozluźnili. Więcej rozmawiali. Kochali się tak, jakby naprawdę czuli do siebie miłość.&lt;br /&gt;
Wyszła z jacuzzi i wróciła do basenu. Usłyszała krzyki. Zauważyła, że dokazujący chłopcy przenieśli się na jej połowę. Większy obejmował ramieniem szyję mniejszego i rzucał się na wodę. Rozdzielali się i wynurzali, żeby złapać trochę powietrza. Potem mniejszy chwytał większego i próbował pociągnąć go na dno. Przypominali jej siostrzeńców. Chciałaby mieć swoich własnych, rozbrykanych chłopaków. Ten cholerny kowboj, Dennis Rozrabiaka, i jego gadanie o dzieciach. Kolejny drażliwy temat w ich małżeństwie. Nigdy nie była w stanie ustalić z Jackiem odpowiedniego terminu, zwłaszcza, że ich związek był w jednej minucie gorący, a w następnej zimny. Nawet nie mieszkali pod tym samym dachem. On zatrzymał dom, który wspólnie kupili po ślubie, ona mieszkała na swojej barce na Missisipi. Zastanawiała się, czy zmieni się to po wakacjach. Może przyszedł czas, żeby sprzedać łódź. Wrócić do domu. Ich starego domu. Założyć rodzinę. Miała dziewięciu braci i wszyscy mieli dzieci. Jej rodzice gorąco pragnęli, żeby ich jedyna córka też je miała. Ich wtrącanie się było kolejną rzeczą, która irytowała Jacka. Kolejną, której nie lubił w jej dużym, hałaśliwym klanie. Gdyby mogła utrzymać rodzinę z dala, może tym razem skutecznie pogodziłaby się z Jackiem.&lt;br /&gt;
Zgięła się w pół i zanurkowała pod powierzchnię. Płynęła pod wodą tak długo, jak mogła. Lubiła mechaniczny, miarowy ruch nóg. Wyciąganie ramion przed siebie i ściąganie ich do boku. Pokonywanie wody. Wynurzyła się i chwyciła haust powietrza. Zanurzyła się z powrotem. Wypłynęła w kanale. Wyszła z wody i usiadła na stołku. Barman podał jej ręcznik. Wytarła nim głowę i owinęła się wokół pasa.&lt;br /&gt;
- Jest piwo z beczki? - Poczuła, jak coś uderza ją w plecy. Odwróciła się. Teraz chłopcy bawili się piłką plażową. Jeden najwyraźniej nie trafił. Piłka leżała na ziemi, tuż za stołkiem Murphy.&lt;br /&gt;
- Przepraszam - powiedział większy, brnąc przez wodę w kanale.&lt;br /&gt;
- Przepraszam - powtórzył mniejszy, płynąc za swoim towarzyszem.&lt;br /&gt;
Obaj mieli intensywnie rude włosy. Bracia albo kuzyni, pomyślała. Gimnazjaliści.&lt;br /&gt;
- Tak, tak. I pewnie chcecie, żebym ją wam rzuciła.&lt;br /&gt;
- Prosimy - odparli jednym głosem.&lt;br /&gt;
Zsunęła się ze stołka, odwróciła i ukucnęła, żeby podnieść piłkę. Kiedy była pochylona, spojrzała w stronę wody. Obaj stali przy brzegu basenu, wpatrując się w jej dekolt. &lt;br /&gt;
- Wy mali gówniarze. - Wstała i rzuciła piłkę na drugi koniec kanału. - Uderzcie mnie jeszcze raz, a przekłuję wam ją.&lt;br /&gt;
Obaj roześmieli się i popłynęli za piłką.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kiedy Jack wszedł do pokoju, właśnie ściągała kostium. Stała do niego tyłem.&lt;br /&gt;
- To widok, który nigdy mi się nie znudzi - powiedział. Murphy zdjęła strój i podniosła go, po czym odwróciła się przodem do męża. - A ten jest jeszcze lepszy.&lt;br /&gt;
Poszła do łazienki i powiesiła kostium na wieszaku na ręczniki, żeby wysechł. Spojrzała w lustro. Jej twarz była lekko przybrązowiona i widziała jaśniejsze ślady na ramionach w miejscu, gdzie wcześniej przysłaniał je materiał. Uniosła dłoń do czoła i zatrzymała ją, zanim dotknęła grzywki. Zapomnij o tej cholernej bliźnie, powiedziała do siebie.&lt;br /&gt;
- Jak poszło z prawnikiem? Zajmie się wszystkim i będziemy mogli wreszcie rozkoszować się resztą urlopu?&lt;br /&gt;
- Na to wygląda. - Jack położył teczkę na szafce nocnej. Usiadł na brzegu łóżka i zdjął buty. Potem ściągnął skarpetki. Zadzwonił telefon. - Odbiorę. To pewnie moi rodzice. - Podniósł słuchawkę. - Doktor Jack Ramier.&lt;br /&gt;
Zastanawiała się, dlaczego odebrał telefon w tak oficjalny sposób. Na ogół nie używał tytułu. Włączyła zimną wodę, pochyliła się i ochlapała twarz. Wsłuchiwała się w to, co mówił.&lt;br /&gt;
- Tak... Tak... Wspaniale. Dziękuję... Tak, z pewnością... Ja też jestem tym bardzo podekscytowany... Nie mogę się doczekać.&lt;br /&gt;
Wyprostowała się, zakręciła kurek i sięgnęła po ręcznik. Był tylko jeden. Uśmiechnęła się. Zostawili na drzwiach wywieszkę z napisem: „nie przeszkadzać”, żeby móc kochać się późnym rankiem. Zapomnieli ją zdjąć, więc pokojówka nie posprzątała. Wytarła twarz ręcznikiem i odwiesiła go.&lt;br /&gt;
Kiedy wychodziła z łazienki, Jack odłożył słuchawkę. Spojrzała na telefon podejrzliwie, po czym zauważyła teczkę. Grubą od dokumentów.&lt;br /&gt;
- Tylko mi nie mów, że musisz zająć się papierkową robotą. Jest sobota, na miłość boską!&lt;br /&gt;
- Nie przejmuj się tym. - Wstał i podszedł do niej. Objął ją ramionami. Pachniała wakacjami. Chlorem i olejkiem kokosowym. Podobał mu się ten zapach. Pocałował ją, wsuwając język między jej wargi. Ręce opuścił wzdłuż jej pleców, na pośladki. Przestał ją całować.&lt;br /&gt;
- Masz zimny tyłek. &lt;br /&gt;
- Więc go rozgrzej.&lt;br /&gt;
- Wiem, jak to zrobić. - Odwrócił ją i popchnął na niepościelone łóżko. Rozpiął spodnie i zsunął je. Pozbył się też bokserek. Ściągnął koszulkę polo. Położył się na Murphy i schował twarz w zagłębieniu jej szyi. Potem przesunął usta niżej, na jej piersi. Ssał jej lewy sutek, dopóki nie zaczęła się kręcić i jęczeć. Oderwał usta od jej skóry. &lt;br /&gt;
- Czy jestem zbyt brutalny?&lt;br /&gt;
- Nigdy nie jesteś zbyt brutalny - powiedziała chrapliwie. Przesunął wargi na jej prawy sutek. Ugryzł i szarpnął lekko. Kolanem rozchylił jej uda i wszedł w nią. Murphy objęła go nogami.&lt;br /&gt;
W ich małżeństwie seks nigdy nie stanowił problemu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
===============&lt;br /&gt;
Powieść ukazała się 19. listopada 2009 r. nakładem wydawnictwa Aurum.&lt;br /&gt;</description>
 <comments>http://pozytywy.com/artykuly/13130-theresa-monsour-mroczny-dom-fragment-powiesci#comments</comments>
 <category domain="http://pozytywy.com/taxonomy/term/79">Książki</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/kryminal">kryminał</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/mroczny-dom">Mroczny dom</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/paris-murphy">Paris Murphy</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/theresa-monsour">Theresa Monsour</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/kategorie/czytelnia">Czytelnia</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/kategorie/ksiazka">Książka</category>
 <enclosure url="http://pozytywy.com/image/view/13129/preview" length="79710" type="image/jpeg" />
 <pubDate>Thu, 19 Nov 2009 23:54:46 +0100</pubDate>
 <dc:creator>mw</dc:creator>
 <guid isPermaLink="false">13130 at http://pozytywy.com</guid>
</item>
<item>
 <title>William Irwin, Rebecca Housel, J. Jeremy Wisnewski: Zmierzch i filozofia - fragment książki</title>
 <link>http://pozytywy.com/artykuly/13014-william-irwin-rebecca-housel-j-jeremy-wisnewski-zmierzch-i-filozofia-fragment-ksiazki</link>
 <description>&lt;strong&gt;Historia zakazanej miłości młodej dziewczyny i nieśmiertelnego wampira przedstawiona przez Stephenie Meyer w serii &lt;em&gt;Zmierzch&lt;/em&gt; uwiodła już wielomilionową rzeszę fanów na całym świecie. To nie tylko znakomite połączenie romansu z trzymającym w napięciu horrorem, ale także - jak się okazuje - przyczynek do filozoficznych rozważań na temat miłości, śmierci i rozumienia samego siebie.&lt;/strong&gt; &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Fenomenowi &lt;em&gt;Zmierzchu&lt;/em&gt; w kontekście filozoficznym poświęcona jest książka wydana w Polsce 12. listopada.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;strong&gt;Rozdział pierwszy&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;/strong&gt;&lt;em&gt;Wyglądasz apetycznie: &lt;br /&gt;
miłość, szaleństwo i porównania kulinarne&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;
George A. Dunn&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Edward Cullen jest przeklęty. Nowa dziewczyna siedząca koło niego na lekcji biologii wygląda i, co gorsza, pachnie jak coś do jedzenia. Do tej pory, chodząc po świecie przez sto lat, nigdy nie natknął się na zapach tak bardzo upajający. Nie pozwalał mu myśleć. Jak tak dalej pójdzie, jego rozsądek stanie się mglistym wspomnieniem wraz z całą godną dżentelmena powściągliwością i samokontrolą, nad której utrzymaniem pracował tak ciężko. Myśli tylko o tym, co chciałby zrobić z tą dziewczyną, gdyby dorwał ją na osobności, i jak do tego doprowadzić. Oszołomiony i zdziwiony tym nagłym przypływem apetytu, potrafi odzyskać kontrolę nad sobą na wystarczająco długo, by wybiec za drzwi i wyjechać na Alaskę, gdzie kilka dni na świeżym górskim powietrzu działa jak długi, zimny prysznic, otrzeźwia go i uspokaja.&lt;br /&gt;
Filozofia wymaga odważnego oddania się prawdzie, bądźmy więc wobec siebie całkowicie szczerzy na samym początku: Kto z nas nie ma podobnych doświadczeń? Nie chodzi o to, że mieliście dokładnie takie same jak Edward plany względem smakowitego ciacha siedzącego obok was na lekcji biologii (czy jakiejś tam innej lekcji). Boże broń! Ale nie ma wśród nas nikogo, kto nie zdawałby sobie choć w najmniejszym stopniu sprawy z tego, co biedny koleś przeżywał. Kogo nie dosięgło pragnienie uderzające z tak ogromną siłą, że ukrycie go stało się praktycznie niemożliwe, nie mówiąc już o oparciu mu się i niepodążeniu w stronę, w którą ono każe nam iść? Możecie zaprzeczać, ile wam się podoba, ale wydaje mi się, że wiecie, o czym mówię. Jeśli jednak upieracie się, że nigdy nie ogłupieliście z powodu nagłego pragnienia, najmilsze, co mogę powiedzieć to to, że nie jesteście chyba najlepiej rokującymi kandydatami do studiowania filozofii, a przynajmniej nie według starożytnego greckiego filozofa Platona (427–347 p.n.e.), z którym zapoznamy się niedługo.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;strong&gt;&amp;quot;Przepraszam za to kulinarne porównanie&amp;quot;&lt;br /&gt;
- co sprawia ci przyjemność?&lt;br /&gt;
&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;
Na pierwszy rzut oka doświadczenie Edwarda wydaje się typowe wyłącznie dla jego gatunku, ponieważ to zapach krwi Belli Swan rozbudza jego pragnienie, i stwierdzenie, że chciałby ją zjeść, nie jest żadną przenośnią. &amp;quot;Przepraszam za to kulinarne porównanie&amp;quot; - mówi do Belli, kiedy niezdarnie usiłuje wytłumaczyć swoje gburowate zachowanie wobec niej tego dnia, gdy się poznali i kończy, porównując ją do lodów. Oczywiście, dla większości z nas nie byłoby to niczym więcej niż analogią. Ciacho siedzące obok was na lekcji nie było tak naprawdę kawałkiem ciasta, a wy prawdopodobnie nie mieliście zamiaru dosłownie go ugryźć. Ale jest coś nieszczerego w tym, że Edward nazywa swoje odwołanie do jedzenia &amp;quot;porównaniem&amp;quot;, skoro naprawdę chciał z Belli zrobić posiłek.&lt;br /&gt;
Doświadczenie Edwarda nie jest nam całkowicie obce, ponieważ erotyczne i romantyczne tęsknoty naprawdę mają coś wspólnego z fizycznym głodem. Któż może wątpić, że to kulinarne porównanie (sposób, w jaki wampir zabiera się do swojej ofiary, może służyć jako metafora miłosnego podboju) jest odpowiedzialne za sporą część erotyzmu zawartego w opowieściach o wampirach? Czym innym miałoby być? Bycie kilkusetlatkiem samo w sobie nie jest sexy (nawet jeśli się ma &amp;quot;tylko&amp;quot; sto osiemnaście lat, jak w wypadku Edwarda), tak samo ciepłota ciała równa temperaturze zwłok. Ale jest coś niezaprzeczalnie erotycznego i intymnego w sposobie, w jaki zaspokaja głód wampir, nie wspominając o uwodzicielskim, zwierzęcym magnetyzmie, jakim emanuje, dzięki któremu bez wysiłku oczarowuje swoją ofiarę, a ona poddaje się jego woli i odsłania szyję. Oczywiście w sadze &lt;em&gt;Zmierzch&lt;/em&gt; to Bella bezustannie próbuje osłabić zdecydowany opór Edwarda, ale Cullen to dziwnie honorowy krwiopijca.&lt;br /&gt;
W każdym razie, to nie przypadek, że język związany z jedzeniem oferuje tak bogaty i trafny zasób metafor pozwalających opisać nasze doświadczenia w pozornie odległej dziedzinie romansu i seksu. Bez wątpienia częściowo jest tak dlatego, że jedzenie jest jedną z najintensywniej zmysłowych przyjemności w życiu. Czerpiemy radość z wyglądu, zapachu i smaku pożywienia. Nasze mięśnie są zaangażowane w przyjemnie zmysłowe czynności gryzienia, przeżuwania i przełykania każdego smakowitego kęsa. Kiedy jedzenie zredukowane jest do papki i przepchnięte przez przełyk, zadowolony żołądek odwdzięcza się za to dobrodziejstwo pobudzeniem mózgu, który promieniuje poczuciem głębokiej satysfakcji na resztę ciała. Każda faza tego procesu dostarcza odrębnego rodzaju przyjemności, istnieje więc naprawdę dobry powód, by jedzenie wraz z piciem było często kojarzone z uczuciem radości. Dla nowo narodzonych, zarówno ludzi, jak i wampirów, zmysłowa przyjemność odczuwana podczas karmienia to pierwsze wspomnienie zadowolenia, sprawiające, że czynność jedzenia zalicza się do podstawowych paradygmatów głębokiej cielesnej przyjemności. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności jedzenie jest również główną czynnością podtrzymującą radośnie nasze życie. Posilamy się w ramach posłuszeństwa prawom natury, a ta wynagradza je, czyniąc jedzenie prawdziwą przyjemnością. Apetyt seksualny jest podobny - potrzeba natury jest naszą rozkoszą. W obu wypadkach głodu i erotycznego pragnienia biologiczne siły znajdują potężnego sprzymierzeńca w uroku przyjemności.&lt;br /&gt;
Oczywiście analogia ta ma swoje wady. Czynność jedzenia kończy się destrukcją obiektu przyjemności, a przynajmniej unicestwieniem go jako niezależnej całości poprzez jego transformację we fragment naszego własnego ciała. Z drugiej strony, kochankowie nigdy nie stają się dosłownie jednym ciałem, jakkolwiek ciasno przylegaliby do siebie. Niemniej jednak świat pełen jest drapieżnych uwodzicieli, którzy wykorzystują innych w sposób dość podobny do tego, jak większość z nas pochłania posiłki. Nie okazują szacunku, dbają o dobro swoich partnerów tyle, ile lew dba o jagnię.&lt;br /&gt;
Nawet jeśli pójdziemy za rycerskim przykładem Edwarda, lwa, który zakochał się w jagnięciu, i uznamy, że nasza ukochana ma inne potrzeby i zainteresowania, które określają granicę tego, jak daleko możemy się posunąć w zaspokajaniu własnych pragnień, prawdą pozostaje, że każda forma zmysłowych przyjemności przypomina nieco rozkosze jedzenia. Przyjemność jest zawsze związana z &amp;quot;upajaniem się&amp;quot; lub doznaniem odczuć, które w gruncie rzeczy są prywatne, z natury przeżywane samotnie, nawet jeśli ich źródłem jest wspólna czynność, taka jak kochanie się. Co więcej, możemy zostać tak zalani falą przyjemności, że nic poza nią w danej chwili się nie liczy. Nawet szarmancki Edward musi przyznać, że jego pragnienie przebywania w towarzystwie Belli jest zasadniczo egoistyczne, umotywowane chęcią upajania się jej pięknem i zapachem, zmysłową ucztą, dla której potrafi wystawić ukochaną na śmiertelne niebezpieczeństwo.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;strong&gt;&amp;quot;Co powinienem zrobić... [a] to,&lt;br /&gt;
co zrobić chciałem&amp;quot;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;/strong&gt;Okładka pierwszej książki sagi &lt;em&gt;Zmierzch&lt;/em&gt; ukazuje otwarte dłonie trzymające jasne czerwone jabłko, przywodząc na myśl sławny związek pokarmu i erotyki, który jest głęboko zakorzeniony w zachodniej świadomości. Większość z nas zna historię upadku ludzkości z &lt;em&gt;Księgi Rodzaju&lt;/em&gt;, pierwszej księgi &lt;em&gt;Biblii&lt;/em&gt;, która opowiada o tym, jak pierwszy mężczyzna i kobieta stracili swą dziecięcą niewinność i zostali wygnani z raju na skutek nieprzestrzegania zakazu Boga, by nie jeść owocu z &amp;quot;drzewa poznania dobra i zła&amp;quot; (&lt;em&gt;Księga Rodzaju&lt;/em&gt; 2, 17). &lt;em&gt;Biblia&lt;/em&gt; oczywiście nie określa nigdzie &amp;quot;zakazanego owocu&amp;quot; jako jabłka. W mitologii greckiej jabłka były jednak ważną figurą wikłającą pożądanie z niezgodą, i być może dlatego ktoś uznał, że jabłko było również głównym winowajcą w historii z &lt;em&gt;Księgi Rodzaju&lt;/em&gt;, i pomysł ten się przyjął. &lt;em&gt;Biblia&lt;/em&gt; nie sugeruje również, że to żądza przyczyniła się do upadku człowieka. Nie powstrzymało to jednak wielu wczesnochrześcijańskich teologów przed upieraniem się, że &amp;quot;poznanie dobra i zła&amp;quot; przekazane przez zakazany owoc miało coś wspólnego z poznaniem cielesnym. Tę interpretację uprawdopodobniło nagłe odkrycie przez Adama i Ewę swojej nagości tuż po uraczeniu się owocem. W rezultacie od tego momentu zakazane pragnienie jest utożsamiane z odgryzaniem dużego, soczystego kęsa jabłka.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kiedy średniowieczni chrześcijańscy teologowie, tacy jak Tomasz z Akwinu (1224–1274), zastanawiali się nad tymże jabłkiem, uważali, że ostrzega nas ono przed niebezpieczeństwami tego, co nazywali concupiscentia, czyli &amp;quot;pożądliwość&amp;quot;. Było to ich określenie dla całkowicie naturalnego i spontanicznego pragnienia przyjemnych rzeczy, jak jedzenie i seks. Oczywiście, nie ma nic z natury złego w tych przedmiotach pożądania. W rzeczywistości Tomasz z Akwinu podkreślał, że są potrzebne i dobre, ale - i to jest najważniejsze zastrzeżenie - dopóki nie poszukujemy ich jedynie dla przyjemności, ale z powodów, dla jakich, według niego, stworzył je Bóg: na przykład odżywiania naszych ciał czy reprodukcji gatunku. Jeśli pozwolimy im działać poza ograniczeniami sumienia i rozumu, pożądliwe pragnienia stają się zarzewiem takich grzechów jak żądza i obżarstwo. Tomasz zaklasyfikował pożądliwość jako formę miłości, ale odróżnił ją od uczucia przyjaźni tym, że przedmiot pożądliwości &amp;quot;miłuje się (...) nie dlatego, żeby było [mu] dobrze, ale żeby [go] posiąść&amp;quot;. Nasze pragnienie jedzenia jest pożądliwe, ponieważ interesują nas jedynie składniki pokarmowe i przyjemności, jakie dla nas stąd wynikają. Pragnienia erotyczne również są pożądliwe, ponieważ ich celem jest nasza własna przyjemność.&lt;br /&gt;
Pożądliwe pragnienia są bardzo silne, przyjemne i, w opinii Tomasza i innych moralistów chrześcijańskich, stają się powodem problemów, jeśli zdominują osobowość. Nie tylko skłaniają nas do niepohamowania i szkodliwego nieumiarkowania, ale kiedy zaczynamy patrzeć na ludzi poprzez zniekształcające soczewki pożądliwości, redukujemy ich do przedmiotów, które można skonsumować lub użyć dla przyjemności. Tak mniej więcej widzi nas większość wampirów spoza klanu Cullenów. Swój ulubiony rodzaj ludzkich istot Spike z serialu &lt;em&gt;Buffy: pogromca wampirów&lt;/em&gt; określa jako &amp;quot;Happy Meal na dwóch nogach&amp;quot;. To kolejny wampir lubiący porównania kulinarne. Obrazem tego, co Tomasz z Akwinu mógłby określić jako czystą, niepohamowaną &amp;quot;pożądliwość na dwóch nogach&amp;quot;, może być opis nowo narodzonych wampirów w &lt;em&gt;Zaćmieniu&lt;/em&gt;. Edward tak opisuje jednego z nich, &amp;quot;to głodny i rozwścieczony nieszczęśnik, który nie potrafi się kontrolować&amp;quot;. Jeśli te rozszalałe, niemoralne żądze są tym, czym staje się pożądanie pozostawione bez nadzoru naszej racjonalnej natury, to brońmy zaciekle oblężonych przez wroga szańców rozumu.&lt;br /&gt;
Pewnej nocy Edward balansował na krawędzi tego szańca w sypialni Belli. Wcześniej tego dnia odkrył, że ma rywala w osobie Mike’a Newtona, i odtąd zazdrość rozpaliła jego pragnienie Belli do tego stopnia, że włamanie do jej domu wydało mu się doskonałym pomysłem. Tej nocy po raz pierwszy znalazł się w jej sypialni, by szpiegować ją podczas snu, co zapoczątkowało tylko kolejne nocne wizyty. Później tłumaczył Belli, co działo się wtedy w jego głowie: &amp;quot;Przyglądałem się, jak śpisz, walcząc z myślami. Z jednej strony wiedziałem, co powinienem zrobić, co jest etyczne, rozsądne, właściwe. Z drugiej strony było to, co zrobić chciałem. Mógłbym cię ignorować, mógłbym zniknąć na kilka lat i wrócić po twoim wyjeździe, ale wówczas, pewnego dnia, przyjęłabyś w końcu zaproszenie Mike’a czy kogoś jego pokroju&amp;quot;.&lt;br /&gt;
Dobrze wiemy, że ani Mike Newton, ani nikt jego pokroju nie podbiłby serca Belli, gdyby nie pojawił się Edward. Jednak bez względu na to, jak bardzo Edward mylił się co do swojej konkurencji, jego rozdzierająca walka wewnętrzna była bardzo prawdziwa. Tomasz z Akwinu bez wątpienia opisałby to jako walkę między pożądliwością (&amp;quot;co zrobić chciałem&amp;quot;) a sumieniem (&amp;quot;co powinienem zrobić&amp;quot;). Wystarczyło, że Edward usłyszał imię, które Bella wymamrotała przez sen. Przekonało go to do odrzucenia na bok sumienia i sięgnięcia po jabłko. To pokazuje olbrzymią siłę pożądliwości.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
===========================&lt;br /&gt;
Książka ukazała się 12. listopada 2009 r. nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka.&lt;br /&gt;</description>
 <comments>http://pozytywy.com/artykuly/13014-william-irwin-rebecca-housel-j-jeremy-wisnewski-zmierzch-i-filozofia-fragment-ksiazki#comments</comments>
 <category domain="http://pozytywy.com/taxonomy/term/79">Książki</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/erotyka">erotyka</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/filozofia">filozofia</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/pozadanie">pożądanie</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/seks">seks</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/stephenie-meyer">Stephenie Meyer</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/wampiry">wampiry</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/zmierzch">Zmierzch</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/zmierzch-i-filozofia">Zmierzch i filozofia</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/kategorie/czytelnia">Czytelnia</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/kategorie/ksiazka">Książka</category>
 <enclosure url="http://pozytywy.com/image/view/13013/preview" length="44549" type="image/jpeg" />
 <pubDate>Sat, 14 Nov 2009 05:33:39 +0100</pubDate>
 <dc:creator>mw</dc:creator>
 <guid isPermaLink="false">13014 at http://pozytywy.com</guid>
</item>
<item>
 <title>Anna Brzezińska: Letni deszcz. Sztylet - rozdział I</title>
 <link>http://pozytywy.com/artykuly/12998-anna-brzezinska-letni-deszcz-sztylet-rozdzial-i</link>
 <description>&lt;strong&gt;Rozdział pierwszy&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;/strong&gt;To miejsce zostało utkane z kamienia i wichru. Chłód przenikał je na skroś, nieprzytłumiony ani przez ogień na palenisku, ani drewno, skóry, kobierce oraz zasłony, których tu nie szczędzono.&lt;br /&gt;
Dobre miejsce, żeby usnąć, pomyślała. Dobre miejsce na śmierć.&lt;br /&gt;
Jej ojciec podniósł ten dworzec ze zgliszczy po najeździe pomorckich frejbiterów. W tamtych czasach łupieżcy rzadko zapuszczali się tak daleko, lecz jakiś wyjątkowo zuchwały than - a może tylko bardziej wygłodniały od innych - postanowił sprawdzić, czy jesienna zawierucha nie przytłumi czujności obrońców. I zapłacił za to swoją cenę, lecz nie od razu. Oczywiście próbowano stawić mu czoło. Pora napadu została jednak starannie wybrana, bo większość wojowników popłynęła z kniaziem na wiec. W dworcu był zaledwie z tuzin strażników, którzy zabarykadowali się wewnątrz palisady wraz z małżonką kniazia, dwójką maleńkich dzieci oraz garstką wolnych osadników, sprowadzonych naprędce z okolicznych gospodarstw.&lt;br /&gt;
Przybyli wszyscy zdolni do walki, a w tej okolicy nawet siedmioletni chłopiec potrafił unieść siekierę lub ojcowski oszczep. Mógł więc również umrzeć. Dawno temu, kiedy pierwszy raz opowiedziano jej tę historię, napełniło ją to smutkiem.&lt;br /&gt;
Bronili się jeden dzień i jedną noc. Później, w obawie przed odsieczą, której spodziewano się lada chwila, pomorcki than kazał podłożyć pod dwór ogień. Kryte torfem, nasiąknięte od deszczu dachy nie zapaliły się od razu, więc dzieła najeźdźców dokończyły nie płomienie, tylko dym. Wokół kopcącego się dworu stali pomorccy wojownicy i zabijali każdego, kto, oczadziały wyziewem ognia i strachem, usiłował wydostać się na zewnątrz. Potem splądrowali spichrze i piwnice, zagnali na okręty owce i krowy, załadowali ziarno i odpłynęli na północ.&lt;br /&gt;
Kiedy jej ojciec powrócił, nad ruinami dworzyszcza wciąż tlił się dym. Nikt nie ocalał.&lt;br /&gt;
Dwie zimy zajęło mu pojmanie thana. W powrozach sprowadził go na zhańbioną ziemię, a następnie żywcem zakopał wśród popiołów i przykrył kamieniem, który stał się podwaliną nowego dworzyszcza. Znacznie, znacznie później jasnowłosej dziewuszce, jego córce z drugiej żony, wydawało się, że w wichrowe noce słyszy spod posadzki jęki konającego frejbitera. Z czasem ścichły. Nawet krew bowiem blednie kiedyś na głazach, a w tej krainie śmierć nie była niczym niecodziennym.&lt;br /&gt;
Na kamiennym cokole wzniesiono dworzec z ciężkich, gładko ociosanych bali i nakryto go gontem, powleczonym błękitną farbą, jak czyniono daleko stąd, w najpiękniejszym mieście Krain Wewnętrznego Morza. Dziewczynka nigdy go nie oglądała. Kiedy jednak dorosła - jedyna dziedziczka swojego rodu, piękna i dumna, jak przystało córce jej ojca - świat zaczął przychodzić do niej. Zwajeccy kniaziowie, sinoborscy bojarzy, nawet skalmierski książę przybijali do brzegów wyspy, żeby się o nią pokłonić przed rodzicem. Była wówczas muzyka, i śpiew, i wino, i zapach zimowych jabłek, choć czas nie sprzyjał radości, bo tuż pod ich bokiem ciemna ziemia Pomortu nabrała kształtu i wynurzyła się z dna morza, posłuszna woli Zird Zekruna.&lt;br /&gt;
Stara kobieta pamiętała potężną falę, zrodzoną wokół nowego lądu, w samym sercu mocy boga, gdy uderzyła w ich brzegi. Stała na szczycie kamiennej strażnicy, patrząc, jak fala się przybliża, spiętrzona niczym skała i przybrana siną grzywą piany. Ściskała w ręku sztylet, jedyna w grupie przerażonych kobiet, która nie przyłączyła się do lamentów ani nie zamknęła oczu, kiedy morze porywało kolejne okręty i wciągało je w podmorski wir.&lt;br /&gt;
Mówiono, że tamtego dnia ocaliły ich sorelki. Wodne panny od niepamiętnych czasów widywano na kamienistych plażach, jak czeszą włosy z zielonych i modrych wodorostów albo wylegują się przyodziane w skóry fok i morsów. Wyrywały wiosła nieostrożnym żeglarzom i potrafiły popchnąć statek na rafy, jeśli ktoś im ubliżył. Lecz zapraszano je również na biesiady i wkładano im nowo narodzone dzieci w ręce, aby błogosławieństwem zjednały im przychylność oceanu. Dlatego tamtego dnia, kiedy Zird Zekrun spróbował obrócić na swoją korzyść moc morza, stanęły przy skalistych brzegach wysp Zwajców, a także plażach Sinoborza, na klifach Skalmierza i nad Cieśninami Wieprzy, a kipiel wygładziła się pod dotykiem ich dłoni.&lt;br /&gt;
Mówiono też, że z tego właśnie powodu Zird Zekrun je znienawidził.&lt;br /&gt;
Kobieta pamiętała również, jak Pomort próbował zetrzeć Zwajców z powierzchni morza i nękał tę wyspę corocznymi napadami. Jednakże teraz, kiedy jej serce stygło powoli i pokrywało się popiołem od zgryzot i zawiedzionych nadziei, coraz więcej czasu spędzała w ojcowskim dworzyszczu. Lubiła chwilę, kiedy na pokładzie smoczego okrętu zapuszczała się w głąb zatoki i skalne urwiska zaciskały się wokół niego tak mocno, że niemal słyszała, jak burty ocierają się o głazy. Gdzieś w połowie wodna ścieżka rozszerzała się, tworząc zwodniczo łagodne jezioro, każdej wiosny zasilane przez spływające z gór strumienie. Właśnie tam jej ojciec rozkazał zatopić cztery łodzie: ich wraki strzegły przejścia przed wrogiem, który, nieświadomy tych wód, usiłowałby podpłynąć ukradkiem ku siedzibie władcy.&lt;br /&gt;
Pod gładką taflą kryły się leniwe, przegniłe potwory, rokrocznie przesuwane przez prądy i pływy. Nawet mieszkańcy wyspy mówili o nich z lękiem i niejeden pewnie przeklinał starego kniazia, kiedy zapuszczał się na środek jeziora. Wraki nie czyniły bowiem różnicy między najeźdźcami a rybakami, zatem co roku dołączały do nich nowe łodzie, swojskie i obce. Gdy płynęła poprzez to cmentarzysko statków, czuła, jak krew zaczyna jej żywiej krążyć w żyłach - i odnosiła kolejne, drobne zwycięstwo nad losem, kiedy udawało jej się postawić stopę na twardym gruncie.&lt;br /&gt;
Oczywiście istniały niebezpieczeństwa, którym przystępu nie broniły ani podwodne wraki, ani tarcze wojowników. Każdego dnia przypominały jej o tym świeże, niepoczerniałe dotąd koły w palisadzie i ślady kopyt, odciśnięte w skale tak wyraźnie, jak gdyby wypalono je pogrzebaczem w skórze. Poza tym było coś jeszcze. Jasnowłosa dziewczyna, spoczywająca w komnacie na szczycie kamiennej wieży.&lt;br /&gt;
Tego dnia chmury rozproszyły się na niebie i przez otwarte okiennice wpadało słoneczne światło. Wicher poruszał lekko kobiercami na ścianach, mierzwił sierść na skórach, którymi zarzucono posłanie. Tutaj nigdy nie przestawało wiać, choćby i u kresu lata, kiedy morze było rozgrzane słońcem, a nad łąkami unosiła się woń skoszonego siana.&lt;br /&gt;
Na drewnianej framudze zaczepiła się pajęcza nić. Falowała na wietrze, krucha i przezroczysta, na wylot prześwietlona słońcem. Uwieszony na niej pajączek wyglądał jakby wypełniono go krwią.&lt;br /&gt;
Dziewczyna na wielkim, rzeźbionym łożu nie poruszała się. Jej wąska biała twarz przypominała migdał. Kiedyś, w czasach jej młodości, kupiec ze Szczeżupin podarował gospodyni dworca skórzany mieszek, pełen tych osobliwych, południowych orzechów. Nigdy wcześniej nie oglądała podobnego specjału, więc - co wspominała z mieszaniną wstydu i rozbawienia - zjadła je pospiesznie, ukryta za węgłem stodoły. Pamiętała, że strasznie rozbolał ją brzuch. Pamiętała również ich dziwny, słodko-gorzki smak. Kiedy patrzyła na to nieruchome dziecko, uwięzione w jej ślubnym łożu i wewnątrz własnego snu, znów czuła ten smak w ustach. Niekiedy stawał się tak intensywny, że ledwo powstrzymywała mdłości.&lt;br /&gt;
Rude włosy opadły na podłogę, potargane przez wiatr.&lt;br /&gt;
Staruszka odwróciła wzrok. Te pozory życia, przejrzysty i złoty blask, nawet teraz roztaczany przez dziewczynę, sprawiały, że wszystko wydawało się jeszcze trudniejsze. Jednakże babka przychodziła tutaj każdego dnia. Zawsze była uparta, a na starość nie pozostało jej nic prócz wytrwałości.&lt;br /&gt;
Wiatr zaklekotał okiennicą i uniósł pajęczą nić ku łożu.&lt;br /&gt;
Lato dobiegało kresu. Pnącza malin łamały się pod ciężarem owoców, a w brzęczenie pszczół wkradła się nowa, leniwa nuta. Lecz w tej komnacie, w całym dworcu, nic nie zmieniło się od dnia, kiedy podwórzec pokrył się lodem pod kopytami wierzchowców, które nie urodziły się ani w tym, ani w żadnym z innych światów. Llostris - córka jej wnuka, dla której popłynął w niebyt - śniła jak jedna z baśniowych księżniczek, zamkniętych wewnątrz kryształowego sarkofagu, podczas gdy mężczyzna, który ją tu przywiózł...&lt;br /&gt;
Babka gwałtownie obróciła się ku palenisku i czubkiem laski rozgarnęła żar. W komnacie nieustannie zalegał chłód, bijący od kamiennej posadzki i od tej marmurowo obcej postaci na łożu. Staruszka nie ufała sobie wystarczająco, by myśleć tu o synu Smardza. Pogrzebała męża i synów i nikt nie mógł powiedzieć, że widział jej łzy. Teraz też nie zamierzała płakać. Wiedziała, że jeśli pozwoli sobie na rozpacz, na choćby jedną, jedyną łzę, pryśnie harda nieustępliwość, dzięki której trwała w tym miejscu na przekór ludziom, bogom i temu, co sobie nawzajem uczynili.&lt;br /&gt;
Oczywiście nic nie było przez to łatwiejsze.&lt;br /&gt;
Usiadła nieruchomo na zydlu, utkwiwszy wzrok w klepsydrze. Musiała przesypać się jeszcze pięć razy, żeby staruszka mogła się podnieść, tłumiąc westchnienie bólu, i odejść. Dwanaście obrotów klepsydry. Co dnia. Tym właśnie stało się jej życie.&lt;br /&gt;
Piasek opadał bezszelestnie. Za oknem, w dole na dziedzińcu, szczekały psy.&lt;br /&gt;
Każda myśl, każde podejrzenie, plan i nadzieja, zostały w tej komnacie po wielekroć przesypane w pamięci i okazały się jałowe jak piasek. Złożono ofiary, odprawiono modły, wezwano alchemików, wędrownych kuglarzy, medyków i wiedzące babki. Wszystko zawiodło. Właściwie staruszka przewidziała tę porażkę już wówczas, kiedy książę - dziecko z kohorty boga - ułożył rudowłosą na nagiej ziemi u jej stóp.&lt;br /&gt;
Nazwał ją wtedy iskrą na dnie swojego serca. Lecz iskry gasną nieuchronnie, a wiedząc, co wydarzyło się na Rogobodźcu, Zwajka wątpiła, by w sercu dziedzica żalnickiej korony pozostało jeszcze cokolwiek z gorącego, rozedrganego losu człowieka.&lt;br /&gt;
Jego płaszcz wciąż leżał w nogach łóżka. Nie odważyła się go wyrzucić. Był częścią tego, co się stało, nieodłącznym elementem układanki, zakleszczonej wokół nich jak żelazne wnyki. Podobnie jak błękitnoskrzydły wierzchowiec, który rozpalał zawiść w wojownikach. Krążył wokół dworca, krzykiem przyzywając swoją panią, podfruwał, tłukł skrzydłami w okiennice. Na darmo usiłowali odpędzić go wrzaskiem albo kamieniami. Przestraszony, powracał wkrótce, ściągany przymusem, który okazał się silniejszy niż głód i pragnienie, aż wreszcie któregoś dnia połamał sobie skrzydła o wystający okap dachu.&lt;br /&gt;
Musieli go dobić. Przestraszyła ją ta śmierć. Cuda, które zeszłego roku, kiedy Suchywilk ściągnął do dworzyszcza z odnalezioną córką, wydawały się kojące i łaskawe, teraz nikły jedne po drugich.&lt;br /&gt;
Jej czas dobiegł końca. Piasek przesypał się.&lt;br /&gt;
Wstała, jednak nieostrożnie i zbyt szybko. Poczuła w krzyżu ostrzegawcze ukłucie i na chwilę pociemniało jej przed oczami. Ból, nieodłączna przypadłość jej wieku, nasilił się tego lata. Nie buntowała się przeciwko temu. Nie miała już na co czekać.&lt;br /&gt;
W drzwiach przystanęła na moment, usiłując przyoblec twarz w surową pewność, która pomagała jej ludziom przetrwać. Musieli mieć nadzieję. Musieli wierzyć, że to dziwne lato wreszcie minie.&lt;br /&gt;
W końcu była gotowa. Zaczerpnęła tchu i wtedy za jej plecami, tak słaby, jak westchnienie dziecka, rozległ się głos:&lt;br /&gt;
- Usłyszałam wołanie. Jak długo śniłam?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
***&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Chciała płakać - łzy wydawały się stosowne w obliczu boskich cudów - lecz oczy, nieustępliwe i uparte, pozostały suche. Tylko serce kołatało się z przerażenia jak ptak złapany w siatkę. Bo nie potrafiła się cieszyć. Nie umiała podbiec do tego dziecka, tak upragnionego, tak drogo okupionego, i schwycić go w ramiona, żeby upewnić się, że przebudziło się naprawdę. Ogień wpleciony we włosy Iskier nie ogrzewał śmiertelnych. Zwajka przekonała się o tym dogłębnie, kiedy śmierć jasnej Selli popchnęła trzech spośród jej prawnuków w szarą, spienioną zgubę pomiędzy Żebrami Morza.&lt;br /&gt;
Przycisnęła ręce do piersi, nagle bardzo świadoma swojej starości, grzbietu przygiętego do ziemi, oczu wypełzłych od nieskończonych zdrad, okrucieństw i smutków, jakie oglądały. Świat przemieniał się wokół niej. Z każdą jesienią i wiosną nabierał nowych, odrażających kształtów. Niektóre z nich nosiły imiona bogów, wysnute z ich potęgi i uformowane przez umysły, których nie dało się ogarnąć. Lecz kiedyś, gdy była młoda, umiała znaleźć pomiędzy nimi również sprzymierzeńców i uszczknąć dla siebie, choćby podstępem, odrobinę ich mocy. A teraz jej dary - uroda, potęga rodu, nawet rozum - przeminęły. Nic już nie mogła zrobić. Zupełnie nic.&lt;br /&gt;
Żaden bóg nie stanie więcej na jej progu. Nie zatrzyma się tu, ani żeby jej pobłogosławić, ani żeby ją zabić. Jednak za tą złotą, roziskrzoną dziewczyną, córką jej wnuka lub nie, podążą jak psy za suką. Jedni będą chcieli ją rozszarpać, inni nią owładnąć. Żaden się nie zawaha.&lt;br /&gt;
Zastanawiała się, czy zdołałaby ją na to przygotować. Zapewne nie. Śmiertelnik nigdy nie może być gotów na spotkanie z bogiem.&lt;br /&gt;
- Zbyt długo - przemówiła wreszcie schrypniętym głosem. - Spałaś zbyt długo, dziecko.&lt;br /&gt;
Jasnowłosa odrzuciła skóry, wystawiając ciało na podmuchy wiatru, a jej dłonie, zagłębione wśród koców, napotkały pochwy zakrzywionych mieczy. Pogłaskała je delikatnie, a potem jednym gwałtownym ruchem obnażyła klingi.&lt;br /&gt;
Czerwony pajączek toczył się po jej twarzy jak krwawa łza.&lt;br /&gt;
- Sądziłam, że będziesz chciała je mieć przy sobie - rzekła cicho staruszka.&lt;br /&gt;
Dziewczyna przesunęła palcami po żelazie. Wypolerowane ostrze chwytało promienie słońca.&lt;br /&gt;
- Teraz pamiętam - powiedziała, wpatrując się w błękitny przestwór za oknem. - Pamiętam ucztę, krew i morze. Pamiętam również sok źródła Ilv i moc Zird Zekruna, która zakiełkowała we mnie jak jaskółcze ziele. Eweinren! - wykrzyknęła naraz. Odwróciła się ku staruszce. Jej oczy zdawały się płonąć. - Co on zrobił? Co zrobił Koźlarz?&lt;br /&gt;
Zwajka przymknęła na moment powieki. Nie wiedziała, jak streścić te długie, znojne tygodnie lata i zamknąć wszystko, co przyniosły, w kilku krótkich słowach.&lt;br /&gt;
- Och, kochanie - rzekła w końcu. - Była bitwa.&lt;br /&gt;
W tej samej chwili wiatr pochwycił wreszcie szkarłatnego pajączka i uniósł go w dal.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
***&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zanim jednak rozpętała się bitwa, wydarzyło się coś jeszcze - jedno z drobnych, nieprzewidywalnych drgnień, które bezpowrotnie burzą pajęczynę tkaną przez bogów. Ukryty głęboko w źrenicy Zird Zekruna Mroczek śledził armie, maszerujące poprzez Żalniki. Spoglądał oczami sług Pomortu, nasłuchiwał myśli i w miejsce niedawnego przerażenia rosło w nim poczucie własnej potęgi. Porwał go rwący nurt mocy, która, nierozpoznana, unosiła się na powierzchni Żalników jak brunatna piana. Kapłani w podziemnych przybytkach, dziady proszalne z miseczką Cion Cerena pobrzękującą u boku, bosonodzy heretycy, pyszni panowie w kontuszach i zbrojach oraz obdarte niewiasty uciekające przed zarazą - wszyscy snuli plany, nienawidzili, głodowali, mścili się, korzystali z rozkoszy i uciech, nie widząc podskórnych ścieżek, drążonych w ich umysłach poprzez Zird Zekruna. I Mroczek przez chwilę stał się częścią tej niepojętej potęgi, która tak wezbrała w siłę, że, niepomna na dawne układy i zakazy, wylewała się ze starego koryta.&lt;br /&gt;
Zird Zekrun sięgał po wyznawców innych bogów. Podstępnie i skrycie wyrywał śmiertelników z ich przeszłych przysiąg i powinności. Owszem, od wieków zdarzali się odstępcy, którzy, uprzykrzywszy sobie jednego pana, oddawali się innemu w opiekę - nie było to jednak częste i nie zaskarbiali tym sobie łaski współplemieńców. Teraz wszakże działo się inaczej. Zird Zekrun nie czekał już na ludzkie przyzwolenie. Po prostu brał to, czego pragnął, a skalne robaki kruszyły wszelki opór, niwecząc po równo ciało i wolę.&lt;br /&gt;
A może jest jednak inaczej? - pomyślał Mroczek i poczuł, jak skały na moment przybliżyły się do niego. Może sami otwieramy się na moc, a ona niepostrzeżenie wlewa się przez szczelinę, kropla po kropli?&lt;br /&gt;
Istotnie, dziś wydawało mu się, że sam zaprosił boga i roztworzył się na jego przyjęcie, żeby choć przez chwilę uczestniczyć w jego przejmującej wszechwładzy. Nikt nigdy nie znalazł się tak blisko Zird Zekruna, myślał. Nawet Wężymord. Mroczek widział go teraz, jak maszeruje gościńcem, wyniosły i pyszny na jabłkowitym rumaku. Nie czuł wdzięczności, ten syn kmiota, który zimą układał się pośród świń na spoczynek i na przednówku świńską karmę jadał. Nie rozumiał, że bóg wybrał go, bez żadnej jego zasługi, i wyniósł ponad innych. Przybiegał pod Hałuńską Górę jak pies, wyrywał z ręki boga ochłapy mocy i uciekał precz, równie krnąbrny i dwulicowy jak niegdyś. I knuł. Nieustająco snuł swoje drobne spiski.&lt;br /&gt;
Kamrat Twardokęska obserwował go oczami kapłanów i sług, czując narastającą wściekłość. Kiedyś, w cytadeli, która strzegła ugoru, w jaki zamieniono dawną stolicę Żalników, Wężymord spojrzał na niego jak na łajno. Grudkę gnoju, którą rozgniecie butem, gdy pan Pomortu znuży się nową zdobyczą. Owszem, padły jakieś słowa. Durne słowa o ścieżkach i gwiazdach. Ale tutaj, w głębi Hałuńskiej Góry, gwiazdy wydawały się kruche jak sopelki lodu i żadne ścieżki nie prowadziły na powrót ku dawnemu życiu. Bo też Mroczek rozumiał wyśmienicie, że nikt nie upomni się o niego, nikt nie wyszepcze za nim słów modlitwy, kiedy Zird Zekrun postanowi go wreszcie odesłać mroczną ścieżką ku Issilgorol. Pozostawiono mu jedynie to ciemne miejsce, gdzie bezustannie tracił samego siebie.&lt;br /&gt;
Było jednak coś jeszcze. Czasami człek mocarny poślizgnie się i na gównie, myślał mściwie dawny zbójca z Przełęczy Zdechłej Krowy, a furia wrzała w nim jak szalejowy napar. Sam nie wiedział, w jaki sposób udało mu się wpleść ją na chwilę w moc boga. A wtedy napotkał inną nienawiść, równie silną jak jego własna.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
***&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nazywano ich Świętym Hufcem. Kiedy wjeżdżali na bitewne pole, zakuci w lustrzane zbroje i ustrojeni w jabłonne pędy z czystego srebra, nikt nie potrafił ich zatrzymać. Odgrażali się, że choćby niebo zaczęło im się walić na głowy, podtrzymają je kopiami.&lt;br /&gt;
Teraz, gdy po czterech w szeregu jechali wąskim traktem, wiatr igrał z zielonymi proporcami i szeleścił srebrzystymi liśćmi na pędach jabłoni osadzonych na kulbakach. Konie, potężne i wyszkolone do walki, stąpały równo i spokojnie, a towarzysze tkwili w siodłach w pełnym rynsztunku, jakby w każdej chwili spodziewali się ataku. Istotnie, droga wiła się tutaj pomiędzy stromiznami gęsto porośniętymi puszczą, w której bez nijakiego śladu mogło się zapaść kilka dobrych kop chłopa. Jednakże nawet jeśli się tam kryli, z pewnością nie pokwapiliby się do ataku na konną rotę, najznamienitszą w tej krainie i osławioną w licznych bojach tak dalece, że na sam jej widok nieprzyjaciel pierzchał precz.&lt;br /&gt;
Gdyby unieśli kopie, kołysałyby się nad nimi jak smukła, młoda drzewina - widok dawno nieoglądany w tych stronach, bo spomiędzy wszystkich autoramentów tego właśnie Pomorcy nienawidzili najbardziej. Jeszcze większe wrażenie czyniły proporce. Wtapiały się w zieleń lasu, soczyste i jaskrawe jak świeże liście. Na każdym z nich jak pociągnięte sadzą odcinały się żalnickie kroczące lwy.&lt;br /&gt;
Niżej było już tylko złoto, srebro i blask. Zbroje, bogate ponad wyobrażenie, z nieodzowną ością, biegnącą w poprzek piersi, żeby ostrza spis i koncerzy ześlizgiwały się z niej bez uszczerbku. Cętkowane skóry lampartów i rysi, narzucone na barki. Szyszaki przyozdobione czaplimi piórami. Pyszne, barwione purpurą ryngrafy na piersiach. Rzędy strojne srebrem i drogimi kamieniami, czapraki tkane błękitem i szkarłatem, jakoby przeznaczono je do świątynnych przybytków, nie zaś na końskie grzbiety. Wszystko lśniło, mieniło się w słońcu.&lt;br /&gt;
Ktoś za plecami Bogorii westchnął rzewnie.&lt;br /&gt;
- Synkowie nasi!&lt;br /&gt;
Szlachcic obrócił się gwałtownie.&lt;br /&gt;
- Kurwi synkowie - rzucił z pasją - co dla bujdy pozłocistej poszli do zdrajcy na służbę. Wrazi sobie jeden z drugim jabłoniowy chabaź w kuper, rad, że oto się w bohatera przemienił. Niedoczekanie! Pierwej im się te chabazie świeżym kwieciem pokryją.&lt;br /&gt;
Nikt się nie zaśmiał. Czterech szlachciców, wraz z Bogorią utajonych pomiędzy krzakami nad krawędzią zbocza, w zakłopotaniu odwróciło twarze. Dwóch pozostałych bez skrępowania gapiło się na przeciągający przesmykiem w dole hufiec.&lt;br /&gt;
Bogoria wykrzywił się kwaśno. Oczy miał nabiegłe krwią, podbite zmęczeniem.&lt;br /&gt;
- Czego ty od nich chcesz? - Szydło wzruszył ramionami. - Toć każdy jeno nogami przebiera, żeby tam swoich synaczków oglądać, przybranych w błyskotki i pobrzękujących jak żeleźniak łańcuchami na jarmarku.&lt;br /&gt;
- Et, nie starczyłoby złociszów w mieszkach! - Bogoria zaśmiał się rubasznie. - Wężymord nic darmo nie daje, ani w mordę nawet. Po mojemu tam każda szarża za sutą wioszczynę kupiona albo i lepiej.&lt;br /&gt;
- A wprzódy inaczej bywało? - Karzeł machnął ręką. - Animusz pański za darmo nie wzbiera, ani o suchym pysku.&lt;br /&gt;
Szlachcic z namysłem poskrobał się po głowie.&lt;br /&gt;
- Ich się nie lękam - oznajmił po chwili - jeno tamtych.&lt;br /&gt;
Istotnie, w dolinie po drugiej stronie Rogonoszy rysowali się już drabowie w brunatnej barwie Wężymorda. Szli ciasno, wedle porządku, nie mieszając szyku. Za nimi majaczyły chorągwie lekkiej jazdy, takoż przyozdobione żalnickimi lwami.&lt;br /&gt;
- Patrzajcie, jak to się Wężymordowi, psiej jusze, odmieniło. - Bogoria splunął pomiędzy paprocie. - Ledwo poczuł żar przy skórze, a już się niby liszka w lwią skórę okręcił i prawowitego żalnickiego pana udaje, jego znakiem w oczy kłuje.&lt;br /&gt;
- No, nie wiedzieć jeszcze, pod czyim zadkiem ten żar się w ogień rozpali - zadrwił karzeł. - Wedle mego rachunku kniaź ma po trzykroć więcej żołnierza, niźli wam się udało ściągnąć.&lt;br /&gt;
- Lezą, ścierwa, jak na weselisko - mruknął ogorzały na gębie szlachcic, niegdyś chorąży z wilczojarskiego zaciągu. - Ani jazdy bokiem nie posłali, coby się sprytnie rozpatrzyła.&lt;br /&gt;
- A czegóż mają się lękać? - Szydło wykrzywił się szpetnie. - Jaśnie księciu Koźlarzowi ryby już pewnie ślepia wyjadły, Twardokęsek własnym zbójectwem tak zaprzątnięty, że się na druhów w opresji nie obejrzy. Kto zatem Pomorckim drogę zastąpi? Lisy i borsuki?&lt;br /&gt;
- Borsuki to z takich bardziej wypasionych! - Bogoria z lubością poklepał się po kałdunie. - A i lisy zajadłe jak trzeba, czyż nie tak, mości Liszyco? - zwrócił się do wychudłego szlachcica po swej prawicy. - Znajdzie się tam u was jeszcze kieł ostry na Pomorca?&lt;br /&gt;
- Znajdzie i żelazny. - Panek pogładził rękojeść karabeli, którą na okoliczność podpatrywania nieprzyjaciela podłożył sobie pod brodę. - Już i pierwej pomorckiej juchy kosztował, a czego raz zazna, tego potem łaknie - dodał butnie.&lt;br /&gt;
Pozostali ze szlachty milczeli jednak, a na ich twarzach rysowało się zmieszanie. Bogoria zdawał sobie sprawę, że widok pomorckiej armii w pochodzie odebrał im ducha i żadne prześmiewki ani pokpiwania nie zatrą obrazu Świętego Hufca, maszerującego pod starodawnymi żalnickimi znakami. Panowie szlachta niby wiedzieli, że w tej batalii brat stanie przeciwko bratu, syn przeciwko ojcu, bo przecież wielu spośród sąsiadów i pobratymców, czy z chęci zysku, czy ze strachu lub w desperacji, przystało na służbę u Wężymorda. Jednak wcześniej, na Lipnickim Półwyspie i w Wilczych Jarach, gdzie wojna toczyła się od tuzina zim z okładem, wszystko wydawało się mniej prawdziwe. W co drugiej wioszczynie albo i na urzędzie siedział krewniak, wprawdzie opłacany z Wężymordowej szkatuły, ale wszak swe obowiązki względem pobratymców rozumiejący. Wrota tiurmy nocką odmykały się cudownym sposobem, żelazne kajdany same opadały z nóg. Rebelianci też bardzo baczyli, by w pogoni za pomorckim zagonem nie stratować swojakowi kapusty, a w potrzebie potrafili wspomóc go cząstką zrabowanego najeźdźcom dobra. I tak wszystko trwało, niezmiennie od wielu zim. Teraz jednak miało się odmienić i to nie na dobre.&lt;br /&gt;
- Las tutaj gęsty wokoło. - Liszyca podrapał się po brodzie. - Pewnikiem ichni zwiad pójdzie na zachód, żeby trakt na lipnicką stronę przepatrzyć i starą kapliczkę na zboczu Rogonoszy. Oby się wasi ludzie dobrze pokryli, mości Bogorio.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
***&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pan Krzeszcz modlił się z głową nakrytą rąbkiem płótna. Nie potrzebował oczu, by widzieć, jak przeklęci przybliżają się ku nim ze wszystkich stron. Świat wokół chwiał się, chybotał, szukając oparcia i wydało mu się raptem, że góra pod jego stopami jest jak korab, który uniesie ich bezpiecznie ku kryjówce bogini. Tak, niezawodnie tak właśnie miało być. Wyczuł tę pewność w głosie bogini, kiedy odnalazła go znienacka na ścieżce ku Uścieży i wezwała w zupełnie inną stronę. On zaś pospieszył jakoby na weselisko, z tą samą ochotą, z jaką zawsze wypełniał jej wolę.&lt;br /&gt;
Bo to miała być próba. Ostatnia próba, która dowiedzie, że są godni zabić wiedźmę, która broniła ich pani przystępu na okrwawioną ziemię.&lt;br /&gt;
Nie bał się. Czyż nie był nagim ostrzem w jej ręce? Mieczem, który wyrąbie drogę poprzez zastępy zdrajców i niewiernych?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
***&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Krzywy Włokita z odrazą poskrobał się po karku. Ostatni raz doglądał wozów, ukrytych pomiędzy niską sośniną, sprawdzał ładunek i solidność klinów, które podłożono pod koła. Prorok nie lubił, kiedy coś szło nie po jego myśli. A w gniewie nie szczędził nawet najwierniejszych towarzyszy.&lt;br /&gt;
Krzywy Włokita bynajmniej do nich nie należał. Do sierotek przystał późno, dopiero u schyłku wiosny, kiedy w jego rodzinnych stronach na dobre rozgościła się czerwona zaraza. Uciekł z wyludnionej wioski z jednym syneczkiem, Kiełbieniem, przygłupim na dodatek, pozostawiwszy za sobą niepogrzebane trupy. Głód pchał go naprzód. Między ludzi, w murowane dworce, gdzie zawsze mogła się trafić okazja do napełnienia brzucha. Pod wiekową kapliczką - w gębie posągu nie dało się już dopatrzyć żadnych rysów, ani Bad Bidmone, ani Zird Zekruna - przyłączył się do pochodu pątników. Wieśniacy, biczyskami odganiający ofiary moru, bywali znacznie bardziej łaskawi dla bogobojnych wędrowców. W każdym razie na to liczył, kiedy, powłócząc z wyczerpania nogami, brnął wraz z innymi ku połyskującym cyną dachom klasztoru.&lt;br /&gt;
To, co wydarzyło się później - spieszna rzeź pomorckich kapłanów i ucieszne widowisko, które nastąpiło potem, kiedy grzebano ich w jabłoniowym sadzie - napełniło Krzywego Włokitę nabożnym wręcz podziwem. Bez oporu pozwolił, aby tłum podochoconych piwskiem sierotek zagarnął go i poprowadził do najbliższego pańskiego dworu. Szerokimi z zadziwienia oczami patrzył, jak pachołkowie, którzy próbowali zastąpić im drogę, w kilka chwil zostali posiekani. Z resztą też heretycy uporali się szybko. I żaden ogień nie spadł na nich z nieba, kiedy smagali przy gumnie szlachcica w portkach z czerwonego sukna.&lt;br /&gt;
Nic nie stało się również następnego dnia, kiedy złupili na dziedzińcu kupieckie wozy. Ani kiedy podłożyli ogień pod klasztorek brunatnych mniszek. Ani gdy na niewielkiej polanie wybili do nogi podjazd rebeliantów.&lt;br /&gt;
Samego proroka Krzywy Włokita oglądał z rzadka i z daleka. Nie garnął się do słuchania kazań, którymi zaczynano i kończono każdy dzień w obozowisku. Nie wyrywał mu z szat nitek, jak czyniły niektóre z kobiet w przekonaniu, że strzępki odzieży świętego męża strzegą przed zarazą i wszelką ziemską chorobą. Nie próbował się zasłużyć w jego oczach szczególną zajadłością, kiedy gromadzie udało się schwycić żywcem kilku panów albo pomorckich popleczników.&lt;br /&gt;
Właściwie nie zaprzątał sobie zbytnio głowy całą tą świętą wojną ani powtórnym przyjściem bogini. Grunt, że miał pełny brzuch. I wreszcie nie musiał się o nic troszczyć.&lt;br /&gt;
Trzymał się blisko koni i teraz, kiedy spomiędzy chaszczy spoglądał na maszerujące w dole wojsko, niepokoił się, czy jego syn zadba odpowiednio o dwie siwe kobyłki, które zeszłej nocy poodbijały sobie kopyta na trakcie. Trupów się nie bał. Zdążył się na nie wystarczająco napatrzeć, kiedy czerwona zaraza rozswawoliła się w jego stronach. Może właśnie dlatego wyznaczono go do tej roboty. Bo nie dopraszał się o nią, wcale nie. Ale skoro już padła na niego, zamierzał wykonać ją wedle swoich sił.&lt;br /&gt;
Wyczekał, aż prorok - a wyglądał dzisiaj zgoła po pańsku, niczym karmazynowy kogucik w srebrzystym żupanie, purpurowym kontusiku, czapce z czaplim piórkiem i wysokich butach z polerowanej skóry - da znak. Kiedy zaś to nastąpiło, ze spokojem usunął kliny spod kół. Wóz z turkotem potoczył się po zboczu, a za nim kolejne.&lt;br /&gt;
Krzywy Włokita przyglądał im się z namysłem, jak gospodarz na skraju ścierniska, oceniający swoją pracę.&lt;br /&gt;
Słońce świeciło mu prosto w oczy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
***&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wedle legendy Bad Bidmone wynurzyła się o poranku z toni rdestnickiego jeziora, świetlista i jasna jak jutrzenka. Zaledwie postawiła stopę na brzegu, słudzy miejscowego władcy postanowili ją pojmać i w pętach zaprowadzić do swego pana. Wówczas bogini uczyniła nieznaczny gest lewą, karzącą dłonią o sześciu palcach i spomiędzy mchów wystrzeliły w górę młode pędy jabłoni. Drzewka rosły i potężniały, a potem na oczach zdumionych pogan przemieniły się w ludzi, uzbrojonych rycerzy. Tak właśnie powstał Święty Hufiec, chluba Bad Bidmone i widzialny znak jej potęgi. Choć ożywieni z jabłoniowego drewna, jego wojownicy na zawsze zachowali już ludzki kształt. Z czasem osiedli w posiadłościach wokół rdestnickiego jeziora i spłodzili synów, dając początek najznamienitszym spośród żalnickich rodów. A ich potomkowie, którzy również jeździli w zastępie bogini, na pamiątkę praojców przyozdabiali swoje zbroje pędami jabłoni, wykutymi w srebrzystej blasze przez kowalskich mistrzów.&lt;br /&gt;
Żeby one tylko tak cholernie nie zawadzały przy zamachu, pomyślał kwaśno Rytar.&lt;br /&gt;
Nie miał wyboru. Skoro Wężymord postanowił odnowić Święty Hufiec, w Żalnikach zawrzało jak w ulu, kiedy się weń wrazi dobrze okopcony wiecheć. Oczywiście podkomorzy nie mógł pozwolić, by inni wyprzedzili go w wyścigu do zaszczytów i splendorów.&lt;br /&gt;
- Kiep, kto od nas mieniłby się godniejszym - oznajmił, z dumą głaszcząc się po brodzie.&lt;br /&gt;
W głębi ducha gryzł się jednak i martwił. Wieść o niecnym postępku babki, która, pobuntowawszy pół czeladzi, zemknęła do rebeliantów, mogła lada chwila dotrzeć aż na uścieski dwór. Z najmłodszego, durnego potomka zdołałby się jeszcze jakoś wytłumaczyć, wszak nic dziwnego, że dał się smark zbałamucić. Lecz w obłęd babki nikt nie uwierzy. Dlatego podkomorzy modlił się do wszystkich bogów, żeby krewka starowina wnet zdechła, oszczędziwszy mu wstydu i dalszych nakładów, gdyby, bogowie uchowaj, przydybano ją na zbójectwie. I musiał jak najprędzej zatroszczyć się o pierworodnego.&lt;br /&gt;
Do tej pory Rytar tylko zbijał bąki. Niby jakąś chorągiew dla Wężymorda prowadzał, ale po prawdzie więcej było z tego smrodu niż pożytku. Bo chłopak nie wdał się w rodziciela. Babka mawiała z przekąsem, że nosząc go pod sercem, matka musiała się niezawodnie na woźnego zapatrzyć albo inszego jurystę. Nie wrzała w nim fantazja, z jaką miejscowe niedorostki zasadzały się przy trakcie na przejezdnych kupców, tłukły po mordach chłopstwo i pchały się pod Jastrzębcową komendę, aby w zacnej kompanijce pohulać sobie wreszcie i pogrzeszyć do woli. Rytar, przeciwnie, do ksiąg się garnął i każdy krok po trzykroć szacował.&lt;br /&gt;
- Jak jakiś serowar albo byle kuśnierz - śmiała się babka, złośliwie spozierając ku mości podkomorzemu, który w takich chwilach odymał się na gębie i czerwieniał jak indor. - Oj, nie z naszej krwi idzie podobna ospałość i pierzchliwość. U nas w rodzie każdy chłop był jak płomień: co w sercu, to na języku, a w ręku szabla goła. No, ale nie wiedzieć, kto się tam u was, ziętaszku umilony, w pergaminach skrywa.&lt;br /&gt;
Matka Rytara tymczasem płakała po kątach w obawie, żeby syn z nadmiaru wilgotności w umyśle w melancholiję nie popadł albo i, uchowajcież bogowie, w szaleństwo. Sprowadzała nawet do dworu medyków, którzy zaordynowali upust krwi dla oczyszczenia panicza i pozbycia się złych waporów. Kuracja okazała się zawodna, bo w dwa dni po niej znów przydybała pierworodnego z jakimś nadpleśniałym pergaminem w ręku. Wezwano zatem następnego doktora, a potem jeszcze jednego, aż wreszcie nieszczęsny młodzian pojął, że pierwej wykrwawi się jak wieprzek niźli jego czcigodna rodzicielka zrezygnuje z prób ocalenia mu życia. Dlatego nie burzył się, kiedy ojciec postanowił go wyprawić do Uścieży.&lt;br /&gt;
Zresztą i tak nikt by go nie słuchał.&lt;br /&gt;
Właściwie wygnanie na dwór Wężymorda miało i swoje dobre strony. Tutaj nikt nie dybał na niego z nożykiem do otwierania żył, a wielka biblioteka w północnym skrzydle cytadeli stała otworem. Co więcej, często zaglądał tam sam kniaź, zatem brzydka skłonność synalka, która niegdyś stanowiła w oczach rodzica skazę na honorze rodziny, obecnie wydawała się jakby bardziej znośna. I tylko niekiedy ojciec błagał w listach, żeby się Rytar, chociażby z musu, upił w towarzystwie kamratów i zgrał do nich w karty, bo inaczej przylgnie do niego miano skąpca i mizantropa. Powołanie Świętego Hufca okazało się odpowiedzią na modły pana podkomorzego także i w tym względzie, bo w oddaleniu od ukochanej biblioteki chłopak pił i hulał jako reszta.&lt;br /&gt;
Ale kiedy Rytar jechał teraz w promieniach wiosennego słońca, całe połyskliwe i zbrojne ochędostwo na grzbiecie gryzło go i uwierało jak nieczyste sumienie. Wiedział, że większość jego towarzyszy nigdy dotąd nie oglądała krwawego pola. Ich szkolenie trwało nie dłużej niźli cztery niedziele - dość, by zapamiętali swoje miejsce w szyku i nauczyli się umocować kopię w tulejce. Jednak niewiele więcej.&lt;br /&gt;
Nic nie uzasadniało wystawienia Świętego Hufca jako przedniej straży. Zwłaszcza tutaj, na przedpolu Wilczych Jarów, gdzie w każdym wykrocie należało się spodziewać zasadzki.&lt;br /&gt;
Zastanawiał się, czy nie zdradzić się ze swoimi wątpliwościami przed rotmistrzem. Ale Pociej był tak wzruszony, tak dogłębnie przejęty powierzoną mu misją, że Rytar nijak nie potrafił zepsuć starowinie radości. Gryzł się zatem i dręczył w samotności, osobliwie odkąd szpica armii weszła głęboko w gardziel Rogobodźca, skąd wąskim przesmykiem mieli się przedostać prosto ku Wilczym Jarom.&lt;br /&gt;
I moim ziomkom, pomyślał, zwilżając czubkiem języka popękane wargi. Spomiędzy tych, z którymi nadmuchiwał żaby dymem i podkładał zaskrońce w kaplicy świątobliwych panienek, przemożna część zbiegła do rebeliantów. Miał nadzieję, że nadejście pomorckiej armii natchnęło ich puste łepetyny tą prostą myślą, że należy siedzieć w krzakach, póki się wszystko nie uspokoi. Zdążył jednak poznać szczerych wilczojarskich patriotów wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że nie przepuszczą okazji do godziwej awantury. Po prostu nie leżało to w ich naturze.&lt;br /&gt;
Oby tylko ojcu udało się na czas przydybać Nieradzica, pomyślał. Byłoby żal smarkacza.&lt;br /&gt;
Uniósł głowę i gdzieś między daszkiem a nosalem mignął mu zarys zrujnowanej kapliczki na szczycie Rogonoszy. Przez moment miał wrażenie, że coś poruszyło się wysoko na zboczu, pomiędzy chaszczami. Obiecał sobie solennie, że gdy tylko staną wieczorem na popas, wedrze się do namiotu Pocieja i wymoże na nim, by odtąd szerzej rozsyłał zwiady. Ktoś powinien siedzieć na górze i pilnować traktu. Nawet jeśli Koźlarza wymiotło precz, prędzej czy później wilczojarscy na nas skoczą, pomyślał. Choćby grupa pijanych młokosów. Choćby dla zabawy.&lt;br /&gt;
Nagle jego uwagę przykuł jeszcze jakiś ruch tuż nad traktem, między niską sośniną.&lt;br /&gt;
Zaraz potem na drogę wpadł pierwszy wóz, wlokąc za sobą kamienistą kurzawę i odór śmierci.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
***&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kiedy na czele pochodu podniósł się kurz, wielmożny Pociej pchnął naprzód konia. Jego przyboczni rzucili się oczyszczać drogę dla dowódcy, bo towarzysze już łamali szyk, chcąc dojrzeć, jaka też nowa uciecha im się przytrafiła. W innych okolicznościach komendant zapewne skarciłby ich z tym samym dobrotliwym uśmiechem, z jakim pozwalał im biesiadować do białego rana i rezygnował z dodatkowego obwarowania obozu. Za to go przecież kochali, tego siwowłosego starca, który był dla nich łaskawszy i bardziej cierpliwy niż ojciec.&lt;br /&gt;
Teraz jednak Pociej pędził na oślep, płazując po grzbietach tych, którzy nie mieli dość rozumu, by na czas uskoczyć mu sprzed konia. Nigdy nie należał do zauszników starego kniazia, choć z racji urodzenia przynależało mu miejsce u jego boku. Ale mierził go Smardz i jego drobne krętactwa. Zamiast rwać się do synekur i skarbów, wolał Pociej siedzieć w kniei, biesiadować w gronie zacnych kamratów, z oszczepem chadzać na niedźwiedzia i mile podłechtany miodem, przysłuchiwać się graniu żab na groblach. Miał, czego tylko dusza zapragnie. Dostatek, stateczność w oczach ludzi, a nade wszystko święty spokój.&lt;br /&gt;
Który mu Wężymord brutalnie zakłócił, powoławszy Święty Hufiec.&lt;br /&gt;
Byłby się może z niego Pociej jakoś wykręcił, choćby i ściągając na siebie kniaziowską niełaskę, na przeszkodzie stanęła mu wszakże droga połowica. Skrupulatna we wszelkich niewieścich obowiązkach powiła małżonkowi pięciu chłopaków i półtuzin córek na dodatek. A fortunka, choć zacna, kurczyła się przy kolejnych ożenkach jak ziarno rozdziobywane przez kury.&lt;br /&gt;
- Pójdziesz! - Pani Pociejowa migiem rozstrzygnęła wątpliwości męża. - Oczywiście, że pójdziesz! - Stuknęła w stół kopystką, którą właśnie skończyła mieszać kluski. - Ech, trzeba będzie klasztor dla Zird Zekruna wyszykować, żeby mu się za tę łaskę wywdzięczyć.&lt;br /&gt;
Pociej zmarszczył wtedy brwi. Nigdy nie nadążał za jej bystrym umysłem, szybką mową i nieustanną krzątaniną, która sprawiała, że od samego widoku bełtało mu się we łbie. Posłuchał jednak, bo przez całe życie podążał za nią z łagodnością wielkiego zwierza, który tak przywykł do łańcucha, że już go nawet nie czuje.&lt;br /&gt;
Ale teraz był skazany tylko na siebie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
***&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Stojący na wzniesieniu tuż przed wejściem do przesmyku Surmistrz z trudem skrył grymas satysfakcji. Formacja Pocieja rozsypała się jak garść słomy zdmuchnięta wichrem z klepiska. Wcale im nie pomogły pokraczne srebrzyste zbroje. Nic dziwnego. Surmistrz dobrze pamiętał, jak swego czasu wyrzynali ich właścicieli całymi tuzinami. Bo kiedy Wężymord poprowadził frejbiterów na niewiarygodną wyprawę w głąb kraju, od tylu zim budzącego w nich grozę, weszli w tę ziemię jak nóż w masło. Surmistrz, którego pradziada trzy pokolenia wcześniej ofiarowano na mierzwę dla żalnickiej bogini, przypominał sobie, jak zatrzymywali się przy świątyniach i klasztorkach Bad Bidmone, a potem w zapamiętaniu rąbali toporami uparte pnie i ściągali je na wielki stos; iskry biły wysoko ku niebu, jemu zaś zdawało się, że każda jest duszą jednego z brańców, uwolnioną wreszcie spod władzy Kwietnej Panny.&lt;br /&gt;
Lecz im mocniej zanurzali się w tę niezwykłą, nabrzmiałą od lata krainę, tym bardziej gniew Surmistrza słabł. Ziemia chciwie wchłaniała krew i popiół porastał trawą. Jeszcze przed pierwszymi przymrozkami Wężymord nadał mu włości, daleko przy skalmierskiej granicy.&lt;br /&gt;
- Będziesz uprawiał winorośl - powiedział, a w jego oczach połyskiwało błękitne niebo i moc Zird Zekruna. - I będziesz moim nagim mieczem dla tej ziemi.&lt;br /&gt;
Surmistrz, który prowadził prawe skrzydło w bitwie pod Lutomierzem i rozgromił dla Wężymorda zbiegłe z Rdestnika niedobitki Świętego Hufca, bez słowa skinął głową, po czym zebrał swych ludzi i wyruszył w drogę, zanim na kopytach końskich zakrzepło błoto z poprzedniej wyprawy. Nie żałował. Dobiegał zaledwie kresu drugiego tuzina zim - wszyscy byli wówczas tak szaleńczo, nierozważnie młodzi - lecz większość dorosłego życia spędził na wędrówce, w łodziach zalewanych słoną wodą, wymykając się na skalistych ścieżkach pogoni lub pędząc do okrętu zrabowane owce.&lt;br /&gt;
Wtedy poszedłby za Wężymordem na koniec świata - i tak właśnie uczynił, podobnie jak wielu jego druhów, którzy pewnego letniego ranka usłyszeli, po co naprawdę wyruszyli do Rdestników.&lt;br /&gt;
- Otworzą nam bramy, a kiedy tylko wjedziemy na dziedziniec, uderzymy na nich - mówił Wężymord. - Nie będą się niczego spodziewać.&lt;br /&gt;
Obozowali nad jeziorem: nad wodą unosiła się poranna mgiełka i w głębi trzcin słyszał buczenie bąków.&lt;br /&gt;
- A bogini? - zapytał ktoś, nie Surmistrz.&lt;br /&gt;
Wężymord nie poruszył się. Ci, którzy siedzieli wówczas w namiocie, należeli do jego najbliższych towarzyszy i wiedzieli już, co się wydarzyło przy źródle jasnej wody Ilv. Jednakże jego zuchwałość nawet ich przyprawiała o zawrót głowy.&lt;br /&gt;
- Bogini jest ścierwem - odparł beznamiętnie. - Tak samo jak wielu tych, którzy jej służą. Nie trapcie się nią. Nie musicie się lękać Bad Bidmone.&lt;br /&gt;
Dopiero kiedy Zird Zekrun wystąpił przed nich w płonącej twierdzy i odrzuciwszy kaptur, zszedł w podziemia pod przybytkiem bogini, Surmistrz zrozumiał, że Wężymord zaplanował wszystko i obmyślił co do joty. Ale wtedy, nad jeziorem o tafli poznaczonej kręgami grążeli i lilii wodnych, po prostu chciał mieć udział w jego szaleństwie.&lt;br /&gt;
- Przyjęliśmy srebro żalnickiego kniazia - zaczął znów ktoś, ten sam, który obawiał się Bad Bidmone. - I przysięgaliśmy...&lt;br /&gt;
Choć ani najstarszy, ani najbardziej doświadczony, Surmistrz obrócił się naówczas ku tamtemu i wycedził przez zaciśnięte zęby:&lt;br /&gt;
- Komu? Komu przysięgałeś, głupcze? Czy nie tym, których serca krzyczą spomiędzy korzeni jabłoni?&lt;br /&gt;
To było ich zawołanie, znak kreślony palcem na powierzchni wody, kiedy jeszcze nie ośmielali się podżegać przeciwko Żalnikom w portowych karczmach i na thingach. Serca uwięzione w korzeniach drzew. I w mroczne grudniowe noce niejeden słyszał, jak krzyczą do niego duchy przodków, nieopłakanych i nieoczyszczonych w płomieniu. Tak się zawsze działo na północy. Zemsta nie blakła wraz z odchodzącymi pokoleniami, utrwalała się raczej i ciemniała, jak stare znaki wycięte na belkach nad paleniskiem.&lt;br /&gt;
Dlatego poszli za Wężymordem, choć wydawał im się obcy i budził lęk. Zausznik Zird Zekruna. Ziemskie ramię boga, utkane z krwi, kości i bólu.&lt;br /&gt;
I kiedy wreszcie zwyciężyli, żaden z pomorckich dowódców nie mógł się uskarżać na skąpstwo wodza, a wioski, miasta i ogromne włości rozpościerały się przed nimi, czekając na nowych panów. Nastał czas cudów, o jakich nawet nie marzyli, żując zimową, suszoną rybę w niskich, okopconych dworzyszczach na czarnych skałach Pomortu. Wszystko było możliwe. Wszystko znalazło się w zasięgu ręki.&lt;br /&gt;
A jednak ta ziemia, podbita i rozwarta przed nimi na oścież, znalazła sposób, aby ich okiełznać.&lt;br /&gt;
Aby nami zawładnąć, poprawił się w myślach. My, którzy byliśmy ludźmi północy, staliśmy się ludźmi południa.&lt;br /&gt;
Nie chodziło tylko o miód, pszeniczny chleb i obfitość zwierzyny. Nie o srebrny łańcuch, który zwieszał mu się teraz z karku, ani o rubinowe guzy przy żupanie. Nie o konie, sprowadzane z turzniańskich targowisk, ani przejrzyste roztruchany, w których połyskiwało ciężkie skalmierskie wino. Jego krzepkie, nawykłe do postów i trudów ciało mogłoby się bez tego obyć, zamienić kosztowną, podbitą sobolem delię na prosty płaszcz z foczej skóry. Tego był pewien. Wciąż potrafiłby trzymać w ręku wiosło i pożeglować z wiosennym wichrem w głąb Wewnętrznego Morza. Nie potrzebował wiele.&lt;br /&gt;
Lecz gdzieś po drodze stara nienawiść zdążyła się wypalić i zblednąć.&lt;br /&gt;
Wbił wzrok w skłębione kształty, które teraz doszczętnie wypełniły już przesmyk pomiędzy zboczami. Pośrodku ciżby zapewne tkwił Pociej, bezradny jak zwykle. Surmistrz syknął przez zęby. Nie po to wykrwawiał się pod Rdestnikiem, pod Lutomierzem i pod Karlim Borem, żeby dziś osłaniać spasłego durnia, sługę jabłoniowej dziwki. Owszem, musiał go cierpieć przy sobie, skoro taka była wola Wężymorda. Ale nie zamierzał za niego walczyć.&lt;br /&gt;
Jego pierwszym rozkazem w nowych włościach było wycięcie wszystkich jabłoni. Nigdy nie pozwolił posadzić nowych, choć przysięgano mu, że od dawna nikt już nie podkłada pod ich korzenie ludzkich serc.&lt;br /&gt;
- Co czynić, panie? - odważył się szepnąć najmłodszy z przybocznych, jasnowłosy chłopak z wargą ledwo co pokrytą pierwszym zarostem.&lt;br /&gt;
Któryś z towarzyszy cmoknął ostrzegawczo. Surmistrz miał ciężką rękę, jeśli ktoś odzywał się niepytany.&lt;br /&gt;
Dziś jednak komendant był w wyśmienitym humorze. I dodatkowo poprawiał mu go każdy jeździec Świętego Hufca, który walił się w pył pod ciężarem spadających kamulców.&lt;br /&gt;
- Jak to co? - odparł z krzywym uśmiechem. - Niechże Pociej wreszcie wygniecie to hultajstwo.&lt;br /&gt;
Ci, co stali najbliżej, z niedowierzaniem słyszeli, jak wesolutko pogwizduje przez zęby, podczas gdy masakrowano przednią straż jego armii.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
***&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kiedy pierwszy z wozów runął na trakt tuż przed czołem pochodu, Rytar odruchowo wyciągnął kopię z wytoki. Żadna komenda jednak nie padła. Kilku towarzyszy próbowało się cofnąć, lecz z tyłu napierali już inni, ciekawi, jakąż nową rozrywkę dla nich naszykowano. Rozbawienie trwało parę uderzeń serca, nie dłużej. Zaraz bowiem stoczyły się między nich kolejne furgony, miażdżąc grupy rycerstwa i zbijając je z siodeł.&lt;br /&gt;
Czy to już teraz? - przemknęło Rytarowi przez głowę. Czy to naprawdę dziś?&lt;br /&gt;
Lecz nadal znikąd nie widział napastników.&lt;br /&gt;
A jeśli będzie między nimi Nieradzic? - pomyślał. Jeśli nie zdążę go rozpoznać?&lt;br /&gt;
Z góry spadł jeszcze jeden wóz, ósmy albo dziewiąty.&lt;br /&gt;
- Zaraza! - wrzasnął ktoś na całe gardło. - Pomiłujcież, słodcy bogowie!&lt;br /&gt;
Zaledwie dwie długości konia przed Rytarem fura przechyliła się na bok, zrzucając upiorny ładunek. Kamulce jęły wypadać z chrzęstem, a za nimi sypnęły się trupy, opuchłe już i spotworniałe. Jeden z nich - niewieści, bo przyodziany w bury serdaczek i płócienną spódnicę - potoczył się aż na kępy mchu.&lt;br /&gt;
Koń pod Rytarem drżał i tupał z przestrachu, kiedy jej dłonie zatrzymały się o łokieć od niego. Twarz miała poznaczoną czerwonymi, krwawymi cętkami. Zwiastunem moru.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
***&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
- Teraz! - usłyszał za sobą Krzywy Włokita. - W imię bogini uderzajcie!&lt;br /&gt;
Wokół niego tuziny sierotek podrywały się spomiędzy chrzęśli. Bose stopy tłukły w potężne kamulce, okrwawiały się o żwir, zalegający tutaj w każdej nierówności. Potykali się, walili między głazy, i znów podrywali do biegu. W tamtym dniu, na stokach Rogonoszy chyżość była ich modlitwą, darem uniesionym w wyciągniętych rękach ku bogini. Nic więcej się nie liczyło. I tylko młoda sośnina skłaniała ku nim gałęzie, smagała ich po głowach i ramionach, jakby chciała na chwilę zatrzymać ich i spowolnić w tym pędzie, póki są jeszcze bezpieczni, póki tamci na dole nie ocknęli się i nie zrozumieli, co ku nim nadchodzi.&lt;br /&gt;
W górze zaśpiewały piszczałki. Włokita zawtórował im pełnym uniesienia wrzaskiem. Osadzona na kiju końska szczęka klekotała prześmiewczo.&lt;br /&gt;
Niżej pierwsze sierotki wbiegały już na trakt. Słońce grało na żeleźcach halabard, po ostrzach berdyszy, pik i kos bojowych ześlizgiwało się promieniami w dół, pomiędzy pył i kamienie, które wkrótce oblekły się w rdzawą barwę. I tylko je miał Włokita przed oczami, kiedy stok urwał się nagle pod nim, a nogi wyprysnęły w górę, bezładnie młócąc powietrze.&lt;br /&gt;
Krwawe błoto, z którego bogini ulepi nowy świat.&lt;br /&gt;
Coś zakłuło go w piersi. Może przeczucie ostrza, któremu wybiegł na spotkanie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
***&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
- Nie! - wykrzyknął Zird Zekrun i jego bezgłośny wrzask natychmiast odarł Mroczka z wszelkiej woli.&lt;br /&gt;
Ciemność, która tuż wcześniej wydawała się pusta i bezpańska, napęczniała gwałtownie obecnością boga i wszystkie jego myśli zogniskowały się w odległym obrazie bitwy.&lt;br /&gt;
Późno. Za późno.&lt;br /&gt;
Strzały wyprysły już z łuków i nic nie dało się zatrzymać.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
***&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Rytar ciął instynktownie, bo i brakło czasu na kalkulacje. Pałasz wszedł w ciało posuwistym ruchem, nabytym podczas godzin ćwiczeń pod okiem rodziciela, fechmistrzów, a nade wszystko babki, która była nauczycielem surowszym od innych. I suchy kmiotek z wytrzeszczonymi oczami i gębą nabrzmiałą od wrzasków zwalił się gdzieś pomiędzy kopyta, ścichł wśród kwików zwierząt i ludzkiego wycia.&lt;br /&gt;
Tyle że w jego miejsce natychmiast pojawił się następny. Dźgnął czubkiem szydła, sięgając ku powęzowi, w miękkie końskie podbrzusze. Zwierz stęknął, spłoszony, i uskoczył, o włos mijając ostrze. Rytar krzyknął - ni to w przestrachu, ni w proteście - i uderzył z zamachu napastnika. Chłopina, chyba zręczniejszy od pierwszego, a może lepiej wyćwiczony w grasantce, zwinął się w sobie i uchylił się. Nie uciekał jednak. Wparł się piętami w stratowaną ziemię i uchwycił oburącz szydło, żeby zastawić się przed ciosem. Rytar zaśmiał się sucho - dźwięk, jaki wyszedł mu z gardła, przypominał raczej szczeknięcie i zaraz zniknął wśród wszechobecnego łoskotu. Chłopak zawinął pałaszem. Brzeszczot, hartowany przez kowalskich mistrzów jeszcze w czasach, gdy Kii Krindar chadzał pomiędzy śmiertelnikami, rozpłatał drzewce jak pergaminową błonę i aż po próg zagłębił się w ciało.&lt;br /&gt;
Nie zdążył go wyszarpnąć, kiedy czyjeś ręce wczepiły mu się w strzemię. Dziewczynka szarpała go z całej siły, usiłując ściągnąć z siodła. Oczy połyskiwały gorączką w chudej, wynędzniałej twarzy. Zawahał się. Na moment oderwał od niej wzrok, szukając ponad traktem jasnego szyszaka dowódcy.&lt;br /&gt;
Wszędzie wokół, jak fala plugastwa, roili się starcy w porwanych siermieszkach, nędzarze z kiścieniami, kobiety noszące na ciałach znak moru. Owszem, przy wilczojarskim gościńcu z dawna pętały się gromady oberwańców, grabieżą i żebractwem nękając podróżnych. Nigdy jednak nie śmieli występować z taką zaciekłością. Chłopak nie pomniał, żeby kiedykolwiek zastąpili mu drogę, nawet jeśli wracał z gospody bez czeladzi i spity na umór.&lt;br /&gt;
Nie dojrzał ani Pocieja, ani regimentarskiej chorągwi. Towarzysze rozproszyli się pomiędzy pogruchotanymi wozami, na własną rękę usiłując ujść tej czerni, która kłuła ich i ogryzała jako psi niedźwiedzia.&lt;br /&gt;
A przecież tam w tyle szła cała potęga Wężymordowej armii. Surmistrz musiał już wiedzieć o ataku. Z pewnością ktoś przebił się do niego z wieścią. Choćby pojedynczy człowiek. Lecz trąbki regimentowe milczały i zniknął gdzieś znak Pocieja z nieodzownym żurawim skrzydłem, symbolem czujności, oraz pękami białych i zielonych wstęg. Więc każdy walczył z osobna, jedynie ze swoją śmiercią u boku, nie dbając o resztę.&lt;br /&gt;
Raptem ból ściągnął wzrok Rytara w dół.&lt;br /&gt;
Dziecko wbiło mu nóż w łydkę.&lt;br /&gt;
Nigdy później nie umiał sobie przypomnieć, co się stało. Cios zatarł się w jego pamięci, podobnie jak krzyk i krew rozlewająca się nagle po zmizerowanej twarzy. We wspomnieniu pozostał tylko trzask kości, upiorne mlaśnięcie, kiedy kopyta konia zagłębiły się w ciele dziewczynki i na zawsze popchnęły je niżej, pomiędzy kamienie i błoto.&lt;br /&gt;
Tymczasem kmiotkowie zewsząd nadbiegali. W baranicach i skórzanych kaftanach, w watowanych kubrakach i zwykłych koszulinach parli ku rycerzom. Niepomni na ciosy, opadali ich po dwóch, po trzech, halabardami ściągali z siodeł, dźgali włóczniami brzuchy wierzchowców, kiścieniami gruchotali twarze jeźdźców. Niektórzy nie mieli nic, nawet masłaków z końskiej szczęki osadzonej na gibkim drzewie. Lecz nawet ci nie wahali się, nie zostawali w tyle. Chwytali zbrojnych gołymi rękami, ciągnęli ich za końskie czapraki, za rozety na podpiersiach, za strzemiona. I zaraz znikali, rozsiekani, rozniesieni na ostrzach.&lt;br /&gt;
Na prawo od Rytara drab w baranicy poderżnął gardło jednemu z towarzyszy ze Świętego Hufca. Mizerykordia jak połyskliwa żmijka wślizgnęła się poza krawędź kirysu i zaraz wypełzła, tocząc za sobą strużkę zdradzieckiej czerwieni.&lt;br /&gt;
- O Kwietna Pani - jęknął Rytar, patrząc na pogruchotane resztki srebrnych gałęzi, oplatające ramiona tamtego. - O słodka Bad Bidmone.&lt;br /&gt;
Tyle że tamci w górze również wzywali Bad Bidmone.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
***&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
- Cofnąć się! - Pociej darł się tak, jakby mu gardło miało zaraz pęknąć od wrzasku, i z trudem usiłował zapanować nad przerażonym wierzchowcem. - Cofnąć się, ścierwa, bo pozabijam!&lt;br /&gt;
Szabla wypadła mu z ręki. Paliły nieosłonięte szyszakiem policzki, żółć podchodziła do gardła. Toczył wokół wzrokiem, szukając w powietrzu zarazowych szypów, które niezawodnie zaczęły już zbierać żniwo spośród jego towarzyszy. A w umyśle kołatała mu się tylko jedna myśl. Uciec stąd. Jak najprędzej. Gnać przed siebie, póki pęd i wicher nie wywieją mu spod powiek widoku tych opuchłych, spotworniałych trupów.&lt;br /&gt;
Aliści w zamęcie wszyscy skłębili się i zwarli ze sobą. Parł więc na oślep pomiędzy resztkami wozów, głazami, spod których wystawały martwe i dogorywające ciała, płatami potrzaskanych zbroi, kwiczącymi z bólu końmi oraz innymi jeźdźcami, co równie rozpaczliwie jak on usiłowali wyrwać się, byle dalej. Przez głowę przelatywały mu ułomki obrazów. Kopystka w ręce żony. Zatroskana twarz Bad Bidmone na starym, przenośnym ołtarzyku. Jasna czupryna syna nad szkatułą, wybitą wewnątrz purpurowym aksamitem. Śliska błona wokół świeżo narodzonego źrebięcia.&lt;br /&gt;
Ani się spostrzegł, jak wyrosła przed nim zapora z ostrzy.&lt;br /&gt;
- Dokądże to, serdeńka? - Dowódca pomorckich pikinierów wystąpił nieco przed szereg. Na jego zarośniętej gębie rysował się drobny, pełen satysfakcji uśmieszek. - Jaśnie wielmożny pan Surmistrz nakazał, byście wydusili hultajstwo, a ordynansów dowódcy trza słuchać. Tedy dopilnujem, byście wysłuchali. Co do joty. I podyrdacie jeden z drugim na górę, choćby wam sama Morowa Panna drogę zastąpiła. Dalejże, ścierwa! - Bodnął ostrzem w pierś najbliższego wierzchowca. - Hajda na wroga!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
***&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
- Co to jest? - Wilczojarski chorąży porwał się za resztki podgolonej czupryny. - Co się tam dzieje?&lt;br /&gt;
Z kłębowiska w gardle przesmyku wypadali pojedynczy jeźdźcy i zaraz walili się pomiędzy sośninę, rozsieczeni przez gromady hultajstwa.&lt;br /&gt;
- Jakże tak bez ostrzeżenia? - bełkotał dalej chudy szlachcic. - Gdzie nasi ludzie? Nasze zwiady?&lt;br /&gt;
Bogoria prychnięciem zbył troskę o los wysłanych do starej kapliczki rebelianckich przepatrywaczy. Nie żyli, to pewne, wybici co do nogi przez rozwścieczoną tłuszczę. Powinienem to przewidzieć, pomyślał gorzko, i zastawić ścieżki. Ani chybi czerń przekradła się od wschodu, przez bagniska. Pomorzec tamtędy nie pójdzie, zbroje wciągną ich w trzęsawisko i groble rozstąpią się pod ciężarem taborów. Lecz chłopstwo, zwłaszcza tak zajadłe, przejdzie choćby i po wodzie.&lt;br /&gt;
Nie rozumiał tylko, dlaczego nie nadciąga odsiecz. Pomorcki dowódca musiał już dostać wieść o napaści. Dlaczego wciąż zwlekał?&lt;br /&gt;
I wtedy zza zakrętu wyłoniła się tylna część Świętego Hufca, ta, która zrazu zdołała wymknąć się z pułapki. Spychana wprzód przez zaporę pomorckich pikinierów, skierowała się na powrót ku skalnemu przejściu, na poły zablokowanemu już przez zmiażdżone wozy i trupy.&lt;br /&gt;
Zagrały trąbki. Bogoria w osłupieniu patrzył, jak resztki regimentu zbierają się wokół znaku dowódcy. Zielone i białe wstęgi połyskiwały w górze na urągowisko.&lt;br /&gt;
- Co się tam dzieje? - powtórzył głosem krzywdzonego dziecka chorąży. - Na boginię, co się tam dzieje?&lt;br /&gt;
- A co się ma dziać? - wycedził przez zęby Bogoria, czując, jak złość zaczyna podnosić mu włosy. - Będą teraz Pomorcy patrzeć, jak się nasi nawzajem mordują.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
***&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kiedy trąbki regimentarskie zagrały, Rytar pochylił na chwilę głowę, czując, jak coś - krew albo pot - zalewa mu oczy. Dawno temu postradał srebrne gałęzie, podobnie jak większość ozdób na uprzęży. I z coraz większym trudem opędzał się od czerni. Już nie atakował, nie zmuszał konia do szybkich wypadów czy zwrotów. Teraz tylko parował ciosy, za wszelką cenę starając się utrzymać w siodle. Bo upadek znaczył śmierć.&lt;br /&gt;
Jeźdźcy trzymali się blisko siebie - części udało się pokonać pierwszą panikę i zewrzeć szyk pomiędzy potrzaskanymi pojazdami i kopczykami trupów, tych obrzmiałych od zarazy i tych, w których życie nie skrzepło jeszcze na dobre. Wokół resztek Świętego Hufca utworzył się wir, najeżony ostrzami halabard, pik i rohatyn, kłapiący ku nim hardo zębami końskich szczęk i bojowych cepów. I raz po raz ten wir wyrywał któregoś z towarzyszy, unosił się i spiętrzał ponad ciałem, a potem wypluwał je gdzieś na skraju gościńca, nieruchome już i pozbawione życia.&lt;br /&gt;
Dlatego wszystkie spojrzenia pobiegły ku regimentarskiemu znakowi i ku chorągwi, a gdy wśród odsieczy mignął też jasny szyszak dowódcy, z gardeł ozwał się ryk:&lt;br /&gt;
- Wiwat mości Pociej! Wiwat regimentarz!&lt;br /&gt;
A stary wielmoża sunął ku nim, rozsiewając srebrny i złoty blask. I cała bitewna wrzawa, cała ta rozjuszona nędza przycichła raptem wokół Rytara, jakby wszystkich poraziła wspaniałość, co biła od powracającego hufca. Przez okamgnienie chłopak miał nadzieję, że chłopi opamiętają się teraz i rozpierzchną jak zwyczajna kupa złoczyńców, którzy zobaczą na gościńcu starościńską czeladź. Ale nie. Wir znów zawrzał, po czym jak fala rozstąpił się przed nacierającymi. Część uciekła z traktu nieco wyżej, pomiędzy skałki, inni schronili się wśród resztek wozów. I przez moment te dwie masy ludzkie trwały naprzeciw siebie, przyczajone w oczekiwaniu.&lt;br /&gt;
Potem trąbki regimentarskie znów zagrały. I blask zgasł. Czar rozwiał się, pozostawiając niedobitki przedniej straży oko w oko z tą prostą prawdą, że odsieczy nie będzie. Pomorcki komendant nie myślał marnować sił dla rozproszenia garści pobuntowanej gawiedzi. Może zresztą stały za tym i inne pobudki, oparte o ostrza pomorckich pikinierów, którzy kroczyli murem za plecami Pociejowego oddziałku. Może wcale nie chodziło o czerń ani o trupy ofiar moru, zalegające na pobojowisku.&lt;br /&gt;
Dlatego kiedy Rytar odczytał z melodii komendę, poczuł, jak krwawa wilgoć zastyga mu na twarzy. Wodze wypadły mu z dłoni. Lecz rumak, od źrebięcia szkolony w jeżdżeniu przy ziemi, kolano przy kolanie, płynnie wpasował się w szyk.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
***&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
- Jakże...? - Wilczojarski chorąży poderwał się na równe nogi i całą swoją osobą, całą mocą wychylił się ku krwawemu widowisku w dole. - Po cóż?&lt;br /&gt;
Nikt nie zwracał na niego uwagi. Nawet Bogoria milczał, niepomny, że w każdej chwili ktoś może ich spostrzec ponad krawędzią urwiska. Trąbki grały bowiem nieubłaganie, powtarzając komendę. Rozumiał wyśmienicie jej sens, podobnie jak każde pacholę z wilczojarskiego dworca. I krew natychmiast wzburzyła się w nim w odpowiedzi na wezwanie.&lt;br /&gt;
- Naprzód! Naprzód! - wołały surmy.&lt;br /&gt;
- Bij! Zabij! - odpowiadały im wierzchowce, tłukąc w błoto kopytami i rozdymając chrapy.&lt;br /&gt;
Tyle że tu nie było miejsca, żeby rozwinąć szyk i nabrać pędu. Nic nie było. Nawet dowódcy, który potrafiłby przyjąć na ramiona brzemię hańby i ocalić resztki swoich ludzi, skoro bitwa i tak była już przegrana.&lt;br /&gt;
- A może by tak skoczyć? - zapytał szeptem pan Liszyca. - Mrowie ich, lecz i nas niemała kupa. Zmożem.&lt;br /&gt;
Bogoria nadal milczał, patrząc na rozpaczliwą, żałosną szarżę, która od razu rozprysła się i ugrzęzła wśród głazów i wozów. Jasny szyszak dowódcy - oby bogini pokarała jego nędzną duszę, czego szlachcic mu serdecznie życzył - zniknął na samym początku, pokryty warstwą baranic i steranych kubraków. Pyszna chorągiew z kroczącym lwem kołysała się jeszcze przez moment. Skupieni wokół niej jeźdźcy wyglądali jak piaszczysta łacha, zewsząd podmywana przez rzekę.&lt;br /&gt;
- Mości Bogorio! - Ktoś szarpnął go za rękaw. - Miejcież boginię w sercu. Wciąż czas.&lt;br /&gt;
Przymrużył oczy. Z przeraźliwą ostrością widział wybielonego trwogą chłopaka - szyszak zsunął mu się z głowy, odsłoniwszy jasną czuprynę - jak kuli się i pada pod ciosami bojowych cepów. Chłopy tłukły rzetelnie, z gorliwością gospodarzy, którym udał się plon. Nieopodal inny jeździec darł pazurami murawę, zbyt poturbowany, żeby się zdołał o własnych siłach dźwignąć i wyrwać oprawcy. Na piersi siedziała mu krzepka baba i długim ostrzem macała pomiędzy folgami zbroi, usiłując się dobrać do żywego mięsa. A kawałek dalej któryś z towarzyszy, zapewne śmiertelnie ranion, bo trząsł się w siodle i podrygiwał jako wór fasoli, pchnął wierzgającego konia przeciwko dwóm kmiotkom z bliźniaczymi rohatynami w dłoniach. I zaraz wierzchowiec padł, zwalił się na bok z brzuchem rozpłatanym kosą. Jego pan kopnął jeszcze ze dwa razy powietrze, po czym zniknął, przesłonięty przez innych.&lt;br /&gt;
- Przyzwólcież, mości Bogorio! - syknął mu prosto w ucho pan Liszyca. - Wszak synków naszych mordują!&lt;br /&gt;
Bogoria wzdrygnął się jak zwierz, kiedy go znienacka zmacać oszczepem pod żebro. Poczuł na twarzy badawcze spojrzenie Szydła. Karzeł przywarł niziusieńko w trawie, lecz nie pochylał się wraz z pozostałymi ku bitwie. Całą jego uwagę zaprzątał Bogoria. I wcale się nie krył z zainteresowaniem, za jakie od co bardziej obraźliwego panka można było wziąć w gębę.&lt;br /&gt;
Ajuści! - pomyślał gniewnie Bogoria, bo wyczuwał we wzroku karła jakieś wyzwanie albo nieżyczliwość, i bał się, że pokurcz gotuje mu pułapkę. A niedoczekanie twoje, zarazo! Nie będziesz ty mnie teraz kusił i na szwank wystawiał.&lt;br /&gt;
Smarknął i otarł twarz rękawem, żeby zamaskować zdradziecką wilgoć, która z nagła wezbrała mu pod powiekami.&lt;br /&gt;
- A nie zda się wam, mości Liszyco - rzekł dobitnie - że nie bez przyczyny Pomorcy ciszkiem siedzą? Tam w tyle Surmistrz czeka.&lt;br /&gt;
Chudy szlachcic mimowolnie przełknął ślinę. Był w średnich leciech, pomniał jeszcze rdestnicką kampanię i bitwy pod Lutomierzem oraz Karlim Borem. Jak reszta nienawidził starego pomorckiego wodza, lecz nie mógł mu odmówić odwagi ni zręczności w polu.&lt;br /&gt;
- Z nim nam przyjdzie wojować - ciągnął ponuro Bogoria, starając się nie zerkać w dół, na dno przesmyku, gdzie bitwa powoli przemieniała się w bezładny szlachtunek. - Przy nim główna komenda, skoro Wężymord, jak przepatrywacze donoszą, wojsk odbiegł. A Surmistrz nie zawaha się, jemu przelew żalnickiej krwi niestraszny. Znam ja go dobrze! - Pokręcił głową z pewnością wojownika, który całe życie strawił na podstępach i zbrojnych podchodach. - Siedzi w tyle, gońców na wszystkie strony rozsyła, czekając, co się też jeszcze zza krzaków pokaże, kiedy pójdzie po górach bitewna wrzawa. Rozumiecie, mości Liszyco?&lt;br /&gt;
Szlachcic z ociąganiem przytaknął. Lecz jego ręce, jakby ożywione odrębną wolą, wciąż macały po ptasiej rękojeści karabeli.&lt;br /&gt;
- Furda mu, jeśli cały Święty Hufiec na Rogobodźcu wytraci - mówił z rosnącą furią Bogoria. - Kto pomsty nad nim zawoła? Ojcowie tych gołowąsów? Czy może sam Wężymord o zmarnowane wojsko się upomni? Wątpię. Zwłaszcza - dodał w nagłym przebłysku chytrości - jeśli mu Surmistrz podaruje kilka tuzinów rebelianckich łbów, co je przy okazji jako dojrzałe makówki zetnie.&lt;br /&gt;
Szydło zerwał z krzewiny cienką gałązkę i z namysłem dłubał nią w zębach. Szlachcic zwarł szczęki z taką mocą, że coś mu strzyknęło w stawie. At, ścierwo! - pomyślał wściekle. Zwykle mu się gęba nie zamyka, a teraz, kiedy rady potrzeba, patrzajcie państwo, milczy jak zaklęty. A ja nie zapytam! Pierwej zdechnę, niźli zapytam.&lt;br /&gt;
- Bo mnie się zdaje - potoczył spojrzeniem po towarzyszach, którzy słuchali go w napięciu - że wszystko to jeno fortel, żeby nas z jamy wywabić. I dlatego nie dozwolę. Nie tom Koźlarzowi powinien. I powinności swej nie odstąpię, choćby mi nie tylko cudze, ale i własne dzieci mordowali.&lt;br /&gt;
Szlachcice aż zesztywnieli od jego furii. Nikt nie śmiał się poruszyć, jeden karzeł podrzucił głową. Na jego ustach zarysował się krzywy uśmiech i zaraz spełzł bez śladu.&lt;br /&gt;
- Twardziście, mości Bogorio - odezwał się wreszcie Liszyca. - Twardziście i nieużytego serca.&lt;br /&gt;
- Gdyby był tu Koźlarz... - zaczął wilczojarski chorąży.&lt;br /&gt;
- Ale go nie ma - przerwał szlachcic-łupieżca. - Nie ma ani Koźlarza, ani Wężymorda, ani nawet Twardokęska. Ostaliśmy się jeno my. Lisy i borsuki.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
==================&lt;br /&gt;
Czwarta i ostatnia część sagi o zbóju Twardokęsku Anny Brzezińskiej ukazała się 21. października 2009 r. nakładem Agencji Wydawniczej Runa.</description>
 <comments>http://pozytywy.com/artykuly/12998-anna-brzezinska-letni-deszcz-sztylet-rozdzial-i#comments</comments>
 <category domain="http://pozytywy.com/taxonomy/term/79">Książki</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/anna-brzezinska">Anna Brzezińska</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/fantastyka">fantastyka</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/fantasy">fantasy</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/letni-deszcz">Letni deszcz</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/tagi/twardokesek">Twardokęsek</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/kategorie/czytelnia">Czytelnia</category>
 <category domain="http://pozytywy.com/kategorie/ksiazka">Książka</category>
 <enclosure url="http://pozytywy.com/image/view/12985/preview" length="38710" type="image/jpeg" />
 <pubDate>Fri, 13 Nov 2009 01:30:43 +0100</pubDate>
 <dc:creator>mw</dc:creator>
 <guid isPermaLink="false">12998 at http://pozytywy.com</guid>
</item>
</channel>
</rss>
